Czy Ty też zarabiasz w sieci?

lutego 12, 2014



Aby zarabiać w Internecie, trzeba mieć umiejętności? Podobno niekoniecznie, ale czy to jednak prawda? 


Tak jak w życiu: najbardziej drażliwe i owiane szalem "tabu" są dwa tematy (choć ten drugi przestał takim być już w Ameryce od lat 60. ubiegłego wieku, to kwestie finansów nadal podgrzewają atmosferę. A zarobki w Internecie to tykająca bomba dociekań, analiz, sposobów. Gazeta Wyborcza w poniedziałek rozpoczęła cykl, w którym przygląda się pieniądzom z aktywności w sieci. Nie chodzi tu o sprzedaż, inwestowanie i tym podobne, a o trochę kreatywności i umiejętności.

Ten wpis miał powstać wcześniej, kupiłem Wyborczą w poniedziałek, ale zamiast zacząć od niej dzień, ja go z nią zakończyłem. Wczoraj sporą część czasu zajęło mi przygotowywanie się do wpisu, który za kilka dni przeczytasz (pracochłonna praca, ale chyba będzie to jeden z bardziej merytorycznych postów na stronie).

Ale wracając do tematu: w  poniedziałek było o fanpage'ach, wczoraj bodajże o blogerach, dziś nie sprawdziłem, ale chyba zaglądają jakimś wpływowym blogerom do portfela (tak na marginesie to nie wiem, dlaczego Wyborcza w krótkich odstępach czasowych wałkuje jeden i ten sam temat kasy w Internecie. W wakacje rzucił mi się w oczy duży tekst o współpracy marek z kilkoma największymi autorami blogów w naszym kraju. Teraz znowu kontrola. Czyżby liczono na to, że skoro tylu ludzi bloguje, to każdy z nich kupi sobie po papierowym egzemplarzu? Skoro pracują w necie, to i w necie przeczytają: o tu Tekst w zasadzie niczego nowego nie wnosi, bo że w sieci nie ma jednej stawki za prowadzenie działań, to na logikę wiadomo. A że ludzie są mniej lub bardziej profesjonalni, to też wiadomo.

zobacz też: wpis o tym, czy videoblogi zastąpią te pisane
Problem polega na tym, że teraz każdy będzie chciał prowadzić fanpage, blogować dla kasy (wpływowi blogerzy sami mówią, że najpierw pasja, potem ciężka praca, systematyczność, a kasa to tylko dodatek do hobby pisarskiego) że i zastępować PR-owców. Wyborcza prześledziła, popytała i ułożyła rosnąco te zarobki (począwszy od zera złotych do kilku tysięcy). Osoby, które tym zajmują się amatorsko, zarabiają mniej. Im większe umiejętności, tym kasy więcej. Taka specyfika Internetu: im lepiej się zaprezentujesz, tym więcej zarobisz (czyli tak jak w życiu). To ważne, ale umiejętności nie zastąpi jednak nic. Bo to jest tak: dasz praktykantowi lub stażyście konto firmy na Facebooku, a on wykona za Ciebie pracę (tylko czy dobrze?). Złożoną i trudną pracę, bo trzeba znać specyfikę mediów społecznościowych, wiedzieć ile i jak pisać na fanpage, aby ludzie to "kupili". Dobrze znać politykę Facebooka (bo jeśli opublikujesz za dużo postów, to algorytm portalu zrobi tak, że tylko część wpisów trafi do odbiorcy). Jeśli napiszesz za dużo znaków, nikt tego nie przeczyta. Jeśli nie będzie linków odsyłających na zewnątrz, zubożysz warstwę wizualną itd., sukcesu nie osiągniesz. Owszem, wielu młodych ludzi da sobie z tym radę, nic trudnego. Nic trudnego, jeśli robisz to hobbystycznie, bo masz np. fanpage ulubionego filmu, książki, aktora, wydarzenia, strony. Ale, jak wiele hobbystycznych rzeczy, robisz to zazwyczaj za darmo (lub utrzymujesz się z reklam). Żeby zarabiać, trzeba umiejętności (choć, co nawet w wersji papierowej Wyborczej, ktoś powiedział, że trzeba być po prostu "kumatym"). Są pokazani ludzie będący amatorami, są profesjonaliści, wszystko się zgadza, jest stanowisko obu stron.


