Młodzi, gniewni, bezużyteczni i zbyt pewni?

lipca 15, 2013



Czy rzeczywiście młodzi ludzie nie mają przed sobą przyszłości? Jestem młody, wierzę w sens tego, co robię, a tu nagle piszą w opiniotwórczym tygodniku, że nowa rzeczywistość nas niszczy. A niszczy? I czy w ogóle jest jakaś szkodliwa "rzeczywistość"? Oceńcie sami:


W piątek odświeżyłem Facebooka, a tu rzuca mi się w oczy tekst:

Z BIEŻĄCEJ POLITYKI: 
Ci młodzi, z pokolenia wiecznej poczekalni, pechowo trafili akurat na początki eksperymentów z gimnazjami oraz testomanię. Zdaniem specjalistów od edukacji przećwiczyli na sobie wszelkie plagi i wyszli ze szkół okaleczeni społecznie. W tym systemie nie mieli gdzie ćwiczyć podstawowych umiejętności współpracy, działania w grupie, niesztampowego myślenia, krytycyzmu. Zakuwali i uczyli się pisać wypracowania „pod klucz”. 
Potem nowa rynkowa rzeczywistość stworzyła dla pokolenia Y (tak socjologowie określają urodzonych między 1985 a 1995 r.) oszukańcze studia. Nabrały się na to nie tylko igreki, ale i ich rodzice, pokolenie X. Oni wmawiali dzieciom, że jak będzie dyplom i do tego przynajmniej dwa języki, świat stanie otworem…

No i masz tu człowieku za swoje! Jeszcze rano wstajesz z łóżka i jesteś szczęśliwy, bo masz wakacje, ciszę i spokój. Jeszcze się cieszysz ostatnimi chwilami wolności, po od poniedziałku praca, a tu się nagle dowiadujesz, że jesteś królikiem doświadczalnym, możesz rzucić studia, specjalnie zrobić sobie "kuku", żeby dostać rentę. I spędzić owocne chwile przed telewizorem w dresie i laczkach, bo przed tobą i tak nie ma perspektyw.

No tak, tu nic do śmiechu nie ma. Ktoś, kto tę zajawkę pisał, wzniósł się na wyżyny manipulacyjnych środków przekazu i zamiast zacząć polemikę, swoje własne "życzenia" przekazał w formie twierdzeń (mega obiektywnych, wręcz encyklopedycznych). Szkoda mi ludzi, którzy w to uwierzą.

Nie mam zielonego pojęcia skąd autor tego tekstu czerpał wiedzę o pokoleniu . Ja w każdym bądź razie jestem po 98% lekturze książki o wspomnianym pokoleniu Y. Co zabawne: dwóch marketingowców bierze pod lupę tych, którzy urodzili się po 1985 i stwierdzają, że... że pokolenie Y nie daje sobie w kaszę dmuchać, ma bardzo trzeźwe i realne spojrzenie na świat. Nie dają sobą manipulować, bo rozgryzają bez problemu wszelkie próby oszustwa.Wątpliwe, czy większość osób z tego pokolenia dała się, jak to w tekście, oszukać i uwierzyła, że koniec studiów to od razu praca. Ja wiedziałem, że idąc na swój kierunek prawdopodobnie mogę powiększyć grono bezrobotnych, ale tak jest po praktycznie każdym kierunku. Więcej jest kandydatów do pracy, niż wolnych etatów. A może ten wielki boom na osoby po ścisłych kierunkach przeminie, gdy ja skończę swoje studia? A może nie. To jest ruletka, wszystko zależne od moich wyborów.

 Ale po kolei...


Może edukacja kuleje, ale czy wyłącznie w Polsce? Nam się wmawia, że jest tak źle, no bo czym mają pisać gazety? Jest połowa lipca, sezon ogórkowy w pełni. Lepsze złe wieści, niż dobre. Kto by tam się sukcesami zachwycał pani Z z warzywniaka, która uratowała dzieci. Lepiej ponarzekać sobie. Ostatnio oglądałem kolejną bohaterkę Ameryki, tym razem stewardessę. O jeku, u nas też się zdarza, ale zaraz potem media grzebią w biografii nowego bohatera, coby go do bruku zniżyć i przypomnieć jego pierwotną rolę. A Ameryka potrafi sobie znaleźć bohatera. Tak, wiem: zjawisko "Ameryka - idealna" już przeminęło. Ale skąd wiem? Żyję na tym świecie, skończyłem 13 klas szkoły. Albo nie: idąc tropem tekstu, to edukacja i eksperymenty mi to wybiły z głowy. Widocznie jestem na usługach obcych państw.

