Wyklęci i przeklęci poeci

sierpnia 24, 2013


Kim są, kim są ci, których przezwano Przeklętymi? 

Pesymistyczny wpis, ale nie będący jakimś pokrętnym stanem mojej osobowości. Nie, to nie to. W niedzielę była pewna rocznica, ściśle literacka zresztą. Urodziny Edwarda Stachury. Pamiętałem kilka dni wcześniej, zastanawiałem się nad wpisem. Do tego stopnia, że przez prawie całą niedzielę myślałem o wpisie, a jednak coś mnie powstrzymywało. Bo niby co miałem zrobić? Napisać jakiś rys biograficzny? Po tych kilku dniach pomysł na wpis przyszedł sam, być może dobrze, że upłynęło trochę czasu od rocznicy do mojego tekstu.

Nie wiem co ze mną jest nie tak, ale przyciągam do siebie ostatnio samych "Poetów Przeklętych". Serio. Piszą skandalizująco, na ich biografie ludzie się oburzają, jest obłęd (albo świadomie stosowany, albo będący wynikiem chorobąy psychicznej), a w konsekwencji umierają młodo i samobójczo. Nie znam ich wszystkich, wystarczy mi Stachura i Wojaczek. Czy czegoś można się od nich nauczyć?

Jeśli człowiek chce żyć w zgodzie ze sobą, swoją egzystencją, nie pragnie popadać w konflikt ze światem i jego obrazem, nie czuje buntu wobec życia - niczego się od tych buntowników nie nauczy. Jeśli chcesz zaakceptować swoje człowieczeństwo, jeśli mimo trudności życiowych możesz powiedzieć: ,,mimo wszystko jestem szczęśliwy", to też po tych "Przeklętych" nie sięgaj.

A jednak ja bym nimi nie pogardzał. Coś w ich twórczości musi być takiego, że przyciąga. Człowieka w życiu mocno pociąga zło, łamanie reguł, nihilizm, destrukcja, groza, fatum, tajemnica. Czerń. Ale z drugiej strony w każdym z nas jest odwieczne pragnienie dobra, piękna. Ci Buntownicy igrali z ogniem, żyli na granicy. Stachura pisze:

,,Wędrówką jedną życie jest człowieka;
Idzie wciąż,
Dalej wciąż,
Dokąd? Skąd?
(...)
To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!"

I po latach popełnia samobójstwo. Ale te słowa, oderwane od biografii poety są tak piękne, mocne, głębokie, dodające otuchy. W oderwaniu od biografii. Ale przecież zbrodnią jest odrywanie twórcy od jego twórczości. Tu jest tragizm Stachury: Nie dam się, a jednak się poddaję. Tak, wiem - choroba psychiczna. Ale czy nie brzmi to trochę tak, jak biografia romantyka. Ostatniego romantyka. 

"Poeta Przeklęty" - nieślubne dziecko polskiego romantyzmu?


Pojawia się też drugie pytanie: czy poeta musi wierzyć w to, co pisze? Czy musi być piewcą tych ideałów, o których tworzy (a właściwie: to na temat których tworzy) ?

Pamiętałem, że kiedyś coś pisałem w sieci o Stachurze. Google i znalazłem tekst z 2012 roku

Sławomir Mrożek w ,,Małych listach" rzekł, że mówiąc o teatrze mówi się tak naprawdę o sobie i swoich przeżyciach z nim związanych. Ja mówiąc o sztuce, czy to o literaturze, czy też muzyce, także patrzę przez pryzmat własnych uczuć. Ostatnimi dniami jakoś dziwnie zatęskniłem za Edwardem Stachurą. Czytałem w wakacje jedną jego książeczkę, właściwie to tylko niewielki zbiorek tekstów poety, fragmenty jego ostatnich zapisków. Pamiętam, że ta lektura zadziałała na moje emocje wprost destrukcyjnie. Przez chwilę poczułem jakąś pustkę, głęboką nostalgię, melancholię aż do kości, krwawiącą ranę na istocie mego człowieczeństwa. Nie cała książka była taka. Najmocniej bolało zakończenie. O dziwno, zakończenie książki to zakończenie tego człowieka.
Jakoś tak robi się człowiekowi smutno... Podobnych emocji dostarcza mi Dostojewski, prawie zawsze jestem wyzuty z pozytywnych emocji i mam ochotę wyzbyć się wszystkich znajomości, zaszyć się w ciemnym kącie i tak trwać z ciszą wokoło, z tykaniem zegara i niczym więcej. Dostojewski jest dla mnie niebezpieczny, ale czy to sprawia, że mnie tak do niego ciągnie? Stachura wprawił mnie w podobne emocje. Umarł tragicznie, sam wybrał taką drogę. Nie mnie oceniać, nie chcę go oceniać, ale jak większość osób, które zetknęły się z jego twórczością: ja też mam do niego pewien żal. Czytałem w Internecie pewien komentarz, że on zrobił po prostu na złość całemu temu światu. Czy zrobił? Nie wiem... Nie znam nawet całej twórczości, nie znam nawet jednej czwartej. Wypowiadam się tylko po jednej książeczce i dwóch piosenkach. Jeśli zaledwie 80 stron druku i około 10 minut muzyki mną tak wstrząsnęło, jeśli jego biografia w skrócie telegraficznym podana w Wikipedii tak mną zachwiała, to nie wiem, co się dzieje.
Nie Rzecki z ,,Lalki" jest tym ostatnim, jego kartka z ostatnimi słowami jakoś dziwnie trafiła w ręce Stachury i stała się mottem do jego biografii. ,,Non omnis moriar" - powiedział Horacy, Stachura wcielił w życie... Niech spoczywa w pokoju, Amen.

