Wyklikane z Ugandy. Wywiad z Joanną Skałbą

grudnia 16, 2013

 

O sobie mówi, że ma wrodzoną pasję życia, 120 procent energii i syndrom ciekawości świata. Te cechy pomogły jej nieść pomoc podczas dwumiesięcznej misji w Ugandzie. Swoje wrażenia zapisywała na blogu. Zapytana o to, czy pomaganie wzmacnia, bez wahania odpowiada: - Moje życie ma sens wtedy, kiedy coś robię dla drugiego człowieka. Takie życie tylko dla siebie nic nam nie daje. Bo cóż nam daje? Na pewno nie szczęście.  O codziennym życiu w Ugandzie, radości z pomagania drugiemu człowiekowi, a także o wyjątkowej filozofii życia z Joanną Skałbą rozmawiali: Dominika Oleszek i Dariusz Okoń


Dominika Oleszek: Z dużą ilością ludzi pracowałaś w Afryce?

Joanna Skałba: Jeden chłopakWojtekbył już na miejscu, a my dojechałyśmy do niego we cztery.

Dominika: Ktoś was oprowadzał?

Joanna: Nie trzeba było specjalnego oprowadzania, a bardziej wprowadzenia w pracę na misji. Ksiądz, który witał nas na miejscu opowiedział nam kilka słów o tym, jak będą wyglądały nasze działania, jak funkcjonować: co robić, a czego nie. To była placówka salezjańska Don Bosco Calm. Mieszkało tam stu czterdziestu chłopców ulicy. Przyzwyczajenie się miejsca było raczej bezbolesne, bo życie tam wygląda dość rutynowo. Ale to taka niesamowita, afrykańska rutyna. Dzięki temu szybkowkręciłyśmy sięw to miejsce.

Dominika: A potem praca?

Joanna: Tak, potem od razu praca. Ale na początku oczywiście wdrażanie się, poznawanie chłopców, aklimatyzacja.

Dominika: To wymaga chyba dużej elastyczności, bo oni przecież inaczej tam żyją.

Joanna: Na pewno inaczej. To jest inna mentalność, odmienna kultura. My jesteśmy do czegoś innego przyzwyczajeni, oni też. Były rzeczy, które przyszło nam bardzo łatwo zaakceptować, ale były również takie, z którymi długo się zmagałyśmy. Ale te różnice, choć nieraz diametralne, nie nie do przeskoczenia. Muszę przyznać, że przystosowałam się dość szybko.

Dominika: Z czym miałaś najwięcej trudności?

Joanna: Na początku z porozumiewaniem się. Chłopcy mówią po angielsku, ale jest to jego afrykańska odmiana (więc niech was nie zmyli ten brytyjski akcentw ich wykonaniu było to raczej specyficzne brzmienie języka). Po czasie okazało się jednak, że z dorosłymi o wiele trudniej było się dogadać, niż z dziećmi. Ale to właśnie na pracy z chłopcami zależało nam przede wszystkim, więc również problemy z językiem jakoś przeskoczyłyśmy. Po jakimś czasie dziewczyny powiedziały mi nawet, że mówię przez sen po angielsku (śmiech), więc ostatecznie posługiwanie się angielskim chyba weszło mi w krew.

Dominika: Inna kultura ma to chyba do siebie?

Joanna: Zetknięcie się z obcą kulturą pozwala ci na dokonywanie codziennych odkryć. Nagle coś, na co nigdy byś nie zwrócił uwagi pracując tutaj w Polsce, staje się czymś takim, jakby się ziemia zatrzęsła. Co chwilę masz ochotę zachwycać się tymi małymi odkryciami. Tak właśnie było ze mną. Co pięć minut mówiłam: wow! (śmiech). Chłopcy sami byli zdziwieni, że tak bardzo zaskakują, dziwią, czy też podobają mi się pewne rzeczy.


Dominika: Masz takie poczucie, że pokonałaś własne ograniczenia, choćby w myśleniu lub postrzeganiu?