No dobrze, może te szkolne  testy niekoniecznie uczą myślenia. Może i eksperymentowano na mnie i tworzono różne programy nauczania. Ale na kimś trzeba przecież. Zanim lekarstwo trafi do sprzedaży, ktoś musi te skutki uboczne odnaleźć. A mnie z resztą źle z tym nie jest, nie narzekam. W moim imieniu może przecież sobie ponarzekać jakiś dziennikarz, któremu na szczęście wyszło w życiu, ominęły go testy i nowe matury i w ogóle same superlatywy. A może naprawdę jest źle, a to ja mam klapki na oczach? W książce, którą czytałem, napisane jest, że pokolenie Y ma pozytywne myślenie, choć obecnie jest bezrobocie większe niż kiedyś, to oni i tak wierzą, że znajdą pracę. Nie no, być może tak jest naprawdę, a ja na siłę sobie mydlę oczy. Ale to by znaczyło, że naprawdę należę do pokolenia Y... juppi! Nie ma przede mną przyszłości, ale chociaż wiem, kim jestem.

Media krytykowały klucz maturalny z języka polskiego. Nadmuchały tę bańkę, pamiętam, jak straszyły na przykładzie "Pana Tadeusza" (bo jego przecież każdy Polak zna, a jak się odwołają do narodowej świętości, to efekt paniki wzrośnie). I co? I jakoś się nie uczyłem klucza, a maturę zdałem. Gafę zrobiłem na podstawie, bo z braku czasu wyszła mi połowa tematu wypracowania, ale na rozszerzeniu sobie ulżyłem. I, o dziwo, jakoś w ten klucz ichni trafiłem. A czemu taki klucz służy i testy? No jakoś tę wiedzę trzeba sprawdzić, ujednolicić standardy oceny. Różni są egzaminatorzy, co jeden uzna na plus, drugi skreśli. Klucz pozwala na jednakową ocenę. Albo jest punkt, albo nie. Logiczne? Pewnie, że tak. Od wieków taka nauka jak logika opiera się na albo prawdzie, albo fałszu. I jakoś nikt nie krytykuje kodu zero jedynkowego w komputerach, choć używa go do pisania tendencyjnych tekstów w sieci. Ok, gimnazjum może zbyt dobrym pomysłem nie było. Przeżyłem, wiem. Albo skrzywiony moralnie, wyalienowany i niezdatny do życia w społeczeństwie nie wyszedłem. Ale mam uwierzyć, bo autor tekstu powołuje się na swoich "specjalistów od edukacji"? A jakie ich nazwiska? Nie podane? Aha, czyli wszystko jasne. Moimi specjalistami od rodziny może być pani Gienia z trójką dzieci i pan Mieczysław z klatki obok, który jest w związku małżeńskim 50 lat (oczywiście wymyślam, ale daję przykład). Ale to bardzo sprytny zabieg manipulacyjny: moje poglądy, prywatne przemyślenia (a nie obiektywne dziennikarsko) przelać w tok myślenia jakiś "specjalistów" i swoje opinie przerzucić na kogoś, a samemu być czystym.


I taki "okaleczony społecznie" nie potrafię działać w grupie, jestem pozbawiony krytycyzmu (przypominam, że krytycyzm to cecha pokolenia Y, to tylko świadczy o autorze i jego braku warsztatowym, skoro tej grupie społecznej wmawia brak głównej cechy. To tak jak psu odmówić szczekania; normalnemu psu, nie wykastrowanemu, bo taki to mało szczeka). Tylko że zapomniano w tym wszystkim, że młodego człowieka nie kształci tylko szkoła, a rodzina, ogniska wychowawcze i wszelkie kluby, oazy, wspólnoty, kolonie letnie, obozy. Że ktoś nie chce z nich skorzystać? To jego sprawa, sam się pozbawia umiejętności społecznych. A jeśli ktoś urodził się introwertykiem i indywidualistą? W jakim celu wymagać od niego umiejętności zespołowych, skoro w pojedynkę jest o wiele bardziej skuteczny i wydajny? Tacy ludzie też są potrzebni. To tak jak dorosłego chłopa ubrać w spódniczkę i kazać mu trenować balet.

Ja nie wiem, nie zakuwałem w szkole, starałem się wszystko przyjmować "na chłopski rozum", zdarzało mi się polemizować, wymieniać swoje poglądy z innymi ludźmi. Nikt mi nie obiecywał złotych gór, nie mówił o "świecie stojącym otworem", jeśli tylko nauczę się dwóch języków i skończę studia. Nie słyszałem nigdzie, że po swoim kierunku znajdę pracę na 100%. Ale za to o papierach, że są potrzebne, to słyszałem. Szukając pracy wszędzie jest napisane, że absolwent szkoły średniej/student z doświadczeniem (najlepiej w wersji papierowej i z pieczątką). Ale tak było zawsze (chyba, że o znajomościach mówimy). Nie wiem (bo urodziłem się po 1989), czy kiedyś było lepiej? Czy ludzie chodzili o wiele bardziej krytyczni, o wiele bardziej społecznie rozwinięci i bardziej "trzeźwi" światopoglądowo. Znam wiele osób ode mnie starszych i śmiem twierdzić, że ich młodość mogła być porównywalna z tą mojego pokolenia Y. Każdy jest kowalem swojego losu, nawet najlepsze studia nie są gwarancją sukcesu. Nawet najgorsza uczelnia nie świadczy o braku sukcesu. Ale co? Biernie stać i nie rozwijać się, bo jest ryzyko, że nie znajdę pracy? Przychodząc na świat ryzykujemy, bo kiedyś trzeba umrzeć. Rodząc się i żyjąc, wiemy, że czeka nas wiele niesprawiedliwości, przykrych momentów, utrata bliskich i w konsekwencji śmierć (naturalna lub tragiczna, przedwczesna lub zbyt późna). I co? I teraz wszyscy mają się rzucać z mostów, bo lepiej wcześniej umrzeć, niż później?


