Dobro powraca?

października 03, 2013


Mam dowód, że wypuszczone przez nas dobro powraca i to ze zdwojoną siłą. Nie wierzysz? Mam dowód! Jeśli jednak i tak wierzysz w tę ogromną siłę, spójrz chociaż na przykład, który podam

Kolega z roku spytał się mnie o najnowszą książkę Hołowni (był to wtedy zbiór reportaży Last minute). Powiedziałem, że mam w domu, gdy wrócę do swojego miasta, to mu mogę przywieźć. Jak obiecałem, tak też zrobiłem. Kolega jakoś w okolicach maja powiedział, że przeczytał książkę i że niedługo mi odda. Skleroza nie tylko mnie dopada, ale i ludzi wokół (juppi, nie jestem sam... ale w sumie, to szkoda, że inni też się męczą z tym :D). No i albo on mi zapominał zwrócić książkę, albo to ja zapominałem się upomnieć. Tak na przemian. Zaczęły się wakacje, książki nie odebrałem, ale wiedziałem, że jest w dobrych rękach, jakoś za bardzo się tym nie przejmowałem.

Sierpniowe popołudnie, siedzę przed komputerem, nastrajam się psychicznie przed kolejnym dniem pracy. Dostaję SMS-a:

 Hej Daro, nie chcesz autografu od Hołowni w książce? Bo będę na spotkaniu, gdzie on będzie.

Na odpowiedź nie czeka długo. Kurczę, moje jedyne autografy to skrzat Pixel z nadawanego kiedyś programu dla dzieci Budzik. Raz udało mi się złapać na Krupówkach Jolkę Rutowicz (tą z Big Brothera. Po co mi wówczas był jej autograf? Nie wiem). Mam jeszcze podpis jakiejś aktorki serialowej, którą spotkałem w warszawskim teatrze. Nie wiem, w jakim serialu grała, nawet jej nie kojarzę za bardzo z telewizji, ale lecieli wszyscy, więc pobiegłem z tłumem (człowiek był młody i głupi... teraz pewnie też mądrością nie grzeszy, ale chociaż jakieś blokady się w nim włączają). Aha, jeszcze mam autograf od pani Małgorzaty Foremniak (z dedykacją, a co?! Jak się bawić, to się bawić).


A Hołownia? To chyba jedyny pisarz, którego podpis znalazłby się w mojej książce. Nie było nikogo przed nim (a znając mój gust czytelniczy to ci, którzy mogliby mi się wpisać do książki, już nie żyją. I nie myślę tu wcale o Tolkienie, czy autorze Narnii). Szymon Hołownia w prowadzeniu narracji, w stylu, w podejściu do kwestii religijnych, w zrozumiałym i przystępnym pisaniu (złośliwsi zarzucają mu, że jej pisarzem pop, co ma przywodzić na myśl muzykę popularną) bardzo przypomina mi C.S. Lewisa. Nie są to moje słowa na wyrost, bo Mistrza nikt nie zastąpi. Ale w okresie, w którym zacząłem czytać książki pana Szymona, byłem po bardzo intensywnej lekturze wspomnianego pisarza (z braku lektury powracam do tego, co już kiedyś czytałem jako nastolatek, a co wówczas nie do końca mogłem zrozumieć z racji wieku). Skojarzenie nasunęło się samo podczas lektury którejś z książek Hołowni. A w dodatku to pisarz nadal żyjący, którego na bieżąco czytam (i którego nie doceniłem wtedy, gdy już nie napisze żadnej książki. Po Twardowskim, Tischnerze, Kołakowskim, i wielu innych, do których lektury byłem zbyt młody gdy jeszcze żyli i tworzyli). Autograf od żyjącego pisarza, którego jestem fanem, którego książki mam, i którego cenię, to dla mnie taki megahit jakbym co najmniej miał wpis od samego Lewisa lub Tolkiena :)

Odpisuję koledze:

No pewnie, że chcę. I z góry dzięki :)

Dostaję wiadomość zwrotną:

Ale to ja dopiero jutro idę na to spotkanie, jeśli się uda, to załatwię autograf.

Nie muszę chyba dodawać, że się udało, a ja wracając na początku tygodnia do Lublina na studia, już odebrałem swój egzemplarz z autografem. Last minute jeździło ze mną w komunikacji miejskiej na uczelnię i z niej (gdy na te 20-30 minut przenosiłem się z panem Szymonem w różne miejsca świata, oglądając przy okazji barwne fotografie jego autorstwa. A kolega do tych wspomnień dodał po prostu jeden wpis, który jest dla mnie cenny. Dzięki Krystian! (choć wiem, że bloga nie czytasz).