Joanna: Ograniczeń w myśleniu o mieszkańcach Czarnego Lądu nie miałam zbyt wielu. Zawsze staram się być otwartym człowiekiem na innych ludzi, na różne kultury (może dlatego, że pracuję w Centrum Wolontariatu w programie na rzecz uchodźców, co już mnie nauczyło otwartości, tolerancji, przykładania wagi do integracji międzykulturowej). Nie miałam więc problemu, żeby specjalnie się przełamywać. Zawsze mnie ciągnęło do tych ludzi, na afrykański kontynent. A czy było jakieś zwycięstwo, które mnie w sobie podniosło? Na pewno. Było zwycięstwo mentalne, psychiczne. Podczas takiego wyjazdu wychodzą z nas różne rzeczy. Tutaj w Polsce nie jesteśmy w stanie w pełni siebie poznać. Na co dzień normalnie sobie żyjemy, wszystko dość szybko się dzieje. Kiedy jedziemy tam, jesteśmy zdani na siebie, na Pana Boga i na drugiego człowieka. W takiej sytuacji dużo możemy się dowiedzieć o nas samych. Nikt z nas nie lubi słuchać prawdy o sobie. Trudno jest słyszeć:jaki właśnie jesteś,postaraj się to zmienić,to mi nie do końca pasuje,to można było zrobić inaczejetc. W takich sytuacjach człowiek na początku podupada trochę na duchu. Wydawało mi się, że wszystko jest źle, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że tylko ktoś, kto nic nie robi, nie popełnia błędów. Dopiero gdy sobie pomyślałam o tym, że przecież wciąż się uczę, że jestem tylko człowiekiem, i że przecież nikt nie jest idealny, dopiero gdy sobie tysiące takich rzeczy uświadomiłam, wtedy właśnie odniosłam swoje małe zwycięstwo. Mam teraz nieco inne nastawienie do życia, do ludzi. Przychodzi mi również łatwiej podejmowanie pewnych decyzji. W życiu skupiamy się na drobnostkach, które z pozoru nie mają większego znaczenia. Dostrzegłam tam, jak bardzo my się w tym spalamy, tracimy swoją energię, gdy to wszystko nic, albo bardzo niewiele wnosi do naszego życia. Po powrocie mam takie wrażenie, że jesteśmy tutaj stworzeni po coś więcej, a nie żeby się rozwodzić nad jakimiś mało ważnymi sprawami. Nauczyłam się też dużo pokory. To jest niesamowite, gdy czasem trzeba spuścić głowę i po prostu powiedzieć w duchu: pewnych rzeczy nie przeskoczę i nie zmienię. Afryka zwyciężyła mnie wiele razy. Często trzeba było spuścić głowę. Muszę przyznać, że to doświadczenie sprawiło, że o wiele łatwiej mi to zrobić również teraz, w domu. I bynajmniej, nie chodzi o takie spuszczanie głowy przestraszone i bierne, które mówi:nie mam nic do powiedzenia, ale chodzi o takie świadome opuszczenie głowy i przyznanie się przed sobą samym do popełnionych błędów. Po co się cały czas wybielać i bronić? Czasem trzeba w skupieniu przeanalizować to, co się robi, bardziej się skoncentrować na własnym życiu. Często o tym zapominamy. Dla mnie to jest niesamowite. Żyjemy, ale tak rzadko mamy czas, żeby się zatrzymać, i zadać sobie pytanie: co dziś zrobiłem? Co w ogóle lubię robić? Albo skupić się na miłym geście, którego doświadczyłem. Tam każdy gest chłopców miał dla mnie znaczenie, był czymś niesamowitym. Potrafiłam się wzruszyć, gdy dostałam ciastko od chłopca. Jest takie powiedzenie w Calm:In Don Bosco we share, co oznacza: W Don Bosko się dzielimy. Chłopcy prawie nic nie mając, dzielą się właśnie tymniczym. Gdy dostaną herbatnika, dla nich jest to święto. I nagle taki obdarowany chłopiec wyciąga do mnie rękę z ciastkiem i mówi: Auntie, weź sobie pół. To dla ciebie. Po prostu serce się ściska ze wzruszenia. Człowiek nagle zaczyna doceniać takie z pozoru błahostki, zaczyna traktować te drobne rzeczy jako wielkie. Każdy gest, każdy uśmiech wtedy nabiera innej wartości. Naprawdę tak to wewnętrznie czuję, że życie nabiera innej jakości. Tamte doświadczenia sprawiają, że już nigdy się nie będę taka sama.

Dominika: Czyli ten wyjazd ma przełożenie na to, co teraz robisz?

