Nie tylko Miłosz i Mickiewicz coś mieli, ja też mam zarys własnego świata. A Ty?

września 13, 2013

Zazdrościłem Czesławowi Miłoszowi, Mickiewiczowi, a także poetom i pisarzom. Oni mieli coś, czego ja nie miałem (przynajmniej tak mi się wydawało). Ale odkryłem, że o co jak o co, ale o tę rzecz wcale uboższy nie byłem. Teraz kwestia tego, czy Ty też to znajdziesz...




Dzisiejszy post łączy się z moim poprzednim ("Na ile znamy nasz świat?"),choć uświadomiłem to sobie po napisaniu ostatniego zdania tego tekstu.

Sam pomysł na ten wpis wpadł mi do głowy przypadkiem. Szedłem niedawno po zmroku ulicą, dookoła ciemno, trochę już chłodno, uliczne latarnie odbijały się w kałużach. Zacząłem się zastanawiać nad tym, że właśnie taki klimat, takie obrazki są bardzo głęboko zakorzenione w mojej głowie, przywołują mi wiele wspomnień, nawet pewną nostalgię. Pamiętam lekturę fragmentów Doliny Issy Miłosza, te wszystkie pisarskie wspomnienia (chociażby te u Jerzego Pilcha), moją lekturę listów Tolkiena, opisy lat młodzieńczych C.S. Lewisa. Zawsze uważałem, że kiedyś to świat był inny, ludzie bardziej przyglądali się swojemu otoczeniu, mieli jakieś wspomnienia wywołane większą chęcią poznawania najbliższego otoczenia. Teraz przez te wszystkie umilacze czasu z telewizją i komputerem mamy na to mniej możliwości (chyba, że posiadamy dużo samozaparcia i potrafimy ułożyć sobie we właściwy sposób priorytety). Tak sobie powracałem do swoich wspomnień, zadałem sobie pytanie o to, ile różnych skojarzeń jestem w stanie z tym widokiem oświetlonej sztucznym światłem ulicy znaleźć. Gdy już wracałem do domu pomyślałem, że czemu nie miałbym zrobić z tego wpisu?

Psioczyłem na to, że inni mieli swoje wspomnienia (Miłosz, Mickiewicz z lat dziecinnych, czy też inni pisarze), a mnie to ominęło. Ale wcale nie. Mój prywatny świat literacko-wspomnieniowy to las. Mieszkam przy lesie i dzięki Bogu mogę obserwować to, co dzieje się w przyrodzie przez cały rok. Jesień to parowanie gleb, zapach wilgotnej ściółki, pobudzający aromat wilgotnych żołędzi i grzybów, chłodna rosa która moczy stopy otulone w buty. Kolory liści i zapowiedź zimy. Lubię pierwszy etap jesieni - tej złotej, kolorowej. Ale i w tej późnej z chłodnym wiatrem, szarością i gołymi drzewami jest jakiś urok. Starość życia, schyłek natury człowieczej. Starość towarzyszy mi od dzieciństwa, rodzinne mieszkanie w bloku od moich wczesnych lat było otoczone przez ludzi starszych, schorowanych. Takie sąsiedztwo, wiele z tych osób nadal żyje, zmaga się z chorobami, nie zawsze słyszy moje dzień dobry. Wielu odeszło. Jesień w lesie to chyba jedno z moich najważniejszych wspomnień. Nawet droga do szkoły średniej po jednej stronie wytyczona przez dęby i ich zapach, po drugiej stronie przez domki jednorodzinne, asfalt i chodnik najbardziej cieszyła mnie we wrześniu i październiku. Wczesne wieczory, deszcz i mokry asfalt. Lubiłem (i nadal to czynię) przechadzanie się w czasie deszczu przez wyludnione miasto. Lubię gdy pada na mnie chłodny deszcz, światła samochodów świecą w oczy, blask latarni odbija się w kałużach, a ja idę opatulony w lekką, przepuszczającą wiatr kurtkę lub skórę. Najwięcej inspirujących myśli, wiele rozwiązanych problemów, przemyśleń wpadło mi do głowy właśnie wtedy. Ten sam widok kojarzy mi się z wczesną wiosną (luty-marzec), gdy szedłem przez miasto na rekolekcje lub nabożeństwa. Nie wiem od czego to zależy, ale widok ulicy silnie jest we mnie zakorzeniony.



