Dlaczego więc nie chcą ćwiczyć?

listopada 24, 2013


Dlaczego młodzi ludzie unikają szkolnego wuefu? Skąd taka masa zwolnień, usprawiedliwień i innych zaświadczeń? Czyżbyśmy byli bardziej chorzy (lub też leniwi)niż dawniej?

Mój kolega Rafał (czytałeś z nim wywiad w tym miejscu) oprócz tego, że zna historię piłki nożnej na wyrywki i jest w stanie opowiedzieć o każdym meczu minutę po minucie, ćwiczy także freestyle i dobrze pisze. Przeczytałem jego ostatni felieton dotyczący niechęci młodzieży do szkolnych zajęć wychowania fizycznego. Po lekturze przyszło mi do głowy kilka myśli. Rafał temat potraktował po dziennikarsku, profesjonalnie przejrzał analizy i badania, i na tej podstawie doszedł do włąsnych wniosków. Nie będę snuł tu polemiki, bo ze swoim kolegą się zgadzam, jeśli chodzi o treści zawarte w jego tekście. A na siłę też nie będę szukał dziury w całym. Po przeczytaniu jego felietonu wpadła mi do głowy myśl, że jest jeszcze jeden powód takiego stanu niechęci do wuefu. Rafał swoją pracę wykonał po dziennikarsku, ja zrobię to blogowo (czyli być może mało fachowo).

We dwóch jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku (dzieli nas zaledwie rok różnicy), pochodzimy z jednego miasta, mamy więc podobne doświadczenia. Z tym, co napisał mój kolega, w pełni się zgadzam: dzieci i młodzież coraz chętniej unikają zajęć wychowania fizycznego. Ma się to nijak do tego, co (podobnie jak Rafał) pamiętam ze swojego dzieciństwa. Sąsiadki, które wyganiały moich kolegów i mnie sprzed bloków, tabliczki z napisem: Gra między blokami wzbroniona (a potem wieczne pretensje do narodowej kadry, że brak sukcesów "w gałę"). Kopaliśmy, wszędzie kurzyliśmy (na czym pranie sąsiadek chyba najbardziej cierpiało). Robiło się "bazy", biegało po lesie, bawiło w podchody, chowanego, berka, krowę i tym podobne wymysły. Jakoś nikt nie zastanawiał się nad tym, że być może zmienią się czasy, sposoby dotarcia do młodego człowieka i formy rozrywki. 

Te ostatnie rzeczywiście uległy przemianie, ale nie wywołały sportowej anarchii. Pamiętam, że świetlica środowiskowa, do której uczęszczałem w dzieciństwie, miała swoją drużynę piłki nożnej (a przy okazji wiele sukcesów, pucharów i medali), zespół break dance (osiągnięcia podobne) i cheerleaderki (i znowu wachlarz zasług ten sam). Będąc w zeszłym roku w tej samej świetlicy już nie w charakterze wychowanka, a wolontariusza, zauważyłem, że dzieciakom się "nie chce" (nawet dyplomy pamiętające dawną świetność świetlicy, jakiś czas temu zdjęto ze ścian. Ale kroniki! O, w tych to wspomnienia nadal tkwią). Dzieciaki przed za oknem wciąż (tak jak w latach mojego dzieciństwa) bawią się, grają w piłkę nożną, jeżdżą na deskorolce, na rowerze, coś tam ćwiczą. Niby tak jest, ale jednak z tym wychowaniem fizycznym w szkole jest cienko.


Tylko dlaczego? Czternaście lat szkoły (jako absolwent czteroletniego technikum i ktoś, co dziwne, pamiętający jeszcze swój pierwszy dzień w "zerówce") mam jakiś tam bagaż doświadczeń. Dni, podczas których dawałem nauczycielowi zwolnienie, policzyłbym na palcach obu dłoni (może z błędem dochodzącym do góra pięciu egzemplarzy). Wykonywałem po prostu polecenia wuefisty. Nie czyni to jednak ze mnie miłośnika tego przedmiotu, może tylko trochę bardziej wolałem ćwiczenia sportowe od lekcji fizyki lub matmy. Nie winiłbym za to siebie, bo po szkolnym wuefie w podstawówce często wracałem do domu i z przyjemnością angażowałem się w blokowe życie. Wszystkie ważne zmiany w charakterze człowieka zachodzą we wczesnych latach jego życia. Upodobania, zainteresowania, zdobyta wiedza, doświadczenie - wszystko to przypada na dzieciństwo. Poszukując genezy niewielkiej sympatii do szkolnego w-fu wracam do podstawówki. Pomijając pierwsze 3 lata nauki wczesnoszkolnej, gdy dziecko uczestniczy w różnych zabawach i ćwiczeniach ruchowych, w moim przypadku kolejne lata podstawówki wyglądały często mniej więcej tak:

- Teraz będzie lista obecności (mija 10 minut). Macie piłkę, pograjcie.