Joanna: Niesamowite. Nawet trudno mi to opisać w kilka minut.

Dariusz Okoń: Czy masz jakieś wydarzenie najbardziej wzruszające, radosne, może niepokojące, które utkwiło w Twojej głowie, jest takim jednym obrazkiem z całej wizyty w Afryce?

Joanna: Takich obrazków było sporo, ale chyba wyjątkowym było pożegnanie. Przed wyjazdem modliłam się, mówiąc: Boże, oby tym chłopcom coś po nas zostało. Nie chciałam, żeby było tak, że przychodzimy, dajemy im zabawki, potem wyjeżdżamy i tak naprawdę oni nic z tego nie mają później (bo wiadomo, zabawki prędzej czy później zostaną zniszczone). W duchu się modliłam, żeby ta misja pozostawiła w nich jakieś owoce. Przed wyjazdem najlepszym prezentem było dla mnie, gdy przyszedł mały chłopiec i powiedział: Auntie, idziemy się modlić do kościoła. Wtedy myślałam, że on już zapomniał trochę o tej modlitwie. To był taki nasz mały zwyczaj, że chodziliśmy razem do kościoła. On mnie znajdował gdzieś na placówce i razem szliśmy się modlić. Byłam przekonana, że o tym zapomniał. I gdy przyszedł w przeddzień wyjazdu, to się po prostu rozpłakałam. Nawet nie byłam w stanie modlić się razem z nim. Siedzieliśmy tylko razem w kościele. To było dla mnie niesamowite. Ogarnęło mnie wtedy takie poczucie, wewnętrzne przekonanie, że to nie był zmarnowany czas, że to było coś dobrego. Inny jeszcze chłopiec przyniósł namwolontariuszkomjabłka. Warto wiedzieć, że jabłko jest najdroższym owocem w Afryce. W ten sposób chciał nam okazać wdzięczność i sympatię. Jeszcze inny, zanim wsiadłam do samochodu przed odjazdem na lotnisko, złapał mnie za rękę i powiedział: Auntie, pozwól mi siebie po raz ostatni zdenerwować. Przez cały pobyt się tak wzajemnie przekomarzaliśmy. W tym momencie po prostu wziął mnie za rękę i pobiegliśmy razem dookoła placówki. Zrobiliśmy jedno kółko, wróciliśmy na miejsce i tak naprawdę, to by było na tyle. Dla mnie jednak miało to ogromne znaczenie.


Dominika: Czy masz jakiś kontakt z chłopcami?

Joanna: Nie. Ale my nie chcemy mieć kontaktu z nimi z tego względu, że dla nich to byłoby takie nieustanne dawanie nadziei na to, że może oni tutaj przyjadą, że zostaną ściągnięci, że może coś im wyślemy. Chodzi przede wszystkim o pokazanie im, że nasza pomoc ma mieć nie tylko wymiar materialny, ale przede wszystkim duchowy. Kiedy wyjeżdżaliśmy, często nas pytali: Aunti, co mi dasz, żebym mógł ciebie bardziej zapamiętać? Wtedy wskazywałam na ich serce i odpowiadałam: Wszystko, czego potrzebujesz do zapamiętania nas, masz już w sercu. Chodzi nam o to, żeby właśnie tak postrzegali naszą pomoc.

Dominika: Nasz świat jest skupiony na konsumpcji, tam miałaś odwrotnie. Jak się do tego dostosowujesz?

Joanna: Tutaj rzeczywiście jest nastawienie na takądużowszystkość” – jest dużo różnych rzeczy. Gdy chcę sobie kupić szczoteczkę do zębów, idę do marketu, staję przed półką i widzę przed sobą cały regał szczoteczek. Spędzam 10 minut swojego cennego życia na to, żeby zastanowić się, którą wziąć: zieloną, czy niebieską, średnią czy twardą etc. To jest marność, bo w Afryce można żyć dwa miesiące na jednej walizce rzeczy i być szczęśliwym.

Dominika: Po przygodzie w Afryce nie skończyłaś działać, powstał blog, na którym opisujesz swoje doświadczenia.Pasażerowie Życiaskąd się wzięła nazwa?

