Spacerkiem przez miasto artystów

września 24, 2013


Ostatnio zamęczałem Cię, drogi Czytelniku całą masą (no dobra: może nie było tego dużo, ale sam musisz przyznać, że jednak dużo) wpisów. W trosce o Twoje oczy mam dla Ciebie prawdziwą bombę! Ograniczony do minimum tekst i... zdjęcia! Mnóstwo fotografii z miasta artystów!


W sobotę spakowałem się (czyli wziąłem zestaw podróżnika: dowód osobisty, legitymacja studencka, notes, długopis, dużo kanapek i coś do picia), wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę (tak na w razie czego), której nie zakładałem (ale wiecie, przezorny zawsze ubezpieczony, a pogoda w Polsce zmienną jest). I pojechałem z siostrą i  kolegą do Kazimierza Dolnego. Plany były, że zrobimy to dwa tygodnie temu. Potem miał być miniony piątek, skończyło się na sobocie. Bez planu zwiedzania, bez jakiejś dogłębniejszej wiedzy o tym, gdzie, za czym i w jakim celu jedziemy. Nie było czasu na planowanie.

Ja: - Ale jak to tak bez planu wycieczki, poczytania czegoś o zabytkach? I co, pojedziemy, usiądziemy na ławce i będziemy się patrzeć, bo nikt nie będzie wiedział, gdzie iść? 
Siostra: - Ojejku, podejdziemy do pierwszej lepszej kobity na straganie i spytamy się: co warto zwiedzić w Kazimierzu?
Ja: - A jak kobita przyjechała do Kazimierza z Krakowa sprzedawać oscypki i nie wie nic o mieście?
Siostra: - Ja już dwa razy byłam tam i wiem, gdzie pójść.


No i jej uwierzyłem, bo ja nie byłem w mieście nigdy. Że cała wyprawa była spontaniczna, to czasu zbyt wiele nie było na opracowywanie tras i tym podobnych. Poczytałem o Kazimierzu Dolnym dosłownie kilka urywków. Wiedziałem o artystach, którzy tam przyjeżdżali w poszukiwaniu weny. No i Kuncewiczowa! Cudzoziemka była moją wisienką na torcie kończącą szkołę średnią. Jeśli maturę rozszerzoną z polskiego pisałem tylko dlatego, aby tę książkę poznać, to chętnie bym to powtórzył jeszcze kilka razy. Dwa tygodnie temu oglądałem w telewizji urywki Dwóch księżyców, które w zeszłym roku obejrzałem w całości i które wywarły na mnie ogromne wrażenie (nie muszę chyba dodawać, że będące adaptacją prozy wspomnianej pisarki?) Tak że Kazimierz Dolny widziałem w filmie. Przed wyjazdem zerknąłem w sieci na to, co tam można zwiedzić i zaufałem drodze, że sama mnie jakoś poprowadzi.

Myślałem, że miasto jest większe, ale jego urok tkwi chyba w tej kameralności. Siostra prowadziła nas jeszcze nie głównymi drogami, a jakoś tak wychodziliśmy na obrzeżach i nagle naszym oczom ukazywały się główne atrakcje, zabytki. Owocem tego kolekcja moich 18 zdjęć. Nie potrafiłem wybrać mniejszej liczby, chciałem pokazać wszystko, każda fotografia wydawała mi się wartą pokazania. Nie stosowałem żadnych filtrów, obróbek w programie itd. Pokazuję Ci Kazimierz Dolny taki, jakim go zastałem (w jesienne, trochę pochmurne popołudnie). Zdjęcia można powiększyć klikając w nie (wtedy będą prostokątne, bo we wpisie jakieś takie kwadratowe, pościskane, a nie będę zmieniał w szablonie bloga  szerokości dla jednego wpisu).

Miłego oglądania i... i zapraszam Cię do odwiedzenia Kazimierza Dolnego (lub też podzielenia się swoimi wrażeniami w komentarzu, jeśli to miasto jest Ci dobrze znane).