I taki oto mój dowód na to, że dobro wraca ze zdwojoną siłą. Gdybym nie pożyczył koledze książki, nie miałbym autografu. Ot i tyle. I może to śmieszne, że tak się ekscytuję mililitrami wkładu w długopisie, ale tu chodzi o sentyment, o wrażenia estetyczne. A że jestem miłośnikiem literatury to ma to dla mnie taką samą wartość, jak dla posiadacza sportowego samochodu przejechanie swoim autem określonej liczby kilometrów.








Wypadałoby chyba kończyć, nie rozwodząc się zbytnio... hmm...

Najlepszym podsumowaniem tego wpisu będzie moja sąsiadka. Dopóki byłem w wakacje w swoim mieście, różne osoby przychodziły do mnie po książki, aby poznać jakieś nowości (recenzuję co jakiś czas to i owo, więc niektóre pozycje stoją u mnie w regale nim biblioteki zdążą je kupić). Lubię pożyczać książki, ale jeśli nie jest to Tolkien i C.S. Lewis. Wszystko inne bez problemu jestem w stanie oddać (egzemplarze recenzenckie żyją u mnie drugim życiem, bo skoro mam je za darmo, to i szkoda nie będzie, gdy się komuś zniszczą). 

Przyszła do mnie wspomniana sąsiadka-bywalec osiedlowych ławek (było to wtedy, gdy już wiedziałem o tym, że koledze udało się załatwić autograf) , przynosi mi wcześniej pożyczone książki (na mój osąd nieprzeczytane, bo w stanie nowym, czyli po mojej jednej lekturze i postawieniu na półce). Obserwuje biblioteczkę, kątem oka okoliczne ściany, stan czystości w pokoju, zdjęcia, telewizor i inne sprzęty, być może jeszcze zerka przez okno jakimś cudem, bo może ode mnie widać coś lepiej. Gdzieś tam się w środku może i uśmiecham się, ale nie przejmuję się zbytnio jej zachowaniem (genezy jej wizyt domyśliłem się już dawno, choć być może jak każdy człowiek, często się po prostu mylę). Wzrok sąsiadki pada nagle na książki Hołowni.

-O, masz Hołownię nawet! - mówi mój gość.

-No mam - potwierdzam jakoś tak ciszej, bo oprócz Lewisa i Tolkiena to chyba jego też niechętnie bym oddał, szczególnie, że dwie książki kupiłem sobie sam, a jedną podarowała mi szkoła. Sąsiadka podczas poprzednich wizyt przetrząsała moją biblioteczkę wiele razy, ja zbytniej rewolucji na półce nie urządzałem od jej ostatniej wizyty, więc moje zaskoczenie jej odkryciem ogromne. I tak wiedziałem, że ona te książki pożyczy tylko dlatego, abym widział, że je bierze (i może przy okazji coś na ławce szepnął, że u mnie była i wzięła literaturę z pogranicza teologii i duchowości). Pożyczam więc. A gdyby nawet miała ochotę przeczytać, to nie będę jej bronił. Całe spotkanie odbywa się atmosferze luźnej, ona mi coś tam opowiada ze swojego życia, jakieś osiedlowe newsy z nadzieją, że może oświecę ją i też coś zapodam. Ja do niej tyle:

- Widzi pani, raz wypuszczone dobro wraca!
- No to Ty tego nie wiedziałeś? - ze zdziwieniem mówi sąsiadka.
- No niby wiedziałem, ale wie Pani jak to jest: co innego teoria, co innego praktyka. Pożyczyłem koledze książkę Hołowni, on mi zapomniał w roku akademickim oddać, więc została u niego na wakacje. Kilka tygodni temu zapytał się mnie, czy nie chcę autografu autora. Powiedziałem, że chcę. No więc mi załatwił.

Wiedziałem, że dobro do człowieka wraca. Ale nie spodziewałbym się, że może nawet w tak drobnych sprawach (zazwyczaj przy tak patetycznie brzmiących sloganach ma się przed oczami uratowanie komuś życia, podzielenie się chlebem, czy też przysługę). A jednak życie zaskakuje. Sorry, ale przypadkiem tego też nie nazwę, bo najzwyczajniej w świecie (pewnie wbrew opinii wielu ludzi racjonalnie podchodzących do życia) w przypadki i zbiegi okoliczności nie wierzę.


-----------------


Wykorzystane w tekście zdjęcie nr 1 podlega darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcie na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net

Zdjęcia: drugie i trzecie pochodzą ze zbiorów autora bloga.

Może zainteresuje Cię jeszcze...

5 komentarze