Joanna: Założyłam stronę z myślą o moich najbliższych. Każdy pytał się o to, co będę tam robiła, martwili się o mnie. Stwierdziłam, że jeśli założę bloga, ludzie będą wiedzieli, gdzie jestem, czym się zajmuję. Przy okazji dowiedzą się również czegoś o Ugandzie i o osobach, z którymi pracuję. Będą po prostu wiedzieli, jak się miewam. Chciałam też przemycić swoje przemyślenia. Nazwałam bloga Pasażerowie Życia, ponieważ kocham podróżować.Podróżnikto chyba moje drugie imię. Wydaje mi się właśnie, że nasze życie jest taką podróżą. Trochę przypomina pociąg, do którego wchodzą ludzie. w którym my siedzimy, a z którego nie możemy wyskoczyć, nie możemy go też tak po prostu zatrzymać. Jedyne co możemy uczynić z naszym życiem, to sprawić, aby ono było niezapomnianą przygodątak jak najlepsza podróż. Stanie się to przez spotkania z innymi ludźmi, planowanie pewnych sytuacji, przez zdawanie się na wolę Pana Boga i działania spontaniczne. Moim motto życiowym jest: uczynić podróż niezapomnianą. Staram się tak żyć, żeby to moje życie było niezapomniane i żeby dobrze się zapisać w pamięci ludzi. Po prostu żeby być szczęśliwym, uszczęśliwiać innych i żyć w zgodzie ze sobątakim właśnie chcę być Pasażerem Życia.

Dominika: Ludzie, którzy wsiadają do Twojego pociągu, związałaś się z nimi. Cały czas jesteś zaangażowana w projekt pomocy uchodźcom. Co mogłabyś o nich powiedzieć?

Joanna: Ludzie, których spotkałam w Ugandzie, bardzo dużo mnie nauczyli. To było niesamowite doświadczenie, którego owoce widzę do teraz. Mam wrażenie, że w życiu jest tak: przyciągamy ludzi, którzy trochę do nas podobni. Mam tendencję do przyciągania ludzi, którzy pozytywnie zakręceni, mają w sobie odrobinę szaleństwa, bo chyba trochę sama taka jestem. Bardzo się z tego cieszę, bo gdy spotykają się dwie podobne dusze, to od razu jest raźniej. Jeszcze bardziej chce się żyć. Ta druga osoba w jakiś sposób jest w stanie ciebienakręcić, jeżeli myśli i działa podobnie, podobnie patrzy na życie oraz je interpretuje. To zawsze działa na plus.


Darek: Do pociągu wsiadają różni ludzie, przypadkowo spotkani, niektórzy po drodze wysiadają, a wszyscy zmierzają w jednym kierunku. Jak ci spotkani ludzie, czy to w Afryce, czy tu w Polsce, jak wpłynęli na Ciebie, że wybrałaś właśnie wolontariat. Można pomagać w różny sposób, jednak Ty skupiasz to wokół wolontariatu przy pomocy uchodźcom, na misji.

Joanna: Myślę, że każdą formę pomocy drugiemu człowiekowi możemy nazwać wolontariatem. To jest po prostu bezinteresowna pomoc i dobrowolne działanie na rzecz drugiego człowieka. Takie jest moje pojmowanie wolontariatu. Jeśli masz odrobinę dobrej woli w swoim sercu i chcesz coś robić dla drugiego człowieka, to już jest wolontariat. Dlaczego w tym trwam? Na to mam kolejną swoją filozofię (śmiech). Kiedyś słyszałam taki mit na temat oddawania krwi: im więcej jej oddajesz, tym więcej produkuje jej nasz organizm. W pewnym momencie już musimy oddawać krew, aby nie było jej za dużo. To oczywiście tylko mit, ale z moim wolontariatem jest podobnie. Jak już raz zacznie się dawać to dobro z siebie, to później ono narasta w sercu i później istnieje taka wewnętrzna potrzeba uwalniania go. W taki sposób wolontariat zaczyna wrastać w twoje codzienne życie. Trudno mi żyć bez wolontariatu w jakiejkolwiek formie. Niech to będzie nawet udzielanie korepetycji komuś za darmo. Po prostu trudno bez tego żyć.

Dominika: Czerpiesz energię ze spotkania z drugim człowiekiem?

Joanna: Ogromną, uwielbiam to! To jest moje życie: spotkanie, rozmowy, z konieczności tylko czasem kontaktuję się przez SMS-y, telefony. Kocham spotkania twarzą w twarz i dlatego zaangażowałam się w wolontariat. Jest to najlepsza okazja, aby spotkać drugiego człowieka takim, jaki jest.