Nie mam ochoty czytać takich banialuków na swój temat. Podziękuję autorowi tekstu. Nie czytałem całego artykułu, przeczytałem tę zajawkę i mnie rozzłościła. Spojrzałem na sporą część tekstu dostępnego online na stronie tygodnika i jest to opis jakiś ludzi, którzy skończyli studia i nie znaleźli pracy, oczekiwaniach ich rodziców (czyli coś, o czym doskonale wiem, pełno takich ludzi wokoło). I żywcem "kopiuj" => "wklej" z tej zajawki o tych testach, edukacji i wysokich oczekiwaniach pokolenia Y (słowo w słowo, nic nowego).  Ale jeśli ktoś mi wrzuca do leadu taką manipulację faktami o świecie, w którym ja też istnieję, to ja grzecznie się z tego brudu otrzepuję i wyjaśniam, że nie dam sobie wmawiać głupot. Dlaczego? Bo jeśli mi się w życiu noga powinie, to będę wiedział, że to wina nie systemu, a moja własna, moich wyborów, wad.

Ponad miesiąc szukałem dorywczej pracy na wakacje, chodzę gdzie się da i nic. Praca przy taśmie, ok. Od kiedy? Pani mówi, że od 10 lipca. Czekam na ten dzień, dzwonię kilka dni wcześniej, kobitka mówi, że jednak od piętnastego. Dzwonię w wigilię tego dnia po 18.30, żebym ewentualnie mógł położyć się wcześniej spać, jeśli na poniedziałek dostanę pierwszą zmianę (czyli pobudka o 3.00). I dowiaduję się, że (niestety) informacja o tym, czy praca ruszy, czeka mnie dopiero w sierpniu. W takich chwilach to człowiek wstaje rano z łóżka tylko dla tego psa, który musi wyjść na dwór. Nie ukrywam, że w takim nastroju dziś wstałem, nie chciało mi się jeść, nie chciało mi się wychodzić z domu, nie chciało mi się nic. Nie z lenistwa, ale dlatego, że po miesiącu poszukiwań pracy, wertowaniu ogłoszeń, dzwonieniu, wszelkich pośrednictwach i targach pracy już miałem mieć etat, a wyszło znowu wielkie nic.Przeczytałem dzisiejszy dodatek do Wyborczej i tam też pracy brak. I co teraz, mam od nowa wertować wszystkie te ogłoszenia w sieci? Pamiętam, że przeglądając oferty w sieci, nawet gdy było to 3,5 tys. nagłówków (też tak raz miałem) nie odchodziłem, bo ,,a może coś zaraz będzie na następnej stronie, a ja pominę?". No jest bezrobocie, no nie nie jest to tajemnicą. Ale żeby obwiniać o to szkołę, studia, reformę, a nawet całe pokolenie młodych?

Ale zdarza się w tym wszystkim jakiś przebłysk optymizmu. W trakcie tego szukania pracy znalazłem dwa ogłoszenia, napisałem e-maile/złożyłem CV i gdybym nie studiował, miałbym zatrudnienie na stałe (pełny etat jako researcher  lub osoba od marketingu w sieci w płatnym stażu na rok, pensja przyzwoita i możliwość dalszego zatrudnienia, tematyka bliska i wymarzona). Ale to jest ruletka. Nie rzucę studiów, bo moje pracowanie na stałe może się zakończyć po 3 miesiącach, gdy sobie pracodawca zażyczy i nie przedłuży umowy. Różne były w głowie myśli, ale dobrze, że zostanę na studiach.

A optymistą jestem, bo to cecha pokolenia Y. Ja się do niego zaliczam, autor tekstu, z którym polemizowałem być może nie. A że się młodzi żrą ze starymi, to nic nowego. Romantycy gryźli się ludźmi oświecenia tylko po to, by później na starość słownie się kąsać z pozytywistami. Szanujemy porządek starych, ale stwarzajmy nowy świat.

 Zgadzacie się z takim zaszufladkowaniem młodych ludzi? Czy urodzeni po 1985 roku rzeczywiście nie mają przed sobą przyszłości, łudząc się i wierząc w lepszy świat?

 ----------
Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net


Może zainteresuje Cię jeszcze...

5 komentarze