Trochę ciepła na chłodny dzień

grudnia 11, 2013


Dzisiaj wpis dający odpowiedź na wiele pytań: co pić w chłodny dzień, jaki jest sposób na ponury jesienny wieczór, a także coś o rooibosie, zielonej herbacie, kawie i kilku innych smakach, które potrafią rozjaśnić mroczny i depresyjny dzień


Miałem wczoraj dla Ciebie nowy wpis, ale (jak to często w życiu bywa) w ramach ulepszeń wizualnych coś nacisnąłem i... i cały tekst nagle gdzieś wsiąkł. Było już późno, wyłączyłem komputer i poszedłem spać. Może to i lepiej? Na dziś postanowiłem zaprezentować Ci coś bardziej praktycznego. Wracając z uczelni pomyślałem o tym, że jest za zimno, za mglisto i zbyt ponuro (nie wiem jak u Ciebie, u mnie dziś tak rzeczywiście było... było, bo teraz już ciemno za oknem). Nic się nie chce, najlepiej zaszyć się w jakimś kącie i albo coś poczytać, posłuchać dobrej muzyki (u mnie dziś królował polski rock i światowe disco) lub coś obejrzeć. Prawdę mówiąc wolałbym mieć przepełniony różnymi zajęciami dzień, aby nie myśleć o ponurości dnia, ale jak już nadarzyła się okazja, postanowiłem stworzyć wpis. To mój subiektywny przegląd tego, co w takie dni warto przyjmować na ciepło.


1. Herbata zielona. Moje uzależnienie od tego napoju swego czasu było ogromne. Właściwie to nie wiem, co się stało, że ograniczyłem spożywanie najszlachetniejszej z herbat. Wypróbowałem całe mnóstwo dostępnych na rynku odmian, różne firmy przewijały się przez kubki. Pozostałem przy mieszance z Bio Active. Nie jednej, rzecz jasna. Gunpowder (tradycyjna zwykła), zielona z pigwą, pomarańczą, nagietkiem... różne odmiany. Kiedyś trafiłem w kubku na kamyczek, napisałem do firmy z poczucia być może jakiegoś obowiązku (coby bardziej sprawdzali, co sprzedają) i z wiedzą o tym, że nikt mi nie odpowie. Zdziwiłem się, gdy przyszedł mail z podziękowaniem za wiadomość i pytaniem o numer serii (i z propozycją przesłania mi w ramach przeprosin nowej porcji herbaty). Nie skorzystałem z prezentu. Ale wiem, że to jeszcze nie był koniec świata, a jedynie dowód na to, że herbata naprawdę jest bliska naturze, a nie chemicznie gdzieś tam przetwarzana i ulepszana. A na smaku jeszcze się nie zawiodłem (kilka razy niestety to, co ktoś nazwał na opakowaniu herbatą zieloną, chyba w rzeczywistości nią nie było). Swego czasu nawet uważałem siebie za znawcę tej tematyki, śledziłem w sieci wiadomości dotyczące właściwości, przygotowywania, badań naukowców na temat zielonego (a właściwie to słomkowego w odcieniu) naparu.

Pamiętaj, goryczkę zlikwidujesz zalewając liście nie wrzącą, ale odrobinę chłodniejszą wodą. Te same "fusy" można parzyć do trzech razy (ja w 98% przypadkach po jednym razie wyrzucałem, choć drugie podejście jest podobno najlepsze), zielona herbata oczyszcza organizm z toksyn, pomaga na cerę, chroni przed wieloma chorobami (mnie nawet uodparnia na grypę), ale powinno się ją pić w ilości nie większej, niż 3 filiżanki dziennie.


2. Rooibos z karmelem. Moje najnowsze odkrycie, mega smaczne przy okazji. Bardzo lubię rooibosa, jest łagodny w smaku, posiada lekką nutkę ziół, świetnie gasi pragnienie (gdy człowiek zaparzy, zajmie się milionem innych spraw i nagle sobie uświadomi, że jego napój stał się już zimny). Piłem już odmianę "zwykłą", tę z miodem, z pomarańczą, ale karmel chyba na tym tle widocznie dominuje. No i zapach - obłędnie działa na umysł. Właściwie to ma się ochotę tę herbatę wdychać, a później być może żałuje się, że nie da jej się zjeść. A sam rooibos? Hmm... chyba propozycja dla każdego. O ile z antyfanami zielonej herbaty spotykam się często (wystarczy tylko drobna nieuwaga podczas przygotowywania i nasz napar zrobi się goryczkowaty), tak rooibos nie wymaga jakiejś szczególnej uwagi. A nawet jeśli zbyt długo go będziemy parzyć (norma to bodajże do 8 minut), nie utraci na smaku (choć prawdziwi kiperzy pewnie by mnie, mówiąc dosadnie, ochrzanili za takie wprowadzanie w błąd). Nie jestem kiperem, mam prawo błądzić (ale nie bierz ze mnie przykładu).