Darek: Bloga, jak sama powiedziałaś, robiłaś to, aby pokazać swoim bliskim, jak funkcjonujesz, aby barierę odległości jakoś zatrzeć. Nie miałaś jednak w pewnym momencie takiego wrażenia, że tworzysz większy projekt, aby pokazać osobom, które nie mogą z tobą być w Ugandzie, jakie tam spotykasz problemy i jak pomóc? Bo można przecież pomóc już tu i teraz.

Joanna: Kiedy zakładałam stronę, myślałam, że to będzie raczej lokalne działanie, że obejmie moją rodzinę i najbliższych. I rzeczywiście na początku tak było. Śledziłam wejścia, sprawdzając, czy jest jakieś zainteresowanie. Byłam bardzo zdziwiona, gdy zobaczyłam, ile osób czyta tego bloga. Najbardziej mnie dziwi, że do tej pory ludzie tam wchodzą, nawet wtedy, gdy już przestałam pisać. Miesiąc temu napisałam ostatnią notatkę po powrocie. [rozmowa była przeprowadzana pod koniec listopada, w grudniu ukazał się jeszcze jeden post, przyp. D.O.] Niezmiernie się cieszę, żetak jak mówiszpowstał z tego taki troszeczkę większy projekt. Nie szukam sławy dla tego bloga, nie o to mi chodzi. Myślę jednak, że dzięki niemu wiele osób, które pewnie nie będą miały szansy do Afryki pojechać, choć odrobinę poznają kulturę, miejsce, sytuację chłopców. Może odczaruję pewne mity, może część z nich potwierdzę. Może tak jak mówisz: przekonam kogoś do tego, żeby choć odrobinę zaangażował się w pomoc już tutaj, teraz, bo jest to możliwe. Może ktoś, kto trafi na tego bloga, również poczuje pragnienie wyjazdu na misję? To nie jest sprawa zamknięta i tylko dlawybrańców. Każdy może spróbować swoich sił, jeśli ma takie pragnienie w sercu.

Dominika: Pisałaś na blogu o syndromie ciekawości drugiego człowieka. Myślisz, że w dzisiejszych czasach ludzie ciekawi drugiego człowieka? Czy przeciętny człowiek ma czas, aby zainteresować się drugim człowiekiem?

Joanna: Myślę, że trudne jest poznanie drugiego człowieka w naszym codziennym życiu z różnych względów. Nakładany maski, tysiące masek, i tak naprawdę serwujemy drugiej osobie taki wizerunek siebie, jaki chcemy, aby ona w nas dostrzegła. Chcemy pokazać, że jesteśmy świetni, fajni, że super nam wszystko wychodzi. Tam w Afryce ludzie autentyczni, prawdziwi, nie mają żadnych oporów przed tym, aby demonstrować swoją osobowość w pełni, poprzez swoją energię, uśmiech, ekspresyjną mimikę twarzy. Od nich mam energię, którą częściowo mi dali, częściowo wzmocnili (śmiech).


Darek: Hasłem działań Centrum Wolontariatu jest slogan: Pomaganie wzmacnia. Przez pryzmat Twoich działań w Afryce, jak Cię to wzmocniło?

Joanna: Na pewno fizycznie (śmiech). Dużo fizycznie pracowaliśmy z chłopakami, było dużo dźwigania. Oczywiście mówię to tak pół żartem, pół serio, bo chodzi o inny rodzaj wzmocnienia. Ważne jest nasze wzmocnienie w przekonaniu, że moje życie ma sens. Mam takie przekonanie wewnętrzne, że moje życie ma sens, gdy coś robię dla drugiego człowieka. Nie żyjemy tutaj tylko dla siebie. Takie życie tylko dla siebie nic nam nie daje. No bo cóż? Na pewno nie szczęście. Pogoń za realizowaniem własnych aspiracji, marzeń, to jest dobre, ale jeśli nasze wyobrażenia o życiu stoją na pierwszym miejscu, a drugi człowiek jest spychany na bok, to przestaje to dawać nam satysfakcję. Ja tego doświadczyłam: ten niesamowitej siły, która płynie z uśmiechu, który ci daje drugi człowiek, z dobrego słowa, ze wsparcia. To też pomaga odkryć swoje miejsce na Ziemi. Wolontariat pokazał mi wielokrotnie, że jestem komuś potrzebna, że mam swoje miejsce. Uganda dała do zrozumienia, że nie trafiłam tam przez przypadek. To, że tam wylądowałam, ma dla mnie osobiście głęboki sens.

