Mikołajki, dużo uśmiechu i kilka głębszych... myśli

grudnia 06, 2013


Zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda standardowy dzień pracy Świętego Mikołaja w 6.grudnia?

Przyznam się, że ja nad tym nie myślałem. Wiadomo, że taki człowiek zakłada czerwony strój i idzie do pracy (wcześniej powiadomiony o tym przez jakąś agencję wynajmującą aktorów i im podobnych). No pewnie tak, ale ja to sprawdziłem dziś na swojej skórze. Byłem kiedyś przebrany za elfa i w świetlicy środowiskowej tuż obok Mikołaja i Śnieżynki (czyli standardowej pary z kolorowego obrazka lub bajki) byłem... ozdobą (chyba zbędną, bo dwie osoby to już tłum, a ja chciałem też być obecny... no i mój strój a'la Legolas z Władcy Pierścieni). Nigdy mi jednak nikt nie proponował Mikołaja (nie wiem dlaczego, szczupły jestem, ale brzuch zawsze można dorobić, swój metr siedemdziesiąt dwa też mam, więc jestem pewnie wyższy od przeciętnego dziecka). A jednak nie. Ale dziś jednak tak! (slogan: Lublin - miasto inspiracji od dziś jeszcze bardziej popieram, skoro pierwszy raz w życiu mogłem być Mikołajem).

Wraz z Radiem eR (podaję nazwę, bo to ogromnie ciekawa inicjatywa tego lokalnego medium, znanego z wielu akcji, jak ta zachęcająca kierowców do przepuszczania pieszych na pasach, zwolnieniu przy chodnikach w czasie deszczu, by nie pochlapać przechodniów, czy też zachęcająca do podpisania deklaracji do oddawania organów po śmierci) mogłem uczestniczyć w rozdawaniu przechodniom małych upominków. Nie ja sam, rzecz jasna, było czterech Mikołajów i cztery Śnieżynki. I dużo ludzi do obdarowania :) Były "wejścia" antenowe z trasy, były zdjęcia, był też numer telefonu do Radia, a zadzwonienie pod wskazany namiar mogło co piątej osobie do skromnego upominku dodać większą nagrodę. Liczyła się przede wszystkim dobra zabawa, zrobienie czegoś niebanalnego. Myślałem, że tak to będzie wyglądało: przebiorę się w czerwony strój, pochodzę kilka godzin i wrócę do domu. Poczułem jednak w tym coś głębszego, znalazłem cechy przynależne do wolontariatu, do bycia wolontariuszem. Dlaczego?


Już to dzisiaj mówiłem kilka razy: najważniejszy tu jest uśmiech. Nie liczy się prezent, coś wielkiego i cennego. Zwykły cukierek dany przez studenta przebranego za Mikołaja. I na dodatek z brodą opuszczoną do szyi (nie wytrzymała mojego tempa biegania i ciągle spadała). Co mnie tam obchodziło, czy zobaczy mnie ktoś znajomy, bardzo chętnie w takim stroju bym się pokazał kolegom z roku, nawet liczyłem, że spotkam kogoś znajomego i jakoś pomacham, uśmiechnę się, lub coś podobnego. Bo służąc drugiemu człowiekowi - nieważne czy jesteś wolontariuszem, artystą ulicznym, przeprowadzaczem dzieci przez jezdnię, sprzątaczką - jesteś dla kogoś, służysz sobą, oddajesz drugiej osobie swoje nogi, ręce, uśmiech, głos, wzrok, słuch. Nie jesteś już egoistą myślącym tylko o swoim szczęściu, ale poniekąd siebie zostawiasz na boku i oddajesz drugiej osobie swoje prawdziwe ja. Masz do wyboru: albo mieć, albo dać. Nie możesz równocześnie i trochę tego, i trochę tego. Zawsze, gdy coś zostawiasz dla siebie, pozbawiasz tego kogoś innego. A gwarantuję Ci, że jeśli już coś ofiarujesz (szczerze, rzecz jasna), już będziesz chciał robić to do końca życia. Nieważne, czy masz na myśli akceptację drugiego człowieka, uśmiech, miłość, przyjaźń, czy upieczone w domu pierniczki. Zawsze będzie tak samo! I wierz mi, że drugie tyle dostaniesz. 