3. Owocowy łyk. Bardzo duży przegrany tego zestawienia, a to za sprawą smaku. Lipton w piramidkach - podobno lepszy smak za sprawą parzenia innego, niż przez papierowe torebki. Zapach jest ok, spore liście, skórki i owoce także w porządku. Wizualnie wszystko jak najbardziej w porządku, ale napar w smaku do najlepszych nie należy. Goryczka, która nie opuszcza podczas każdego picia. W piramidkach Liptona piłem już kiedyś zieloną herbatę, nie była może najgorsza spośród tych, które testowałem (tylko jedna firma wyprodukowała coś gorszego, ma myśl czego twarz mi wykrzywia, a wizja sennych koszmarów wśród moich snów pozbawionych obrazów, przychodzi na myśl jakoś sama). Kiedyś w "gościach" dostałem z tej serii herbatę białą (pamiętam, że winę zgoniłem wtedy na gospodarza, posądzając go o złe przygotowanie, biała herbata wszak jest tak samo delikatna jak zielona). W owocowej pewnie to wina grejpfruta, wypić można, ale nie można chyba chyba zbyt wiele oczekiwać. Narzekam, ale ludzie sporo produktów z tej serii kupują (sam spotkałem takie gatunki herbat, które mnie odrzucały, a dla innych były smaczne... de gustibus non est... coś tam, coś tam było :D). Być może to wszystko przez to, że piję herbatę (kawę zresztą też) bez cukru. Od dawna. Niesłodka herbata jeśli jest niesmaczna, to tylko dlatego, że pokazane jest jej prawdziwe oblicze. Piramidki chyba bez cukru nie miały smakować. A szkoda, bo nie każdy wszystko słodzi (i nie będzie przy okazji wszystkiemu słodził). Ale zielona z Liptona (nie ta w piramidkach, a z serii clear green) jest w porządku (i to bardzo).


4. Orzeźwienie. Smak być może bliższy letnim upałom, ale i zimą się sprawdza. Herbatka miętowo-jabłkowa w sam raz na ponury i chłodny wieczór (świetnie też się sprawdza jako powitanie po przyjściu z dworu). Pachnie też genialnie. Mięta działa pomocniczo przy bólu brzucha, odświeża smak, łagodzi. Lekki smak i wyrazisty aromat. I jak tu wpadać w depresje i smutki, gdy nieopodal taki umilacz czasu :)


5. Na słodko. A na już bardzo dużego doła coś na słodko. Ciepła, czekolada (z informacji na opakowaniu wynika też, że rozgrzewająca). Dodaje koloru nie tylko jesiennemu wieczorowi, ale i podczas chłodu zimy. Przenosi zmysły w czasie, wypełnia aromatem wnętrze czterech ścian. I może też być świetną towarzyszką niejednej książki (u mnie na zdjęciu pełen Indii Traveler). Można delektować się na różne sposoby, można też np. przegryzać bananem lub pomarańczą. Myślę, że gdy ktoś jest uzależniony od czekolady (tak jak, nie patrząc zbyt daleko, ja), wie, o czym mówię. Nagroda Nobla dla tego, kto czekoladę ustanowił nie tylko potrawą, ale i style życia. Serio. Złagodziła pewnie nie jeden poważny konflikt (nie tylko światowy, ale i jakiś, chociażby małżeński). Jedna czekolada, a może być wyrazem podziękowania, przeprosin, prośby, radości, wyjścia z depresji, i czego tam jeszcze sobie ktoś zażyczy :)


6. Kisiel truskawkowy z kawałkami owoców. Jeśli masz dość herbat i innych napojów (ja mogę je wszystkie pić przez cały dzień non stop, co już wiedzą ci, którzy mnie znają) kisiel przypadnie Ci do gustu. Świetnie rozgrzewa, jest słodki i ma wiele witamin (chociażby C, która jest zbawienna w czasie przeziębień). Brzmi to może trochę banalnie, ale to świetne rozjaśnienie ponurego i chłodnego dnia.

Zabrakło w zestawieniu tylko kawy. Dzisiejszy dzień uznałem już rano za doskonały na rzucenie jej picia. Normalne uzależnienie zrzuciłem na zamienniki (może to częściowa inspiracja do powstania tego wpisu?). Niezależnie od tego, jakie smakołyki Ty wypijasz w ponure i chłodne dni, ważne w tym wszystkim jest to, aby znaleźć chwilę czasu tylko dla siebie i rozpłynąć się w smakach herbat, gorących czekolad, czy też kawy. Taka drobna rzecz, a może rozjaśnić smutny dzień (no i jeszcze pytanie: czy ludzkość wymyśliła coś równie genialnego, jak połączenie ciepłej herbaty z książką?).

Mam pytanie: co byś dodał do tej listy? Oprócz kawy, oczywiście. Mogę na jej cześć pisać pochwalne poematy, ale (niestety) przez najbliższe dni muszę ograniczyć jej spożycie.



Zdjęcia pochodzą z zasobów autora bloga

Może zainteresuje Cię jeszcze...

3 komentarze