To wszystko na jesień, to wszystko poeci...

listopada 12, 2013



Są w roku takie dni, kiedy człowiek potrzebuje wyciszenia. Są w życiu takie chwile, gdy pragnie się choć chwili tylko dla siebie

Nosiłem się z tym wpisem od ładnych paru tygodni. I zawsze coś stawało na przeszkodzie, bo albo czasu zbyt mało, to znowu chęci odeszły. A i samo zagadnienie piękne, ale jednak w jakiś sposób wymykające się palcom na klawiaturze. Postanowiłem jednak wykorzystać moment, że "chce mi się" powrócić do tego tematu i skończyć kiedyś rozpoczętą myśl.

Dochodząc do trzeciego akapitu pewnie myślisz sobie: "ile można trzymać w niepewności?". Nie nadwerężam  Twojej cierpliwości i już mówię, o co mi chodzi. Jesień nastraja mnie niezwykle poetycko. Gdy tylko liście zaczynają nabierać barw, później gdy opadają na ziemię, mam ochotę przy promieniach słońca usiąść na ławce w parku i czytać. No właśnie, co? Wiersze. Ale kogo? I tu właśnie pojawia się problem, bo kandydatów na półce mam kilku, a w głowie (czyli zaplanowanych do przygarnięcia z biblioteki) drugie tyle.

Ładne dni już przeminęły, zaczęła się jesień chłodna i ciemna. Być może ona lepiej sprzyja zaszyciu się w domu i czytaniu wierszy przy świeczce i z kubkiem kawy lub gorącej czekolady. No bo po kolorowym wrześniu i październiku, przychodzi listopad z zadumą Zaduszek, świętowaniem Niepodległości, wiszącym w powietrzu klimatem zbliżającego się Bożego Narodzenia.

zobacz także: wpis o wyklętych i przeklętych poetach

Chciałem Ci zatem pokazać moich "jesiennych poetów" (jak roboczo nazwałem ich, wymyślając kilka tygodni temu pomysł na kolejny wpis). I ciekaw jestem Twoich.


Jako pierwszy Leopold Staff. Dlaczego? Mówisz do mnie hasło: jesień i prosisz o skojarzenie. Odpowiadam Ci nazwiskiem tego poety. Koleżanka ze szkoły średniej bardzo lubiła tego poetę, opowiadała o nim w samych superlatywach. Byłem ciekawy i postanowiłem wziąć obfity (bo kilkusetstronicowy) zbiorek z zamiarem podzielenia się na blogu z recenzjami moimi odczuciami. Zacząłem czytać i wsiąkłem. Do tego stopnia, że podczas szkolnej wycieczki w góry wolny od zwiedzania czas spędziłem na lekturze Staffa. Z książką chodziłem do szkoły, czytałem w domu. Zabierałem tam, gdzie akurat szedłem. Miałem to szczęście, że wybór wierszy ułożony był chronologicznie tomikami. Pozwoliło mi to prześledzić wpływ modnych w danym okresie literackim nurtów na twórczość Staffa. Bo poeta jest przecież twórcą trzech epok. To, co mnie urzeka w tych wierszach, to klimat. Momentami katastroficzny, czasem trochę pesymistyczny, refleksyjny, by za chwilę czytelnika zaskoczyć ogromną dawką motywacji i "ciepła". Jest też coś. Poezja religijno-humanistyczna. Nie wiem, czy tak można mówić, ale Staff w obrębie jednego wiersza potrafi rozważać tematy związane z wiarą i wplatać je w treści humanistyczne, nawiązujące do antyku. No mówię, że poeta trzech epok, bo u niego sacrum miesza się z profanum. Wiara z rozumem i  rozum z wiarą, wcale się przy tym nie wykluczając.

No i wspomnienia. Jesień w górach plus Staff. Pierwsza lektura tego zbiorku przypadła u mnie na tę porę roku. I oczywiście Deszcz jesienny poety... chyba do końca życia ten człowiek będzie mi się kojarzył z jednym...


Z Szymborską mam na szczęście tak, że doceniłem ją już za życia. Nie potrafiłem sobie wybaczyć tego, że na Twardowskiego, Miłosza, Kołakowskiego, Tischnera itd. byłem za młody, by po nich sięgnąć. A gdy już osiągnąłem wiek, który pozwalałby mi świadomie zanurzać się w ich twórczość, wspomnianych już nie było. W szkole średniej, jakoś na początku poszedłem do miejskiej biblioteki i poprosiłem o coś z poezji współczesnej. Głupio proszę, to mądrze się mnie zapytano: A kogo konkretnie chcesz? Niewiele myśląc przywołuję Szymborską (bo jej nazwisko akurat mi się skojarzyło z czasami obecnymi). Mniej-więcej (aż mi wstyd takiego określenia, ale tak było, zmyślać przecież nie będę) czytałem. Nie spodobało mi się. Pojechałem na Lednicę, stoisko Znak-u. Podchodzę i... kupuję poezję Szymborskiej totalnie po kosztach. Za niewielkie pieniądze miałem wówczas ostatni tomik (Tutaj). Nie byłem przekonany do końca, a postanowiłem mieć ten zbiorek. I nie żałuję. Przeczytałem jednym tchem. Doceniłem.