Ten niewielki zbiorek tekstów Stachury, to jego Postscriptum zawierające ostatnie zapiski, zmaganie się z chorobą i nagłe urwanie tekstu wtedy, gdy autor zabił się. Wstrząsające, przeszywające wnętrze. Od tamtej pory nie potrafię się uwolnić od tego uczucia, tej dziwnej tęsknoty.





O Stachurze przeczytałem, że jest postacią tragiczną, bo pogubił się, wpadł w buddyzm, okultyzm, hazard. Czytając jego zapiski widać, że utworzył swoją własną filozofię, prywatny system religijny, gdzie Chrystusa i Lao-tse łączy we wspólną Figurę Literacką, z chrześcijańskiej i buddyjskiej wizji świata robiąc jedność.


To była jego wizja, ja jej nie podzielam. Czytelnik też nie musi, jeśli będzie myślący, to odnajdzie te nawiązania. Nie musi się nimi zachwycać, nie musi ich przyjmować, to prywatna wizja pisarza.

Znam kilka wierszy. Te, które czytałem, poszukują sensu życia, chcą cieszyć się światem. Chcą czegoś, co ciało i psychika już spisały na straty. Poeta jest wyobcowaną jednostką. Ale czyż nie jest tak z każdym artystą? Ile w tym wszystkim jest talentu, a ile ran na istocie człowieczeństwa, udręk psychiki, szału, porywów emocji, poszukiwania wyrazu dla myśli? Ile w tym wszystkim jest z Henryka w Nie-Boskiej komedii, Kordiana na Mont Blanc, a ile z Leopolda Staffa w ostatnim okresie jego twórczości, Tolkiena czującego się jak samotne drzewo po śmierci przyjaciół i żony, Norwida nierozumianego, modlącego się na swoim łzawym różańcu, zmawiającego pacierz - potężnym milczeniem.

Stachura jako poeta nadziei i Stachura samobójca. Odłóżmy na bok jego prywatne teorie religijne, a skupmy się na roli artysty, sile sztuki, na które oba te pojęcia poeta w swych pismach zwracał uwagę. Nie wiem, nie znam wszystkiego, co napisał Stachura. Na podstawie kilku tych rzeczy sądzę, że był ambasadorem obu tych pojęć.


Może ten wpis nie powstałby dziś, nie był w planach. Kilka dni temu poznałem tekst Rafała Wojaczka (Piszę dla Ciebie miłość). Tego twórcy nie znam wcale. Spojrzałem na biografię. Młody poeta, obiecujący, wiele sukcesów, publikacje, tomiki poezji. Ślub, dziecko, po upływie roku rozwód. Samobójstwo. I kilka wierszy, które przeczytałem. Momentami skandalizujące, momentami łamiące kanony piękna.

Pamiętam kilka lat temu, gdy przy okazji zbioru wierszy Jesienina Kamieniem strącam księżyc usłyszałem o legendzie śmierci poety. Popełnił samobójstwo, pisząc swój ostatni wiersz krwią. To ostatnie (liryk spisany czerwienią kogoś, kto za chwilę ze sobą skończy) stał się dla mnie obłąkańczym symbolem sztuki. Ten gest mnie odstrasza, szokuje, nie uważam sztuki jako stojącej wyżej od jej twórcy, ale ten gest szokuje. Z drugiej strony w jakiś sposób ten symbol napełnia nieopisywalną falą emocji. Pomijam to, czy Jesienin naprawdę popełnił samobójstwo, czy też zabiła go policja polityczna. Podobno trumna poety została zalana betonem, aby w przyszłości nie można było dokonać sekcji zwłok. Jest legenda i jest pogłoska, okoliczności śmierci nie są znane, ale jest za to legenda poety, który chwilę przed śmiercią pisze ostatni w swoim życiu liryk, i to własną krwią.