I las. Przedwiośnie, gdy natura budzi się do życia. Zawsze przypomina mi to zbliżającą się Wielkanoc, wymowę tego święta. Ale nie tylko. Jest też wymiar czysto przyziemny, doczesny. Kiedyś jako małe dziecko jakimś dziwnym trafem wszedłem trochę zbyt głęboko do lasu. Sam na dodatek. I dzięki temu być może obudziła się we mnie pasja fotografowania. Znalazłem się na świetnie oświetlonej polance pełnej białych zawilców z mieniącymi się w świetle żółtymi prążkami. Pamiętam pień, który znajdował się w centrum tego kadru. Tak mógłby wyglądać Raj. Byłem tym oczarowany, ale nie miałem aparatu. Byłem zbyt mały na posiadanie tego urządzenia. Wielokrotnie wracałem w to miejsce, wiem gdzie ono jest i chodzę tam często z psem, ale podobny widok już nigdy więcej mi się nie ukazał. Odtwarzam go jednak w pamięci z najdrobniejszymi szczegółami.

Wiosna. Oto mija ciężar zimy i przychodzi coś nowego, natura rozpoczyna swoje gody. Moje pierwsze lata doszukiwały się w tym właśnie tego końca zimnych dni. Pierwsze lektury kazały w tym widzieć symbolikę Opowieści z Narnii i Królowej Śniegu. Potem była jeszcze druga część Epoki Lodowcowej. Potem ta dziecięca wrażliwość minęła, przyszła proza życia oderwana od baśniowych i narnijskich skojarzeń. Po drodze był jeszcze wymiar religijny, porządki przed świętami, ogólny gwar, przygotowania do Wielkanocy, wielkopostne spowiedzi. Ludzie mówili tylko o jednym: o tym, że już wiosna, że święta, że cieplejsze dni. I człowiek wiedział, że niedługo lato.

I to lato przychodziło. Wakacje i wszystkie te zabawy do późnego wieczora. Dłuższe przesiadywanie z kolegami spod bloku, spacery po lesie, chłodne wieczory, rosa na gołych stopach w sandałach. Zapachy ziół. Do końca życia zapamiętam pokrzywę, jej ożywcze, pobudzające aromaty eterycznych olejków. Poparzone pokrzywą dłonie i nogi. Jako dzieciaki parzyliśmy się zieloną rośliną w porywie młodzieńczej głupoty zadając sobie ból, ale nie w ramach zemsty, a zrobienia żartu. Pamiętam zapach kurzu jaki wytwarzaliśmy kopiąc piłkę. Wszystko to stworzyło we mnie jakąś wrażliwość na naturę, na jej piękno. Nauczyło też obserwować, słuchać. Kiedyś przechadzając się wśród drzew wpadałem w zachwyt nad tym pięknem, zakup aparatu cyfrowego pomógł mi to pozamykać na zdjęciach. I mocno ten obraz spłaszczył. Żyjemy w krainie hałasu, a tylko tam - w lesie - można było znaleźć ukojenie. Dźwięk dzwonów zapowiadających Anioł Pański, śpiew ptaków, odgłosy samochodów gdzieś poza granicami lasu. I cmentarz, wieczorne spacery przez las w drodze na groby. Spacery letnie, ale i te wszystkie Zaduszki, łuna światła unosząca się nad cmentarzem, gdy z rodziną szedłem późnym wieczorem kolejny raz na groby najbliższych (zalety mieszkania około 200 metrów od miejsca pochówku, wady to chyba samochody zaparkowane nawet przed klatką schodową, ale nie o złych stronach tych wspomnień w tym wpisie mowa). Zapach chryzantem na targowisku, wieńce, aromat parafiny, siarka z zapałek, nostalgia, refleksje o przemijaniu. A w powietrzu zima.