zobacz także: wpis o tym, że nie tylko wielcy poeci mają swoje wspomnienia "kraju z dziecinnych lat"

Z Szymborską jest tak, że trzeba do niej co jakiś czas powracać, by sprawdzić, czy nasze wnętrze jest już odpowiednio przygotowane na konkretny wiersz. Poetka w swych utworach jest tak... ludzka, tak blisko czytelnika. Jej problemy są naszymi. Jej myśli starają się powiedzieć: no tak, przecież Ty też to wiedziałeś, zauważyłeś, ale być może jeszcze o tym nie wiedziałeś. Jej wiersze są zamknięte w pudełeczku, które czytelnik musi otworzyć, by dostać się do środka i wyciągnąć skarb. Niektóre wiersze nie dają od razu odpowiedzi, każą poczekać, powrócić. Z Szymborską jest, że choć używa bardzo mało metafor (wydaje mi się, że podczas lektury Tutaj nie wychwyciłem nawet jednej przenośni). Sama zresztą Szymborska była ciepła i pogodna. Taka pani pisząca wiersze, trochę sarkastyczna, potrafiąca żartować z siebie, wymykająca się ramom. Gdy poetka zmarła, wiedziałem, że doceniłem ją już za życia. Na forach widziałem, że inni mieli z tym problem. To jest na tej zasadzie, że świat docenia któregoś z naszych rodaków, ale my jako naród mamy z tym problem. Żeby nie wiem jakie laurki Szymborska dostawała za granicą, niektórzy Polacy nawet po śmierci poetki bawili się w sędziów, roztrząsając jej biografię. A ja chcę po prostu czytać Szymborską (i kierować się bardzo starą zasadą, że o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale). I jeszcze cytat z mojego ulubionego Norwida. Kiedyś mi ta myśl wpadła w oczy i od tamtej pory pamiętam o słowach mojego osobistego wieszcza : Autorów-sądzą ich dzieła | Nie-autorzy autorów! No i w tym temacie tyle.



Moje życie stało się lepsze za sprawą Twardowskiego. Nie pamiętam już jak zaczęła się moja przygoda z poezją księdza Jana. Wiem jednak, że to trwa nadal. Duży zbiorek (a właściwie to: zbiór) wierszy, potem kolejny. Do tych utworów mam najzwyczajniej w świecie słabość. Bardzo proste w odbiorze utwory, ale kryjące w sobie pewną pułapkę: za z pozoru nieskomplikowaną formą kryją się o wiele ważniejsze, głębsze, wznioślejsze treści. I mnóstwo ciepła, radości. To poezja miłości do świata, drugiego człowieka i Boga. Ale przede wszystkim do siebie. Bo Twardowski jest odtrutką na zły dzień, pesymizm, zwątpienie. Czytając księdza Jana ma się wrażenie, że to taki radosny kapłan, który nie miał problemów. Tak by się mogło wydawać. Sięgnąłem kilka lat temu po najnowszą wówczas biografię Twardowskiego (nie wiem, czy na rynku jest równie dobra, wydaje mi się, że od jej napisania nie powstała jeszcze kolejna) Ksiądz Paradoks. Młody Janek miał zadatki na świetnego hmm... literata. Filologia polska, próby poetyckie, współpraca ze Sztandarem Młodych, krytyka literacka we wspomnianym piśmie. Mógł pójść tą drogą i pewnie osiągnąłby sukces. Poczuł powołanie, ale duch humanistyczny w nim tkwił. Wydaje mi się, że z prawie każdym poetą jest tak, że może być trochę nieszczęśliwy. Musi patrzeć na świat przez pryzmat sztuki, ale jednocześnie jako ktoś, kto artystą nie jest, by nie poczuć się wyalienowany. Twardowski nadal pisał wiersze, ale wtedy były takie czasy, że skoro był księdzem, to droga poety, kogoś, kto wydaje swoje wiersze, była dla niego zamknięta. Poeta, który dusi w sobie liryki, nie widzi perspektywy na ich wydanie, a jednocześnie wie, że może pisać jedynie do szuflady? Twardowski przetarł pewnie szlaki, teraz nikogo by nie dziwił ksiądz piszący wiersze (nawet będąc tu w Lublinie na mszy słuchałem kazania pewnego księdza, który swoje 15 minut poświęcił na pochwałę wszelkiego stworzenia, a innym razem przekonany, że czyta coś Twardowskiego, zdziwiłem się po wysłuchaniu jego homilii, że brak tam podania źródła obszernego cytatu... skapowałem się, że te słowa pochodzą od sprawującego). Ale ksiądz-poeta miał swojego "patrona" liryki. To Józef Baka - barokowy duchowny tworzący wiersze. Za życia posądzony, mówiąc współcześnie i pewnie dosadnie, o kicz. Po śmierci doceniony (jak wielu wielkich ludzi). I u Twardowskiego ten barok widać, liczne wyliczenia, kwiecisty język, przesłanie zawarte czasem w końcowym zdaniu po wcześniejszej "litanii" epitetów i metafor. Czasem jest tu pozór pewnego "przerostu" formy nad treścią, ale to tylko na pierwszy rzut oka. Treścią jest tu bowiem wiara, miłość, relacja do Boga, do drugiego człowieka - tych wartości forma nie potrafi przerosnąć. I przyroda. Ona stanowi centrum wielu liryków księdza, wiele z tych utworów wygląda jak atlasy botaniczne. Twardowski potrafi przywołać mnóstwo nazw roślin, zwierząt. Kochał przyrodę, od najmłodszych lat ją obserwował. I znał, znał po imieniu nawet najrzadziej występujący okaz zioła. Kto by pomyślał, że kura chodząc, zostawia małe krzyżyki na piasku? A ksiądz Jan to dostrzegł (i nie tylko to zresztą). 