Zanim udaliśmy się na zwiedzanie, trzeba było zaparkować. Wcale to nie jest takie łatwe, zwłaszcza gdy nie chce się płacić za parking strzeżony (lub też bez nadzoru, ale z sięgnięciem do kieszeni po portfel i owszem). Dwadzieścia minut jeżdżenia wąskimi uliczkami (oczywiście z poszanowaniem znaków i kodeksu drogowego) i udało się znaleźć odpowiednie miejsce. Gdzie? Malutka tajemnica, ale i moment, w którym zapodaję inspirację: jeśli mieszkasz w Kazimierzu Dolnym i masz malutki kawałek pola, działki, czy czegoś tam takiego, że trochę miejsca jest, nie czekaj, tylko zrób swój własny parking strzeżony. Potrzeba jeszcze taty, dziadka, wujka, kolegi, czy dziecka sąsiadków do pilnowania samochodów i interes kwitnie! Nie ironizuję, naprawdę ludzie na tym robią kasę i dodatkowo spędzają mnóstwo czasu na świeżym powietrzu :)


To zdjęcie wydawało mi się magiczne, gdy je wykonywałem. I popsułem cały efekt słabym aparatem (który zniszczył jakość). Ale ta magia nadal chyba w nim tkwi, więc pokazuję jako jedno z pierwszych. To w ogóle moje przywitanie z Kazimierzem Dolnym, w samym centrum widok trzech Cyganek. Po drodze mijałem jeszcze kilka kobiet, które przechodniom proponowały wróżbę. 

 Darek, zrób zdjęcie, będzie jak w Wenecji! - tak moja siostra do mnie, więc jej rady posłuchałem.Nie byłem w Wenecji (i zdaję sobie sprawę z tego, że nie tak wygląda miasto kanałów, ale mina przechodniów pewnie cenna; nawet siostra szybko ode mnie uciekła ze śmiechem posądzając chyba o utratę rozumu, gdy nie zważając na turystów fotografowałem... właśnie TO).

Przykład na to, jak można odebrać klimatycznemu miejscu jego urok. No niestety, Kochanowski miał swoją lipę, pod którą odpoczywał, a turyści obecnie mają ogromne parasole (które służą im do tego samego, co i Mistrzowi Janowi). A za parasolami? Kamienice braci Przybyłów, a na nich motywy ludzkie, zwierzęce i roślinne. I dwaj święci: Mikołaj i Krzysztof. Rzeźby mają za zadanie optycznie powiększać budynek. A ja muszę przyznać, że nie tylko zwiększają rozmiar kamienic, ale i turystom mogą zapierać dech.


Ruiny zamku z czasów Kazimierza Wielkiego. Miejsce magiczne, bo i średniowieczne, i romantyczne. Przed bramą zrobiłem siostrze zdjęcie mówiąc, żeby nie przekraczała wrót. Ale zamurowało mnie, gdy jakaś para zakochanych rozwiązała łańcuch, popchnęła sobie wrota i wyszła ze środka zamku. Ja tam nie wiem, nie znam się, zabiegany jestem, ale chyba tam raczej wchodzić nie wolno/nie powinno się :)



Zagadka: czy i Ty widzisz na tym zdjęciu coś niezwykłego?  Niedoświetlone, ale wydaje mi się, że kadr jest wyjątkowy (samo wykonanie zdjęcia nie powala, ale symbolika na fotografii moim zdaniem ciekawa).


Droga na sam szczyt. Wbrew pozorom bardzo krótka, bo schodków niewiele, ale wejście na basztę meeeega. Górka stroma, łatwo spaść gdzieś tam przed siebie w dół, ale taśmy odgradzające turystów od spadnięcia pozrywane, nowych brak. W ogóle jakoś nikt niczego nie pilnuje (tak jak zamku).


A z baszty taki właśnie widok. 



I jeszcze małe spojrzenie przez poręcz przy schodach baszty.


I powrót do zamku.
PS. O tej bramie kilka zdjęć wcześniej pisałem.

 ...i... znowu zamek :) Tak, mam na jego punkcie bzika :) Ale jak tu oszczędzić sobie takiego widoku?