Po tych słowach nauczyciel wychodził na zaplecze i przychodził pod koniec zajęć. Nie było tak zawsze, ale jednak często. W czym problem? Dajesz dziecku piłkę i każesz mu samemu sobie zagospodarować 45 minut zajęć szkolnych. Paranoja, ale pewnie w wielu szkołach podstawowych w tym kraju obecna. Nie wiem jak inne roczniki w mojej podstawówce. Często tak wyglądały zajęcia u mnie (chociaż nie zawsze, pamiętam też jakieś tory przeszkód, lekcje o kozłowaniu piłki, gimnastykę). Nie wolno kilkulatkowi dawać pełnej swobody. Wuefista dostaje taką samą lub podobną kasę za to, że przeprowadzi lekcję, jak matematyk, polonista, anglista, czy nauczyciel chemii. Owszem, może coś wypaść, wtedy się daje dzieciakom piłkę i prosi o zajęcie się sobą, ale obowiązkowo kogoś z kadry pedagogicznej wysyła do obserwacji. Ja pamiętam, że podczas takich dni na wf-ie byliśmy jak sieroty, bardzo często nikogo dorosłego i grupa 20-stu dziesięciolatków, którzy sobie organizują czas, mając tylko jedną piłkę. Ale wracając do kasy, to wuefista dostaje podobne wynagrodzenie do tego, jakie jego koledzy z pokoju nauczycielskiego (nie wnikam w szczegóły, pewnie są jakieś różnice, ale nie są one tu istotne, bo nie piszę o pensjach). Dlaczego więc matematyk lub nauczyciel polskiego i angielskiego nie będą sobie na każdej lekcji wychodzić do tylko sobie wiadomego miejsca, każąc uczniom zagospodarować sobie czas samemu? Bo taka nauka do niczego nie prowadzi. Jestem za tym, by takich nauczycieli ktoś sprawdzał, jak wykonują swoje obowiązki zawodowe. Nie kampanie promocyjne, edukacyjne i tym podobne. Rodzice niech zajmą się swoimi dziećmi, nie dając im "lewych" zwolnień (bo za takie uważam pisanie o katarze, gdy dziecko zdrowe, ale leniwe), a wuefiści tym, by zaciekawić, dobrze wykonywać swój zawód. A tak to niestety wygląda: w-f w szkole traktowany jest często jako przedmiot dodatkowej nieważności. Olewają go (przepraszam za kolokwializm) dzieci, ale i rodzice. Bo mamusia zlituje się nad dzieckiem, gdy ono jest po raz 15. w miesiącu chore na anginę ropną. Ale i są nauczyciele wychowania fizycznego, którzy nie traktują swojego zawodu serio (nie wszyscy, to zastrzegam). 


Dziecko, które dostaje za zadanie przeprowadzić sobie w-f samemu, znudzi się. Nudna lekcja nie wzbudzi w nim miłości do sportu. W szkole nieciekawy w-f będzie beee, przed blokiem to dopiero będzie ciekawie! Bo grając na podwórku, można sobie zmienić zabawę na inną, pójść do domu po jakieś gadżety. W szkole, gdy nauczyciela brak, zostaję tylko ja, kilku kolegów i jedna piłka na trzydziestu chłopa.  Nie oczekujmy od dziecka, że samo się zachęci, zainteresuje, zafascynuje, gdy nie potrafimy w nim obudzić ciekawości świata, pasji. Jeśli nauczyciel wejdzie na salę, rzuci uczniom piłkę do kosza, nie wyjaśni reguł i wyjdzie. A po godzinie wejdzie, zobaczy, że dzieciaki nie podniosły z ziemi przedmiotu (bo nie wiedziały jak grać) i powie: oto gra w kosza to gwarantuję, że bogate o to doświadczenie, nie będą chciały drugi raz zagrać. Wiem, że to skrajny przykład, ale za to mam nadzieję, że obrazowy.

Gdy byłem w gimnazjum, nauczyciel ćwiczył z nami, grał, pilnował. Czyli jednak można. Nie chodzi o to, by przez 45 ekscytować się tym, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Tu chodzi o zwyczajne bycie z uczniem, nie odklepanie, a zapracowanie na swoją pensję. Gdyby od pierwszej klasy podstawówki do ostatniej szkoły średniej każdy matematyk tylko odklepał swój czas, nie umiałbym liczyć. Gdyby od najwcześniejszych lat nauczyciele nie dbali o to, bym zainteresował się literaturą, bo to nie tylko martwa litera (a cały bagaż treści), pewnie teraz nie czytałbym książek. Mieliśmy w gimnazjum małą salkę, graliśmy przeważnie w siatkówkę, ale ta lekcja była i ten nauczyciel też z nami nie musiał, a chciał być. Przez 3 lata gimnazjum było ich trzech i żaden nie traktował nas z góry, a jak równy równego.