Twardowski - postać wyjątkowa, ma to coś. No i niezmiennie dostarcza mi "ciepła" na sercu, potrafi wzbudzić uśmiech... ale taki serdeczny, prawdziwy, szczery, czasem spontaniczny. Moje lektury wierszy księdza Jana przypadały na lato, ale zaglądałem do nich przez cały rok, szukając cytatu do życzeń na bloga, poszukując pocieszenia. Biografia poety przypadła na listopadowy, pochmurny dzień. I właśnie on jakoś tak mi się jesiennie kojarzy, bo to o tej porze potrzeba podwójnej dawki optymizmu. I ciepła rzecz jasna :)



Nie poeta, a pisarz. Tolkien i jego Legenda o Sigurdzie i Gudrun. Pamiętam, gdy pojechałem pociągiem po tę książkę 25 kilometrów. Wiedziałem w jakim celu, wiedziałem, co chcę kupić. Mroźny, późno listopadowy (bo książkę wydano w okresie przedświątecznych zakupów) wieczór. Do tej pory to wspomnienie bardzo mocno we mnie tkwi. Całodzienne zmęczenie wynikające z chodzenia po centrum handlowym, hałasy i szumy pochodzące od ludzi biegających pomiędzy półkami. Trzymała mnie przy życiu myśl o herbacie i książce Tolkiena. Sama historia była świetna, zaczerpnięta z mitologii skandynawskiej. To temat na odrębny wpis, obiecuję, że kiedyś go opiszę :) A co do samej książki, to autorska wersja Tolkiena, jego historia opowieści z  Eddy Poetyckiej. Pamiętam, gdy wstawałem rano i czytałem Legendę, zanim poszedłem do szkoły na matematykę. Bardzo żywe wspomnienia. A w tym roku (tak naprawdę to równy tydzień temu) z tej serii wyszedł Upadek króla Artura (tego samego autora rzecz jasna). Mam, czytam, niedługo opiszę :)

zobacz także: wpis o Tolkienie i rocznicy napisania Hobbita


Wypadałoby jakoś to wszystko podsumować. Ale dlaczego sztucznie to łącząc? Każdy z pokazanych przeze mnie poetów jest wyjątkowy, z każdym wiążę inne wspomnienia. Wszyscy jednak oni w pewnym sensie jakoś wpłynęli na moją osobowość, dostarczyli konkretnych emocji. I wszystkich świetnie czyta się przez cały rok. Ale szczególnie jesienią, bo wiadomo, że wieczory chłodniejsze i ciemniej staje się wcześniej. A gdy słonecznie i ładnie w ciągu dnia, to odpowiedni klimat i ławeczka w parku same się znajdą. A wczesny ranek, gdy słońce wstaje, mgły unoszą się ku górze, a cały świat zaczyna wstawać? Też sprzyja zamyśleniu, przemyśleniu pewnych spraw. 


A jaki jest Twój ulubiony poeta? Z kim wiąże Cię cała masa wspomnień? A jeśli nie lubisz wierszy, to o kim wiele słyszałeś,kogo chętnie byś przeczytał?


 -------------
Zdjęcia użyte w tekście są własnością autora bloga.

Może zainteresuje Cię jeszcze...

10 komentarze