Czego tak naprawdę chcesz, do czego dążysz?

października 16, 2013



Krótko o tym, czy tak naprawdę musimy wszystko wiedzieć, znać, sprawdzać w... w nas samych rzecz jasna

W najnowszym zbiorze opowiadań C.S. Lewisa (Mroczna wieża, wyd. Esprit, Kraków 2013) jest krótka opowieść o mężczyźnie niewidomym od urodzenia, który przechodzi operację i nagle odzyskuje wzrok. Świat dotychczas pogrążony w ciemności nagle nabiera barw, kształtów, staje się wyraźniejszy (czy jednak bliższy?) Mężczyzna ma jedno pragnienie: zobaczyć światło, o którym mówią wszyscy, a którego on sam nie dostrzega, nie potrafi wyłowić z dostępnego obrazu świata. Spotyka artystę, rozmawia z nim o przedmiocie poszukiwań. Potem idzie przed siebie i... i tonie. Czy odnalazł światło? Czy sam się nim stał? A może światło było w nim?

polecam także: tekst o "tęczowej serii" C.S. Lewisa wydanej przez Esprit

Wow, mocne. Nie chcę tu pisać o książce (w której wspomniane opowiadanie to bodajże 1/8 całości), ale na tej podstawie zastanowić się nad czymś więcej. Mężczyzna z opowiadania chciał wiedzieć, czym jest światło. Poszedł za nim, choć otaczało go wokół, było wszędzie. Można pójść dalej i rzec, że on sam był w centrum tego światła. Nie musiał wcale biec ku zatraceniu. A jednak to zrobił. Ciekawość? Determinacja? A może przeczucie, że ma obowiązek tam pójść? Tajemnicza, prosta, krótka opowieść C.S. Lewisa każe się to zastanowić nad tym, czego tak naprawdę szukamy, czy bezmyślnie pragniemy odpowiedzieć na każde powstałe w nas pytanie, przedmiot niewiedzy, czy też działamy pod wpływem chwili, nagłego impulsu. Możemy się spytać, czy odpowiedź na absolutnie każde pytanie jest nam potrzebna, czy nie wkładamy zbyt wiele energii w rzeczy, które równie dobrze możemy bez oporu zostawić na swoim miejscu. W sumie nie wszystko na tym świecie jesteśmy w stanie zrozumieć (czy chodzi o prawa świata, metafizykę, czy też granice naukowe), ale to wiemy wszyscy, nie ma co się wymądrzać. Nie trzeba jakoś zbyt głęboko wnikać w tę historię (może przypowieść?), wystarczy spojrzeć na nią powierzchownie (zaawansowane kwestie zostawiając znawcom).


W Przekroju (nr 37/2013), jednym z ostatnich przed obecną przerwą, przeczytałem interesujący tekst mówiący o tym, że za wszelką cenę chcemy badać to, jak żyjemy, jak funkcjonuje nasz organizm. Autor napisał także o mobilnych aplikacjach sprawdzających, kiedy najlepiej myślimy, powinniśmy pójść spać, o której wstać. Biegania także to się tyczy. Wynikami musimy dzielić się w sieci na portalach społecznościowych (specjalne aplikacje robią to nawet za nas).

Od razu zacząłem się nad tym zastanawiać. Pomijam te przypadki, gdy ktoś coś tworzy (artystyczne zdjęcia, grafikę, obraz, sportowy trick, którego "formą" trwałą jest filmik). Chodzi mi raczej o same wyniki, cyferki będące listą tego, jacy jesteśmy, ile przebiegliśmy, jaki mamy czas za pośrednictwem portalu społecznościowego - miejsca, gdzie wszyscy widzą wszystko. Czy nie jest tak, że chcemy za wszelką cenę pokazać, kto z nas jest silniejszy, mocniejszy, bardziej wytrzymały? Na kogo w razie niebezpieczeństwa polegać? Przecież to nic innego jak przeniesienie starożytnych wzorców zachowania, gdzie jednostki silniejsze udowadniały swoją moc, wytrzymałość i przystosowanie do trudnych warunków naturalnych, we współczesność. Czy te kilka osób, które regularnie publikuje swoje wyniki na Facebooku i czyni to w obrębie moich znajomych dostępnych w profilu (a więc mojej "osady", "wspólnoty plemiennej") to ci, którzy mają pozycję dominującą? Owszem, można powiedzieć, że mamy ochotę się chwalić swoimi umiejętnościami, pokonanymi kilometrami, zdobytymi szczytami. Ale w jakim celu? Żeby wykreować określony obraz siebie?

 To nie jest złe, przecież to samo robimy w codziennym życiu. Chcemy, aby ludzie postrzegali nas przez określony pryzmat, stawiamy na piedestale te cechy, które mają być zauważone, inne chowając gdzieś na boku. Logiczne jednak jest, że nie da się pokazać całej swojej osobowości, wybieramy zatem jej fragmenty, budując z nich mozaikę z naszych cech. Powiem więcej: nie znam osoby (w realnym świecie, albo w tym medialnym), która by tego nie robiła.

Z jednej strony chcemy wszystko objąć, opisać, zbadać, zamknąć, podsumować, policzyć, zbadać, a z drugiej strony szukamy tych miejsc, które w pełni pojąć się nie dają, by do nich dotrzeć. Badamy stan swojego ciała, by za chwilę pójść w nieznane w poszukiwaniu światła, zupełnie tak jak bohater Lewisa.

To są dwa oblicza tej samej istoty - człowieka, który jest zarówno odkrywcą, jak i poszukiwaczem. Warto czasem zadać sobie pytanie, czy wszystko musimy wiedzieć, czy wszystko musimy mieć uporządkowane, pod absolutną kontrolą? Może i to wygodniejsze, ale czy ciekawsze? Ja tam zawsze wolę element zaskoczenia, gdy kładę się spać zdrowy, a wstaję chory. Gdy nagle natura i ograniczenia mi przypominają, że nie jestem "człowiekiem", ale zwykłym, przeciętnym człowiekiem z ograniczeniami. Gdy planuję siedzieć do czwartej w nocy z książką, bo "jutro na późniejszą godzinę" i nagle budzę się o piątej z wiedzą, że jednak organizm nie przetrzymał. Fajne uczucie, polecam.






-----------------
Wykorzystane w tekście zdjęcie nr 1 i 3 podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcie na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net
Zdjęcie nr 2 pochodzi ze strony Wydawnictwa Esprit.
Infografika z cytatem pochodzi z zasobów własnych

Może zainteresuje Cię jeszcze...

6 komentarze