Jeśli jednak chodzi o tych "samouków", to mogą oni tylko utwierdzać pracodawców w przekonaniu, że za kilka groszy jakiś praktykant lub stażysta zapewni im finansowy sukces, gdy powierzą mu fanpage marki i dadzą pełną dowolność. Bidula będzie się kłopotać, ale niewiele zdziała, jeśli nie ma ochoty szybko się uczyć po godzinach. Owszem, można odnieść sukces, nie mając umiejętności (ale chcąc je nabyć i dobrze obserwując zjawiska w mediach społecznościowych).

Jako bloger książkowy bartelowy (czyli piszący na zasadzie umowy: egzemplarz recenzyjny - wpis) miałem do czynienia z różnymi PR-owcami (nawet wiem, w których wydawnictwach zmiany na tym stanowisku następują po pół roku, a w których po pełnych 12 miesiącach; pewnie z powodu kreatywności tych ludzi i tego, że danej marce ciągle potrzeba świeżych pomysłów). Pewna pani kiedyś "uszczęśliwiła" mnie na siłę paczką 5 książek, po czym w dniu dostarczenia mi przez kuriera przesyłki, spytała, czy się nie pogniewam. W sposób kulturalny i żartobliwo-ironiczny podziękowałem za "prezent". Wywiązałem się (choć wcale nie musiałem), a pani takich "ataków" niespodzianek już nigdy nie powtórzyła. Inna osoba wykazała się profesjonalizmem i odsyłała mi teksty z korektą do naniesienia, zanim wstawiła na stronę. Była pani, która wycięła z mojego tekstu jedno zdanie, które nie pasowało według niej do profilu wydawniczego bez powiadomienia mnie o tym. Do tej pory nie utrzymuję z nimi kontaktu, też ich nie informując o tym, dlaczego. Generalnie jednak, mimo wyjątków, zawsze było ok. (pewna pani niedawno nawet zadzwoniła do mnie z prośbą o pozwolenie na publikację mojego tekstu w sieci). Od tego są PR-owcy: od kontaktu z mediami, prezentacji produktu, pisania tekstów (niestety, nie każdą firmę chyba stać na copywriterów), a wiadomo, że specyfika obecnych  czasów i płynnego oraz szybkiego rozwoju Internetu nie tylko każe, ale wręcz zobowiązuje do doszkalania się i śledzenia najnowszych trendów. Co z tego, że połowy tych PR-owców mogli nie uczyć na studiach i szkoleniach zawodowych obsługi fanpage'ów? Mogli nie uczyć, a ci i tak muszą tego się nauczyć. To tak jak programista, któremu brakuje 3 lata do emerytury, powiedziałby, że on umie na komputerze stacjonarnym pracować i to na Windowsie 98, a nie na Viście na laptopie.

Jeżeli firmie zależy na profesjonalizmie i sukcesie, zatrudni specjalistę na tym stanowisku. Są pewnie wyjątki, gdzie ktoś nieobeznany, ale kreatywny, świetnie rozkręci biznes. Wyborcza pokazała same stawki, bo miała do tego prawo, bo stworzyła jakby reportaż, tylko że zamiast rozbudowanych opisów, opowiedziała historie zarobków kilku osób (zerknij pod ten link, który podałem na górze i sprawdź sam). Zrobiła reportaż i nawet jej wyszedł (choć wizualnie trochę sucho to wygląda i tak matematycznie), jest też uzupełnienie pod głównym tekstem o samym zjawisku obsługi fanpage'ów (w Internecie pod tym linkiem niestety nie ma tego tekstu). Nagłówek: Ty piszesz na Facebooku za darmo, inni na tym zarabiają prowokuje. W wersji papierowej zapewniono jeszcze (na pierwszej stronie dziennika), że rośnie zapotrzebowanie na pracowników w mediach społecznościowych i że dorobią sobie na tym młodzi ludzie. Wszystko jest ok, wyjaśnione i w ogóle, jest jednak strach, że teraz sporo ludzi nieprofesjonalnych rzuci się na nowe źródło zarobku. Można teraz chyba współczuć firmom napływu kilkuset CV dziennie od gimnazjalistów, licealistów i studentów :) Mnie by to zachęciło do aplikowania :)