Dominika: Zamierzasz tam kiedyś jeszcze wrócić?

Joanna: Bardzo bym chciała. Czułam się tam jak u siebie. Od zawsze coś mnie ciągnęło do Afryki. Kiedyś zrobiłam listę rzeczy, które chciałabym kiedyś zrobić. Na tej liście właśnie pojawiło się to pragnienie.

Dominika: Ile miałaś lat?

Joanna: To było w gimnazjum. Zafascynował mnie pewien film, w którym główna bohaterka zrobiła sobie taką listę rzeczy, które chciałaby w życiu zrobić i ja też spisałam. Wykonałam taką listę, na której punkt piąty brzmiał: pojechać na misję do Afryki. Potem zapomniałam o tej liście, ona wylądowała gdzieś w jakimś notesie, w moimDzienniku z podróży, takim rodzaju pamiętnika, w którym opisywałam najważniejsze wydarzenia ze swojego życia, do którego wklejałam różne rzeczy. Ta lista marzeń gdzieś tam była, ale nie wracałam do niej więcej. Dopiero przed wyjazdem do Afryki odgrzebałam i przeczytałam on nowa. To było dla mnie niesamowite odkrycie. To pragnienie siedziało we mnie już od wielu lat. Wydaje mi się, że moja przygoda związana z tym kontynentem jeszcze się nie skończyła.


Dominika: Wierzysz, że Twoje życie toczy się według jakiegoś planu?

Joanna: Tak, staram się żyć w zgodzie ze sobą i z Panem Bogiem. Wydaje mi się, że taki właśnie był Jego plan. Cieszę się, że mogę go realizować, bo to jest coś niesamowitego, co dodaje życiu wartości.

Darek: Dzięki spowolnieniu tempa, małym sukcesom, czy nauczyłaś cieszyć się z drobnych rzeczy?

Joanna: Wydaje mi się, że dostrzeganie plusów to jest jedna z tych cech, które miałam w sobie przed wyjazdem do Afryki. Jest taki dowcip-zagadka, który opowiedział mi kolega: Co widzi pesymista na cmentarzu? Same krzyże. A co optymista? Same plusy. Wydaje mi się, że jestem taką osobą, która stara się dostrzegać plusy we wszystkim, co mnie otacza, chociażby sytuacja była beznadziejna. Z drugiej strony wiadomo też, że czasem jest trudno, że bywają również sytuacje, w których już totalnie załamywałam ręce, kiedy nie chciało się już nic. To normalne.

Dominika: Przydało Ci się to w Ugandzie?

Joanna: Tak, bo gdy było już naprawdę źle (zdarzały się sytuacje, gdy człowiek był już bardzo zmęczony, ogarniała tęsknota), dużo mi dawał ten optymizm. Wtedy cieszyłam się z tych najdrobniejszych rzeczy, których doświadczałam. Na przykład z tych herbatników, o których już wspominałam. Albo z tego, że przynosili jakiegoś żuka, czy gąsienicę i opowiadali, że to jest owad, który pluje trucizną i wiesz Ciociu, na to nie ma żadnego antidotum. Oni wiedzieli, że mnie to zachwyca. Zachwycałam się też księżycem, pełnią, roślinami, zwierzętami, kulturą Ugandyjczyków. Ale to nie było takie udawane. To było autentyczne zainteresowanie i zaspokojenie mojej ciekawości. Oni to widzieli. To nas też bardzo zbliżyło do siebie i bardzo mi pomogło.

Darek: A jak wyglądał Twój powrót do Europy? Czy miałaś jakieś problemy, czy nie miałaś wrażenia, że początek jest ciężki?