W szkole średniej zresztą też trafiłem na złotych ludzi. Dostałem słowa: w-f nie jest dla mnie, ale dla Was. To Wy macie dobrze się czuć. Część chłopaków grała w siatkówkę, część szła na siłownię, kilku na tenisa stołowego. I, o dziwo, choć w tylu miejscach na raz, nauczyciele potrafili zapanować nad sytuacją. Gdy robiło się ciepło i zebrałem grupkę kolegów, nie było problemu, by do tych trzech "sekcji" dodać grę w piłkę nożną na boisku szkolnym, trenowanie biegania lub po prostu porzucanie sobie do kosza. O to tu właśnie chodzi: nie zmuszanie ucznia, a pokazanie mu, że w-f może być przyjemnością, że nauczyciel nie ma "w poważaniu" ucznia, a jest tu dla niego. Na studiach miałem tylko jeden semestr zajęć sportowych, ale to nauczyciel był dla mnie, a nie ja dla niego. Służył poradą, obserwował moje ćwiczenie i mówił, co wykonuję źle. Gdy mam czas, biegam. Tym mnie akurat zafascynował kolega uczący się na pilota, ale motywacji dodał trener na studiach (nie chodziłem wcale na sekcję lekkoatletyczną).

Zobacz także: czego słuchać podczas biegania?

Nie jest tak, że obwiniam szkołę. Poza podstawówką, dalsze etapy mojego kształcenia nie zniechęciły mnie do ćwiczenia. Miałem szansę wyboru zajęć, nie byłem traktowany z góry, nie widziano we mnie materiału do obróbki, a drugiego człowieka. Ale skądś ta niechęć musi się brać. Nie wolno zanudzać, zostawiać ucznia na pastwę losu. Zawsze lubiłem te zajęcia, gdy z nauczycielem powtarzaliśmy ćwiczenia (taka całogodzinna rozgrzewka). Wiadomo, że starszemu uczniowi można na więcej pozwolić, dać mu trochę więcej swobody. Wuef nie ma być godziną cierpień, czasem tortur, a przyjemnością. Trudne to, wiem, bo trzeba wziąć pod uwagę indywidualne podejście do ucznia (a także to, że nie każdy ma predyspozycje do wykonywania tych samych ćwiczeń, co reszta; jeden szybciej biega, drugi skacze w dal; szkolny wuef wszystkich traktuje na równi, jeśli chodzi o umiejętności). Ale nie jest niemożliwe, bo przez gimnazjum i szkołę średnią poznałem pięciu nauczycieli wychowania fizycznego i każdy z nich to złoty człowiek.  Dwa do jednego, jeśli chodzi o moje szkoły. Ale czy wszyscy młodzi ludzie mają takie szczęście? Pewnie i tak i nie. Na podstawie jednego przykładu nie można ocenić stanu oświaty w całym kraju. Tu trzeba by dłuższej akcji, większego sprawdzenia, a tego się nie da zrobić. Tak po prostu. Ale jeśli gdzieś mam widzieć niechęć do wuefu, to u źródła. Bo skoro dzieciaki nie chcą iść do szkoły na ćwiczenia, to problem musi leżeć właśnie w ich szkole. I ja tu wcale nie chcę generalizować, bo na stu niechętnych znajdzie się stu zafascynowanych. Na stu nie lubiących matmy będzie tyle samo osób kochających ją. Przecież tak samo jest w życiu. Bo to jest życie. Nie można też każdego z tych tysięcy zwolnień traktować jako błędu szkoły. Gdyby ktoś mi proponował wygodnictwo i poparcie mojego lenistwa (czym jest podpisanie się przez rodzica na zwolnieniu z lekcji), czemu miałbym nie skorzystać? Wystarczy, że dziecko wstanie lewą nogą, a już ma naszykowane usprawiedliwienie.

zobacz także: dlaczego ludzie ćwiczą po zmroku?

Wiem, że szkoła nie załatwi wszystkiego. Dużą rolę odgrywają tu rodzice, koledzy. Kiedyś za karę siedziało się w domu, teraz coraz częściej widzę, że za karę idzie się na dwór. A może tak zmienić coś? Dla mnie karą w dzieciństwie było siedzenie w domu, gdy za oknem słońce. Wcale nie lubiłem czytać książek, miłość do literatury przyszła do mnie dopiero w szkole średniej (i jak już wzięła, to na dobre, tak że studia też sobie wybrałem otwarte na czytanie). Ale nawet rodzice nie będą w stanie zdziałać tu cokolwiek, gdy dziecko nie będzie chciało ćwiczyć. Nawet szkoła, choć ma silny wpływ na wychowanie, nie zrobi wszystkiego. Bo nie sztuką kogoś do czegoś zmusić, sztuką jest zachęcić go, zafascynować, pokazać, że swoim brakiem aktywności jeśli komukolwiek robi na złość, to tylko sobie. A robi. I to rzeczywiście sobie.



-----------
Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net

Może zainteresuje Cię jeszcze...

5 komentarze