Dwie sytuacje z poniedziałku:

Sklep (jeden z dwóch w moim mieście), w którym kupisz różne rzeczy AGD. Pani sprzedająca do swojego męża tak rzecze o klientach: - Patrz, bo to ci wchodzi tu. 
Poproszona o pokazanie do rąk niedużego produktu, patrzyła bazyliszkowym wzrokiem, czy osoba oglądająca nie ucieknie z ważącym kilogram produktem.

Bank. Przychodzi jakaś pani w średnim wieku, mówi, że ktoś jej naliczył odsetki na dodatkową kartę. Nie wiem o co chodziło dokładnie, zwróciłem uwagę na postępowanie z tą kobietą. Pan, który ją obsługiwał, wyszedł zza kasy, poprosił ją do stolika z komputerem (zwalniając trochę kolejkę), poprosił, aby usiadła. Wyjął z szuflady biurka kalendarz (taki elegancki rzecz jasna), powiedział, że może jej się przyda i daje jej go w prezencie. Pani od razu się ucieszyła, oczywiście potwierdziła chęć przyjęcia prezentu (odpowiadając, że oczywiście upominek jej posłuży). Śmiać mi się w środku chciało, bo pewnie już zapomniała o swoim problemie, emocjonując się kalendarzem. Nie stałem i nie słuchałem, pewnie na spokojnie, traktując klienta w sposób indywidualny, poprowadził ją przez tajniki problemu i wszystko naprawił. W tym samym czasie, co obsługa pani, inna kobieta przy kasie zastępowała wspomnianego mężczyznę, cały czas mówiąc o właśnie wykonywanych czynnościach (zepnę druczki, aby były w jednym miejscu; wszystko naliczę na jeden dokument, aby opłata wyniosła tylko raz dwa złote, a nie 3 razy po 2 zł; proszę druczki, o, chyba muszę jeszcze raz spiąć...). Także indywidualne podejście do klienta, podtrzymywanie z nim kontaktu, zastosowanie umiejętności interpersonalnych, szacunek, towarzyszenie mu podczas obsługi. Nie będę tutaj pisał o tym, czy filozofia tego banku akurat wymaga tego, nie chcę doszukiwać się podstępu (z natury ludziom ufam, choć rozumu nie wyłączam).

Pani w sklepie pewnie nie skończyła kursu zarządzania zasobami ludzkimi, nie studiowała komunikacji społecznej, nie uczyła się w kierunku bycia menedżerem. Ot, założyła sobie sklep, potrafi obsługiwać kasę fiskalną, odprowadza podatki, robi inwentaryzację co jakiś czas i biznes jej kwitnie. Aby w banku pracować (takim z tradycją międzynarodową) potrzeba pewnie odpowiedniego wykształcenia, umiejętności, studiów.

Nie ukrywam, że profesjonalizm tej drugiej sytuacji bardziej mnie przekonuje. Z PR-owcami i osobami obsługującymi fanpage jest podobnie: albo są zawodowcami, albo amatorami. Muszą nawiązać relację z klientem i zrobić to przekonująco. A od firmy zależy, kogo przyjmie. Każdy może zarabiać na prowadzeniu fanpage'a, jednak prawdziwe pieniądze (takie duże, od dużej firmy) zarobi ten, kto zna się na tym, bo zna np. psychologię reklamy, wie jakie barwy przyciągają konsumenta, jak stworzyć więź między marką a odbiorcą, jakie instynkty klienta zaspokoić, by kupił produkt.

Wiedzą też o tym pracodawcy i firmy, więc spoko.




-----------

Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net

Może zainteresuje Cię jeszcze...

2 komentarze