Nie jestem wiernym czytelnikiem Stachury, Wojaczka, Jesienina. Nie jestem nawet ich czytelnikiem w ogóle. Ze Stachurą miałem chwilowy kontakt 2 lata temu, a od tamtej pory nie potrafię wyrzucić go ze swej pamięci. Historia Jesienina tkwi mi w głowie, Wojaczka poznałem niedawno i raczej nie będę do niego wracał. Nie ta estetyka. Jeśli ktoś lubi Norwida, Twardowskiego, Staffa, Szymborską, eposy i stare pieśni, będzie wiedział, w jakich klimatach pozostaję. Człowiek ma zbyt wiele zmartwień, by jeszcze nastrajał się do świata pesymistycznie.


Ale że nie zaczytuję się we wspomnianych twórcach, nie znaczy to, że nie odczuwam jakiegoś głodu, wstrząsu wewnętrznego, niepokoju na myśl o nich. Może człowieka fascynuje to, przed czym sam ucieka? Ktoś, kto ogląda na ekranie krwawy horror nie jest od razu psychopatą (choć widok krwi na ekranie go nie rusza, w rzeczywistości już tak lekko mogłoby nie być). Lubimy oglądać przytuleni do siebie zdrady i ciężkie życie ludzi w telewizji. Lubimy czytać o czyimś nieszczęściu, sami mając się nie najgorzej. Może lubimy czytać o problemach innych, sami mając pewne sprawy poukładane.

Ale Sztuka. Ona zawsze była zagadką, od wieków różni ludzie jej poszukiwali. I czasem te spotkania były bolesne. Wojaczek i Stachura też chcieli z nią obcować. I boleśnie na tym wyszli. Przypłacili to życiem. Kolejne dowody na to, żeby nie igrać ze sztuką. To człowiek ją stwarza, a ona go zabija. I to ona zostaje wiecznie żywa, zapominając o swym twórcy i trwając osobnym bytem. Swoim własnym bytem zresztą.

Mogę się nie zgadzać z danym twórcą, ale wiedzieć o nim powinienem. Mam swojego Staffa, Twardowskiego, Norwida.  Ten wpis wcale nie miał zachęcać (ani zniechęcać) do tych poetów nazwanych przeklętymi, każdy z nas przecież wie, na co może sobie pozwolić. Jeśli ktoś poczyta trochę Wojaczka i uzna, że to nie jego klimaty, to sam do tego dojdzie, ja nie będę mówił, co u poety jest ok, a co mi się nie podoba.


Tak jak pisałem: we wpisie nie zachęcam i nie zniechęcam, ale postawiłem samemu sobie pytanie: co do wspomnianych twórców tak przyciąga. Bo przecież nie wizja świata (nieobiecująca czasami, nie wmawiająca, że to wszystko ma sens, nie szukająca na siłę nadziei). Nie opowiadałem o moich przygodach z twórczością wspomnianych, bo się w nich nie zaczytuję (może tylko zbyt długo zostałem przy Stachurze). Pewnie przy okazji będę miał z "Poetami Przeklętymi" do czynienia, trudno ich nie zauważyć. Ich teksty są w sieci, w telewizji, w piosenkach. Tak właśnie poznałem Wojaczka: usłyszałem piosenkę, wsłuchałem się w słowa, sprawdziłem, kto je stworzył.

Nie wszystkie te teksty są przesiąknięte skandalem. Ktoś, kto nie zna biografii Stachury będzie w gotów powiedzieć, że Wędrówką jedną życie jest człowieka (...) Dopóki sił, Będę szedł! Będę biegł! Nie dam się! to taki tekst jakiegoś szczęśliwego i cieszącego się życiem poety. Co ja plotę, powie tak każdy, kto wysłucha piosenki zespołu Stare Dobre Małżeństwo. Tak, to właśnie Stachura napisał tekst, który tak ładnie zaśpiewało SDM.

Tych "Przeklętych" spotkamy wszędzie, ale ważne, aby wiedzieć, kim oni są. Nie chcę się w nich zaczytywać, bo nie chcę podchodzić pesymistycznie do życia. Taki umiarkowany nihilizm mam u Dostojewskiego. Zawsze, gdy mam doła i chcę się jeszcze dobić (tak celowo się bardziej pogrążyć), to autor Biesów mnie nie zawodzi.

Aha, i już wiem, co mnie tak pociąga w tej poezji. To tajemnica. Tak, to tajemnica...





----------------

Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net

Może zainteresuje Cię jeszcze...

5 komentarze