Wracając z zamku nie mogło zabraknąć odwiedzin kościoła pod wezwaniem św. św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja. W środku mnóstwo zabierających dech w piersiach widoków: organy (jedne z najstarszych w Polsce), ogromne malowidła, rzeźby... nie zrobiłem zdjęć, bo był zakaz. Ten sam zakaz nie przeszkadzał ludziom, którzy albo się kryjąc, albo też w pełni na legalu pykali fotki. W jakim celu? Na fejsika, żeby się pochwalić, że zasady są po to, aby je łamać? (Bo wątpię w to, że mając swoje 30-50 lat nie skończyli jeszcze szkoły podstawowej i nie potrafią odczytać obrazka z przekreślonym aparatem wielkości 15 x 15 cm). W każdym bądź razie ja w środku nie robiłem zdjęć, ale w sieci pełno jest fotografii wnętrza kościoła (sam widziałem na jakimś blogu) wykonanych nie zważając na zakaz (więc można sobie uzupełnić moją kolekcję zdjęć fotografiami z sieci). A czemu tak ważne jest nierobienie zdjęć w niektórych obiektach sakralnych/muzeach? Ponieważ lampa błyskowa niszczy obrazy (szczególnie gdy nie są to reprodukcje, a freski i dzieła z epoki).

 Niby nic szczególnego, ale zrobiłem to zdjęcie, bo przechodząc obok myślę sobie: wow, normalnie Sycylia! Nie byłem na Sycylii, ale tak sobie ją wyobrażam :)


 Kolejna fotografia w stylu: Władca Aparatu. Powrót od Króla. Czyli droga z zamku.


Tyłem do kościoła, przodem w stronę rynku. Nurt historii, klimat sztuki i nowoczesność. Te wszystkie taksówki i budki szpecą widok, ale przecież w XXI wieku są nieodłącznym elementem miast (szczególnie tych turystycznych). Chwała Bogu za to, że chociaż ogromnych reklam nie ma (jak w Krakowie, czy też w Warszawie) wkomponowanych w tło Kazimierza Dolnego.


My sobie tu idziemy, podziwiamy, oddychamy świeżym powietrzem, a tymczasem na końcu tej drogi jest namiot. A w namiocie? Książki 70% taniej! Ale, ale... po lewo jest jeszcze Muzeum Nadwiślańskie (wyczytałem, że obecnie tam znajduje się wystawa rysunków Andrzeja Wajdy), Kamienica Celejowska (równie urodziwa w ornamenty jak ta braci Przybyłów), są też restauracje, kioski z tradycyjnymi maślanymi, świeżutkimi, pachnącymi piekarnią kogutami.



A wizytę w Kazimierzu zakończyliśmy spacerkiem w tak zaciszne, oddalone od miasta miejsce. Kazimierz Dolny jest bardzo cichy, trochę kameralny, choć obfity w turystów (także i tych zagranicznych, których naprawdę sporo). W tym miejscu sobie usiadłem na ławeczce, wyciągnąłem całą masę kanapek, wiał wiatr i w ogóle klimat sprzyjający konsumpcji. Ale towarzysze podróży postanowili mnie pozbawić uczty pod gołym niebem i zaproponowali, że mogę dokończyć posiłek w samochodzie. No co zrobić? Poszliśmy...



 Tak jak w życiu: wszystko się kiedyś skończy. Kazimierz Dolny... chyba brakowało mi podróży po Polsce, które wraz z osiągnięciem pełnoletności zakończyły mój etap kolonii letnich. Ale fajnie czasem wziąć do ręki nawigator turystyczny (ja takowy z premedytacją kradnę siostrze, ale oczywiście wie o tym, choć krzywi się na samą myśl o mojej zbrodni) i wyruszyć przed siebie. Za tydzień przeprowadzka do Lublina na kolejny rok, a tam? Mam zamiar od tego wpisu o Kazimierzu Dolnym kontynuować swoje fotoreportaże (jeden z nich mogłeś Czytelniku już obejrzeć, gdy zabrałem Cię w podróż po Moim Mazowszu). Do kilku miejsc wrócę sentymentalnie w pamięci, zamieszczając archiwalne zdjęcia. Przybędzie nowych relacji. Cykl otwarty tak długo, jak tylko będzie trwał ten blog :)


Do zobaczenia, ciąg dalszy wkrótce nastąpi... 



---------------------
Zdjęcia są własnością autora bloga, 
kopiowanie wyłącznie za zgodą autora 
(adres e-mail w profilu blogera)

Może zainteresuje Cię jeszcze...

1 komentarze