Joanna: Na początku jest bardzo ciężko. Nie sądziłam, że kiedy się wraca do Polski jest tak ciężko. Wolontariusze na spotkaniach mówili czasem, żebyśmy się przygotowali, bo powroty trudne. W pewnym momencie przerodziło się to już w slogan. Ktoś na przykład mówi, że jest pięknie, ale też trudno; że misja przemienia twoje życie. To były dla mnie już takie slogany, tak jak ten o powrotach. Potem się przekonałam, że rzeczywiście misja to jest przeżycie, która zmienia życie i przekonałam się również na własnej skórze, że rzeczywiście powrót jest tragiczny. To jest trudne, bo w Afryce miałam takie poczucie, że jestem po coś, że realizuję pewien plan. Byłam bardzo szczęśliwa w tym miejscu. Mój tryb życia był całkowicie inny, tak samo jak relacje z drugim człowiekiem, z Panem Bogiem, z samą sobą. Wracając tutaj nagle ogarnął mnie chaos życia codziennego. Przyjechałam pod koniec września. Musiałam wrócić na uczelnię, szybko załatwiać jakieś dokumenty, formalności. Powoli rozpoczynałam poszczególne aktywności, żeby nie wziąć na siebie znowu jakiegoś ogromu obowiązków, którego nie udźwignę. Powolutku w to wszystko wchodziłam. Mimo tego miałam ogromne problemy, żeby mentalnie się przystosować do życia w Europie, w Polsce, bo to jest zupełnie inny świat. Czułam się zagubiona. Mówienie o Afryce też nie było łatwe. Powrót był dla mnie trudny, ale teraz już jest dobrze (śmiech).


Dominika: U nas mówi się, że jest trochę taka kultura narzekania. Jak jest w Afryce?

Joanna: Na pewno cieszenia się z tego, co się ma. To nie jest kultura narzekania, tak jak u nas. Oni zapytali się mnie kiedyś Auntie, jakie wy macie problemy w Polsce? Niektórzy by zaczęli marudzić, a ten chłopak mówi do mnie: Wiesz, Auntie, ja nie mam większych problemów, poza tym, że nigdy nie poznałem swojej mamy, że nie widziałem swojego rodzeństwa od szesnastu lat. Wiem, że mam siostrę, ale ona wyjechała do Europy i nic o niej nie słyszałem, nie wiem też, czy rozpoznałbym ją. A poza tym, to wszystko jest w porządku. Mnie zatkało, gdy to usłyszałam, bo wydaje mi się, że powinniśmy się tego od nich uczyć. Mając tak niewiele, potrafią się cieszyć tym, co mają i dzielić miedzy sobą. Tam też jest kultura życia chwilą, to jest bardzo istotne dla zrozumienia ich postępowania. Tu w Europie staramy się zaplanować każdą sekundę swojego życia i to najlepiej z miesięcznym wyprzedzeniem. W Aryce ludzie żyją tym, co jest tu i teraz. Trzeba mieć takie przeświadczenie, że jeśli nadarzy się okazja, żeby coś zrobić, to trzeba to robić od razu, bo druga taka chwila może już nie nadejść. Jeżeli masz okazję z kimś się spotkać, to zrób to, bo będziesz odkładał to spotkanie przez następne dwa tygodnie.

Darek: Czy jadąc na misję jedzie się tam z określonym planem, z wyznaczoną listą celów, czy po prostu żeby być z drugim człowiekiem?

Joanna: Jadąc musimy być otwarci na to, co nas tam spotka. Warto mieć taki plan. Ja na przykład wiedziałam, że będę pracowała małymi chłopcami i z młodzieżą. Musiałam mieć więc przygotowane zabawy, materiały, zaplanować sobie wcześniej różne rzeczy, ale nigdy nie planuję sobie, jak tam będzie wyglądało moje życie, nie wyobrażam sobie zanadto, nie projektuję z tego względu, że potem konfrontacja z rzeczywistością może przynieść bardzo wiele rozczarowań. Kiedy się jedzie otwartym na to, co się tam spotka, myślę, że łatwiej jest się czymś zachwycić i trudniej jest czymś się rozczarować. Wiadomo, że jakiś plan trzeba mieć, ale podejść należy do tego z głową.

Dominika: Żeby wyjechać do Afryki, musiałaś mieć opanowany język angielski w dużym stopniu?

Joanna: To nie jest warunek wyjazdu na misje. Może być też francuski, hiszpański, bo misje to nie tylko Afryka. Najważniejszy jestjęzyk serca. Można wiele rzeczy gestami pokazać, uśmiechem, błyskiem w oku, postawą ciała, a słowa to już mniejszy problem. One bardzo ułatwiają komunikację, bo można wtedy po prostu pogadać, poruszyć głębsze problemy, ale to nie jest wyznacznik, że jeśli nie znam języka, to nie mogę pojechać. Tego języka można się nauczyć z czasem, w trakcie pracy.