Chłodna, mroźna, rano zbyt jasna, wieczorem ciemna - zima. Nie lubię jej, choć zarówno imieniny, jak i urodziny mam właśnie w jej ramionach. Podobno gdy byłem niemowlęciem wypadłem ojcu z wózka w śnieg, nie zauważył tej straty. Zauważyła sąsiadka, w porę znalazła. Jestem zmarzluchem z wieczną tendencją do chęci zagrzania się przy piecu. Zimowe zabawy w śniegu, zjazdy na sankach. Pierwszy wiersz, który powstał, został schowany do zeszytu, a za 2 lata otworzył mnie na tworzenie poezji i... i ta przygoda trwa już prawie 6 lat. Co roku staram się doszukiwać w zimie uroku. Jest piękna, jakby nieosiągalna, jakby arystokratyczna i niedostępna dla swych poddanych - ludzi. Wzbudza strach, lęk, ale pociąga, przyciąga, każe składać sobie pokłon. To kobieta ubrana w gronostajowy płaszcz, z zimnymi ustami, z przeszywającym do szpiku kości wzrokiem. A tak wielu choć z lękiem, to jednak wbrew sobie wpada w jej ramiona. O ile pozostałe pory roku doceniłem, z zimą mam problem. Staram się doszukiwać w sobie miłości do niej. I gdy wydaje mi się, że już jestem blisko, gubię to uczucie. Ale swoje wspomnienia mam. I to się liczy chyba przede wszystkim.

Nawet to, że powstał w mojej głowie pomysł na ten wpis to zasługa tych wspomnień odkładanych od najwcześniejszych lat. Nie będę ukrywał: zazdrościłem Miłoszowi, nawet Mickiewiczowi, że mają te obrazy świata, którego już nie ma, a który istniał w ich młodzieńczych latach. Ja miałem wrażenie, że taki etap odwiecznej podróży każdego człowieka mnie ominął, że nie dane mi było mieć swojego świata, bardzo spersonalizowanego. Ale ten jeden 5 minutowy spacer mi uświadomił, kazał mi napisać, że taki świat wspomnień mam, że ten świat istnieje, choć już nie wróci. Dlaczego? Opuszczając swoje miasto rodzinne i przeprowadzając się w inne miejsce na studia zamknąłem to. Wracam i wracałem, wiele z tych wspomnień wracało, bo przypominają się obiekty, obrazy w głowie powstałe kiedyś tam. Ale teraz powstają nowe. Mam np. w głowie dworzec w Lublinie o różnych pora roku. Mam Stare Miasto pierwszego dnia po mojej przeprowadzce, miejsca które wydawały mi się nowe, wyjątkowe, świeże, a które w drodze na uczelnię przemierzałem setki razy. Nie żałuję tego, że te wspomnienia z dzieciństwa się nie powtórzą. One żyją tuż obok tych, które właśnie się tworzą. Gdybym nie miał tego własnego "świata" wspomnień młodzieńczych, pewnie sam musiałbym go stworzyć na nowo, doszukiwać się, wracać do przeszłości i wymuskiwać z niej iskry tego, co było i już nie wróci. Na całe szczęście wszystko samo się odłożyło. Gdybym nie żył przy lesie i cmentarzu, wielkomiejski krajobraz też byłby moimi "światem" wspomnień. Jestem jednak wdzięczny Bogu, że dał mi las :)

Trochę to może i sentymentalne, ale ma jeden cel: pokazanie, że tak naprawdę każdy z nas ma swój świat, którzy tworzy, układa w głowie. Jeszcze kilka dni temu nie wiedziałem o tym, że tak wygląda ten mój krajobraz. Wystarczyło kilka chwil, aby to z siebie wyciągnąć. Zachęcam do tego też Was. Najlepiej też to spisać, wrócić za jakiś czas, coś dopisać, może usunąć. Pewnie za kilka miesięcy z czymś może się nie zgodzę, coś dopowiem, lepiej ubiorę w słowa. Ale wiem, że te wspomnienia będą mi towarzyszyły do końca życia, cieszę się, że swoją pracę domową zadaną przez życie właśnie zarysowałem w szkicach, nadałem jej kontur, który z biegiem lat się uzupełni o treść w środku.

Jaki jest Twój "świat" wspomnień, przebytych miejsc? Co tworzyło Twój obraz świata, który może już przeminął, albo nadal się tworzy?



 
-----------------
Zdjęcie pochodzi ze zbiorów autora bloga :)

Może zainteresuje Cię jeszcze...

4 komentarze