Biegałem jak ktoś szalony, śmiałem się, zaczepiałem ludzi. I słyszę od pani, z którą jeździłem, że za szybko to robię, bo trzeba z obdarowanymi jeszcze pogadać do mikrofonu. Na to odpowiadam, że normalnie mam problemy komunikacyjne (wiem przecież, że do obcego człowieka nie podejdę, aby z nim nawiązać kontakt), tutaj jednak masz kilka chwil, aby zrealizować swój cel. Musisz zdążyć, musisz szybko ten kontakt złapać. Dużo mi dała praca w markecie, sporo półtora roku studiów społecznych, przyjaciele, znajomi i koledzy - ludzie. Jestem introwertykiem, nie wyglądam jak ci wszyscy ludzie, których rozpiera energia, wszędzie ich pełno (tak, to ich zawsze media pokazują, bo są to ludzie optymistycznie zakręceni i słusznie, że takich się wybiera z tłumu). Ale dlaczego bym nie podszedł do obcego człowieka (wyjątkiem, gdy zgubię ulicę, wtedy nie mam oporów przed zaczepianiem mieszkańców miasta)? Bo przebiegamy przez życie, wszyscy są jakby zamyśleni, nieobecni, z miną kogoś, kto nie chce pogadać z drugą osobą, tylko jak najszybciej iść do domu i wycofać się z życia. Dziś też podchodziłem do takich "smutnych" osób i w chwili Dzień dobry, mam dla Pani mikołajkowy prezent, po czym dawałem skromny upominek, ta ponurość zamieniała się w radość! Uśmiech, tak po prostu. Dzieci. Dzieci są spontaniczne, dlatego tak otwarte. Kilka osób zrobiło sobie ze mną zdjęcie. Przy miasteczku akademickim było też sporo osób do obdarowania, starałem się do każdego podejść, ale widać, kto tego kontaktu chce. Lekki wzrok w moją stronę i wypisane na twarzy: czy do mnie też podejdzie? Niektórzy uśmiechali się już z daleka, widząc osobę przebraną za Mikołaja. Tak, to działa w obie strony: Ty coś dajesz, Ty też odbierasz. To dodaje sił, ja tak mógłbym biegać przez cały dzień.


Starałem się mówić jak najmniej o sobie, choć pisząc bloga, masz obowiązek opisywać siebie. Nie poszedłem na tę akcję z nastawieniem, że oto dostanę masę uśmiechu itd. Chciałem i czułem taką potrzebę pójścia i zaangażowania się. Decyzję podjąłem od razu po telefonie z pytaniem o to, czy nie mógłbym w wziąć w akcji udziału.

Nie planowałem też tego wpisu. Czasem jest tak, że dziennikarz lub ktoś tworzący wciela się w konkretną postać i opisuje to później. Mógłbym zrobić z tego reportaż literacki, lubię tę formę dziennikarską. Ale to nie o to chodzi. Piszę o tym, bo po akcji poczułem, że jakoś głęboko to we mnie tkwi. Poczułem takie wielkie WOW, ale było fajnie. Później pomyślałem o spotkanych ludziach i było kolejne wow! Tak naprawdę to nie ja im dałem symboliczny upominek, ale to oni mi sporo dali (chociażby uśmiechu, tego, że mogłem poczuć się potrzebny, pobyć z drugim człowiekiem... to takie elementarne potrzeby, ale bez nich nie byłoby tych wyższych, bardziej złożonych).

Cały czas mam wątpliwości, czy powinienem tego posta publikować. Nie powinienem o tym pisać, bo nie na tym polega pomaganie. Ale wiem też, że nie opisałem wszystkiego. Opowiedziałem siostrze jedną scenkę z dzieckiem i chyba zagrałem na jej wrażliwości. Nie chcę w Tobie wzbudzać wzruszenia. Wydaje mi się, że zawarłem w tym krótkim tekście kilka myśli, które są taką kwintesencją pomagania (bardzo subiektywną). Wyciąłem te fragmenty, które w jakiś sposób mogłyby mnie opisywać (chyba, że przy okazji przykładu dla tezy lub zarysowania jakiegoś tła wydarzeń).



Ale jest też druga strona medalu: wiem jak wyglądają standardowe "Mikołajki" w świetlicach środowiskowych i szkołach. Idzie grupa młodych ludzi i czynią dobro, każdy wie, jak to wygląda. A potem albo ktoś zrobi z tego newsa, albo nie. A wydarzenie było. I było też ważne. Jestem zdania, że takie rzeczy trzeba nagłaśniać. Za pasem Święta, media zaczną pisać o znieczulicy w narodzie, o tym jak nam źle, choć jest dobrze. Będą bronione prawa karpia do godnego życia w markecie, a te człowieka zostaną odłożone na bok. A tu ważne jest wskazanie, że nawet niewielki gest (jak uśmiech, trochę sympatii, miłe słowo) może zdziałać wiele. Może wiele komuś dać (np. rozjaśnić ponury dzień).

Nie pozostaje mi nic innego, tylko życzyć Wam z okazji "Mikołajek" dawania od siebie jak najwięcej. Polubiłem ostatnio na Facebooku wydarzenie, które zaczynało się od cytatu z Dziejów Apostolskich (Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu, Dz 20, 35) z podtytułem: Pragniesz szczęścia? Podaruj je komuś.  Po napisaniu całego tego posta na blogu przypomniało mi się, że coś takiego zalajkowałem niedawno. Czyli jednak to nie przeznaczenie, że tak to wszystko się potoczyło. Tyle jesteś wart, ile z siebie możesz dać. A teraz nie przeszkadzam w konsumpcji mikołajkowej czekolady i mandarynek (nawet siostra przywitała mnie - lubelskiego studenta wracającego do domu -  naleśnikami i kruchymi ciastkami :)






-----------
Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net

Może zainteresuje Cię jeszcze...

1 komentarze