Darek: Co powiedziałabyś osobom, które chciałyby w taką podróż jak Ty wyruszyć, które pasjonatami Afryki, ale boją się, mają obawy, nie wiedzą, czy im się uda, czy dadzą radę?

Joanna: Przede wszystkim powiedziałabym: nie bójcie się, bo strach to jest coś, co nas zabija wewnętrznie i paraliżuje, podpowiada nam tysiące obaw. Nie musimy od razu jechać do Afryki, aby robić wolontariat. Możemy zacząć tutaj w Polsce. A co będzie dalej, to już czas pokaże. Przede wszystkim trzeba uczynić ten pierwszy krok. Wtedy można się przekonać, czy to jest dla nas, czy nie, czy chcemy to robić, czy nas to pasjonuje. Trzeba tylko ten pierwszy krok zrobić, przełamać się, a nie szukać ciągle przeszkód: że nie zna się języka, że nie odnajduje się wśród ludzi. Warto próbować, a jeżeli to nie todroga otwarta. Każdy może znaleźć dla siebie własną drogę.

Joanna Skałba -na co dzień studentka UMCS, oprócz aktywności akademickiej związana z Centrum Wolontariatu w Lublinie, gdzie pomaga m.in. uchodźcom. W 2013 roku wyjechała na misję do Ugandy, gdzie pomagała w ośrodku wychowawczym. Na podstawie swych przeżyć z Afryki, Joanna Skałba mogłaby napisać niejedną książkę, postanowiła jednak prowadzić blog, na którym opisywała codzienne życie wolontariusza - misjonarza służącego ludziom w Afryce. Strona internetowa, stanowiąca początkowo łącznik między Czarnym Lądem, a rodziną Asi mieszkającą w Europie, stała się medialnym projektem uwrażliwiającym na pomoc i pokazującym codzienność w Ugandzie. Na blogu napisała: Wszyscy chcemy przeżyć przygodę. Wszyscy jesteśmy Pasażerami Życia. Joanna Skałba z uśmiechem na ustach odnajdywała w codziennej rutynie drobne rzeczy, które składały się na obraz szczęścia. Spytana zaś o to, czy kolejny raz powtórzyłaby swój misyjny wyjazd, bez zastanowienia mówi: tak. Skąd u niej tyle siły? Oprócz wspomnianej pasji życia i energii, źródło swej siły widzi, jak zapisała na blogu, w marzycielstwie i optymizmie, rytmie płynącym we krwi i Bożym szaleństwie. Bez wątpienia jednak niebagatelną rolę odgrywa tu dobre serce i bezgraniczna chęć niesienia pomocy. W grudniu została Wolontariuszem Roku Lubelszczyzny. Reporterską relację z Czarnego Lądu możesz przeczytać na blogu Asi: http://pasazerowiezycia.blogspot.com/

 ---------------------

Za wyczerpującą rozmowę, wykorzystane w tekście zdjęcia z Ugandy oraz za pomoc przy publikacji wywiadu z całego serca chciałem podziękować Joasi. Podczas naszej rozmowy padło mnóstwo motywującego materiału, cała masa złotych myśli i sentencji, na podstawie których można by wydać poradnik szczęścia dla wszystkich mających "doła". Joasia jest bardzo energetyczną, ciepłą i mądrą osobą, postanowiłem więc przepisać nagrany z nią wywiad-sylwetkę i wstawić na bloga.

Podczas czytania wywiadu od razu wpada w oko drugi rozmówca (dotychczas wszystkie teksty na blogu tworzyłem sam, ten  napisałem z koleżanką). Dominika jest przyszłą psycholog (jeśli chodzi o studiowany zwód), a także dziennikarką z pasji i zainteresowań. Jej pytania zatem pokazywały całe jej dobro Asi i jej optymizm, moje ściślej pozostawały przy pracy, jaką wykonywała jako wolontariuszka w Ugandzie. Mam nadzieję, że we troje dostarczyliśmy Ci wartościowy materiał :)


Wykorzystane w tekście zdjęcia są własnością Joanny Skałby

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze