Ponad pięć filmowych godzin silnych emocji i cztery propozycje

lutego 21, 2014



Co można robić przez ponad pięć godzin? Zobacz i sam oceń, czy warto

Gdybyś nie miał planów na nadchodzące dni, mam dla Ciebie kilka propozycji spędzenia wolnego czasu. Przygotowanie tego wpisu było rozłożone w czasie i zaczęło się już w styczniu, potem był dłuższy okres przerwy i wreszcie zebrałem planowany materiał. Tak ponad 5 godzin dobrego kina. Niedługo wręczenie Oscarów, warto więc trochę się wprawić w klimat dużego ekranu. Jeden prezentowanych w tym wpisie obrazów nawet jest zgłoszony jako kandydat w kategorii "film nieanglojęzyczny". Dowiedziałem się o tym ponad miesiąc po obejrzeniu filmu (być może nie patrzyłem na produkcję okiem oscarowym, a bardziej neutralnie). Wiem, że choć jeden z tych filmów spodoba Ci się. Są całkiem nowe, bo sięgają 2012 i 2013 roku, bez wątpienia dostaniesz je na DVD (w taki sposób właśnie je poznałem) bądź znajdziesz na jakimś legalnym playerze.

 fot. Filmweb


Imagine 

W całym zestawieniu chyba ten obraz jest najbardziej magiczny. I zarazem tajemniczy. Pewien nauczyciel, pewna klinika i grupa wychowanków. Wszyscy są niewidomi. Nawet mentor, który powinien nauczyć podopiecznych życia w świecie pozbawionym barw. A jednak daje sobie radę z przekazywaniem wiedzy o życiu, a to za sprawą pewnej niezwykłej umiejętności: czytania z sygnałów, jakie wysyła do nas świat. Echo kroków - inne na początku trasy, inne przy jej końcu, zapach wody kolońskiej mężczyzny idącego z przodu, dźwięk kobiecych szpilek omijających przeszkody. I ciemne, przeciwsłoneczne okulary, które założone na nos nie zdradzają braku zdolności widzenia. Słoneczna Lizbona, ciepłe barwy na ekranie i niełatwa tematyka. Aha, i polskie spojrzenie na problem, reżyserem filmu bowiem jest Andrzej Jakimowski (m.in. Zmruż oczy). Obrazowy to film, momentami wprowadzający w stan pewnego niepokoju. Trochę metafizyczny, często niezwykle przyziemny. A wszystko przez te kadry. Poruszają, chwytają za serce. Produkcja ciągle każe widzowi wejść w interakcję z tym, co jest widoczne na ekranie, jak chociażby scena z niewidomą kobietą, która ma na twarzy krew. Niby nic szczególnego, ale przyzwyczajonemu do podobnych kadrów widzowi od razu w głowie buduje się scenariusz, w którym bohaterka za kilka sekund ściera substancję. Tu jednak kobieta z brudną twarzą chodzi przez kilka minut, widza to drażni, niepokoi, niecierpliwi, podczas gdy ona najzwyczajniej w świecie nie czuje tego, jest poza tym, co widoczne. To zadziwiające, ale film o niewidomych tak eksponuje detale, zabawę obrazem, wszystko to w celu pobudzenia widza, zachęcenia go do wzmożonego przetwarzania detali, które na każdym kroku serwuje nam reżyser. Widz skupia się na nich zupełnie tak, jak niewidzący bohaterowie, którzy bez umiejętności odczytywania otaczającej ich przestrzeni, nie będą w stanie wtopić się w tłum i poruszać się bez użycia białej laski. Koło się zamyka, bo przecież my, choć widzimy, nie potrafimy dostrzec wielu rzeczy, nie zwracamy uwagi na szczegóły, małe drobiazgi, odgłosy miasta, dźwięki sielanki wiejskiej. Choć widzimy, jesteśmy ślepi, choć mamy czas, siły i chęci, zasłaniamy w sobie obraz świata.


Tematyka wydaje się mocna, ale sam odbiór dzięki plenerom, ciepłym barwom, jakiemuś spokojowi wokół kliniki, braku tłumów w mieście pokazanym w filmie, czujemy się jak na wakacjach w zagranicznym kurorcie wczasowym. Z jednej strony trudna tematyka, z drugiej zaś obraz nieadekwatny do problemu. Mówiąc o niewidomych, pewnie o wiele łatwiej byłoby nam oglądać ponure krajobrazy, dramaturgię połączoną z szarością i odcieniami granatu (tak jak w Autorze Widmo Polańskiego). Ale czy życie niewidomych musi być szare? Czy ze względu na swoją chorobę żyją na innym świecie, tak różnym od naszego? Imagine zrywa z mitami i stereotypem w kinie. I udowadnia ważną rzecz: ograniczenia tkwią w naszych głowach. Wskazuje, że nasz świat możemy opisać przez czucie i odebrać go nierozumowo, przez wyobraźnię. Robi to na przykładzie kilka prawd o życiu. Ja sobie odczytałem z filmu takie przesłanie, i to właśnie ta z nauk utkwiła w moim myśleniu: nie musisz wychodzić w świat, by go poznać, czasem potrzebujesz po prostu poczuć otaczającą Cię przestrzeń. Całość dopełnia niezwykła muzyka Tomasza Gąssowskiego. Muzyka, która jest integralną częścią filmu, podczas seansu właściwie nie zauważamy jej, odbieramy ją jako część obrazu. Nie wiem, czy soundtrack nadaje się do samodzielnego odsłuchiwania. Przed obejrzeniem filmu włączyłem załączoną do pudełka płytę ze ścieżką dźwiękową i nie pokochałem tych utworów. Doceniłem je dopiero po zobaczeniu w połączeniu z obrazem. Delikatna, subtelnie kojąca i zarazem niepokojąca. Nie wiem dlaczego, ale mi się bardzo kojarzyła z Paryżem. Jeśli dźwięki mają barwę, te były niebieskie. Zupełnie jak morskie fale Lizbony. Tej Lizbony, którą widzimy w Imagine.


fot. www.film.dziennik.pl
Piąta pora roku 

Komedia. Ciepła, lekka, niezobowiązująca, ale po obejrzeniu zasiewająca jakieś ziarno refleksji (co w tym gatunku, z całym szacunkiem,  raczej jest rzadkością. Najpierw pewne skojarzenie: Bonneville - tak jak w tym obrazie mamy prochy zmarłego, które mają zostać rozsypane w miejscu wiecznego spoczynku. Tak jak w tym zagranicznym filmie mamy kino drogi. W Piątej porze roku bohaterów mamy całkiem innych, po uważnym obejrzeniu obrazu zauważymy, jak różny to film od wspomnianego Bonneville. 

Ona jest artystyczną duszą, muzą wspierającą swojego męża, gdy ten jeszcze żył. Jej los składał się z rutyny na własne życzenie, spokojnego żywota, braku problemów. Braku nagłych zwrotów akcji (mimo woli? Chyba właśnie w zgodzie z nią). On śpiewa, jest byłym górnikiem, troszkę nieokrzesany z niego gość, co ma w sercu to i na języku. Absolutne przeciwieństwo dystyngowanej starszej pani. A jednak na siebie wpadają. Jest ich troje, choć tylko dwoje żywych.

Ciepły i rodzinny film, świetny na seans do pośmiania się (a może i do głębszych refleksji, szczelnie zawoalowanych na ekranie?) Podobno przeciwieństwa się przyciągają, ale to określenie wydaje się już trochę oklepane. Podobnie jak odgrzewany slogan: na miłość nie jest za późno. W tych dwóch hasłach można by jednak opisać przekaz filmu. Można do niego jeszcze dodać złożoność dwojga ludzi, których drogi mogłyby podążyć w innym kierunku, gdyby nie jeden wspólny, mały zakręt na mapach ich życia.  Nie brakuje refleksji i nie brakuje też spontanicznego śmiechu oraz inteligentnego poczucia humoru. Trudno określić ten film jednoznacznie, czy to komedia romantyczna, czy trochę głębszy film o życiu, podany w lekkiej formie? Jeśli to pierwsze, to troszkę nietypowe, bo bohaterami dwoje starszych ludzi, już doświadczonych przez życie, już nie pędzących za miłością, mających na nią wyrobione i dojrzałe spojrzenie. A takie to nietypowe przecież w komediach romantycznych (szczególnie tych niedawnych polskich). A jednak miłość ich dogania, usidla, dodaje sił i... zawraca w głowie. Dobra rozrywka, nie arcydzieło, ale doskonały do obejrzenia we dwoje lub samemu. I chce się wracać, kurczę, coś ten film takiego ma, że jeszcze się do niego wróci: na doła, w pochmurny dzień, na pluchę i słotę, na mroźny wieczór, przed letnim spacerze po molo, po powrocie z otoczonej czerwcowymi gwiazdami plaży.

fot. Filmweb
Pokłosie 

Obraz kontrowersyjny, a to za sprawą tego, co działo się po premierze filmu. Maciej Stuhr krytykowany wszem i wobec, niektórzy wieszczyli mu koniec kariery, doszukiwano się w jego drzewie genealogicznym antypolskich korzeni, a w sieci wrzało. Wiedziałem, że muszę ten film kiedyś obejrzeć. Na spokój, bez czytania tego, co po premierze zamieszczono w sieci. Obejrzałem. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy (pewnie nie jest to sprawą pierwszorzędną, jeśli mówimy o Pokłosiu, ale rzecz ważna przy ocenie każdego zjawiska w kulturze, to sposób zaprezentowania). Jak na thriller przystało, trzyma w napięciu. Naprawdę dobry film, bo widz z zapartym tchem czeka na rozwój akcji, jest w środku wydarzeń, które podążają w kierunku... no właśnie: w jakim? Na początku nie jest wcale takie wiadome, o co w tym wszystkim chodzi. Wiemy, że Józek (Maciej Stuhr) coś ukrywa, zachowuje się dziwnie, pragniemy zgłębić nie tylko jego tajemnicę, ale i zagadkę psychiki bohatera. Stopniowo, krok po kroku, dajemy się reżyserowi złapać za rękę i poprowadzić za oboma braćmi. Oddajemy mężczyznom głos, w tej narracji mamy jednak do czynienia z polifonią przekazu, bo otrzymujemy także nieme wołanie zmarłych, a wraz z nim dźwięki naszego wnętra: postrzegania antysemityzmu, nagonki na Naród Wybrany, naszych narodowych kompleksów. Mroczny, zagadkowy, trzymający w napięciu.

Momentami film serwuje mocne obrazy, jak scena palącego się pola i żydowskich nagrobków uderzanych przez płomienie. Nie wiem jaki był zamysł reżysera, moja pierwsza myśl to skojarzenie z obozami koncentracyjnymi. Inny obraz: dwaj bracia prowadzeni przez proboszcza do kościoła, aby tam mogli obmyć zakrwawione twarze, ale i by odpoczęli i ustrzegli się zlinczowania przez mieszkańców wsi. Malutka parafia jako antyczna świątynia-azyl. To tylko dodatki, ale jest i temat. Kontrowersyjny na dodatek. Ponad setka Żydów, na których został dokonany mord przez Polaków. Nastroje antysemickie, które mimo kilkudziesięciu lat nadal przeważały w wypowiedziach mieszkańców wsi. Nie obraz Niemców mordujących, ale Polaków. To dlatego taka burza w sieci, w mediach, gdzieś tam wezwano do niewyświetlania obrazu w domu kultury, gdzieś nazwano obraz antypolskim, kłócono się. Owszem, bolesny film. Ale kto słyszał o pogromie w Jedwabnem, ten wie, że do podobnych wydarzeń niestety doszło. Reżyser nie zaznaczył tu, że oto ukazuje prawdziwą (lub też inspirowaną historią) opowieść. Nie miał tych ambicji. Owszem, jesteśmy przyzwyczajeni w rodzimym kinie do tego, że jeśli fabuła jest umiejscowiona na tle prawdziwych wydarzeń znanych z podręczników szkolnych, to odzwierciedla prawdę. Nie ma w tym niczego złego, potrzebowaliśmy tego i dalej potrzebujemy (czego dowodem niedawna Bitwa Warszawska, Czarny Czwartek czy też Wałęsa). Tyle że reżyser tutaj pokazał thriller, coś dodał, gdzieś tam słychać echo prawdziwej historii.

fot. Filmweb
Nie chcę bronić tego filmu, widzę w nim albo czerń, albo biel, trudno dostrzec odcienie szarości. Ci są źli, tamci dobrzy, a tylko jedna starsza kobieta jakby "pomiędzy", bo stanęła niczym postać z antycznej tragedii przed wyborem życia własnego, bądź też innych. Z jednej strony głosy krytyki są tu zrozumiałe, z drugiej nie. Problem wyjaśniłaby debata publiczna, a nie zamykanie się w "prawdzie historycznej" lub "antypolskości obrazu" (zależnie od profilu danej stacji telewizyjnej lub tytułu prasowego). Bo z jednej strony w Polakach często przeważają nastroje nacjonalistyczne. Sam czasem słyszałem na uszy to i owo, pod kątem Żydów też. Niektórzy kibice, niektórzy ludzie, niektórzy Polacy. Mamy coś z sarmackiej legendy o swojej wyjątkowości. I zganiamy zawsze na innych, nie na siebie. Nie wszyscy, to podkreślam. Bez pogłębionej debaty ten film w Polsce może być odebrany jako nieprawdziwy, może też być uznany za obraz stereotypowy (wiemy przecież o Polakach ratujących Żydów, sprzeciwiających się Hitlerowi, walczących z Niemcami, a także umierających razem z Narodem Wybranym; wiemy też, że zjawiskiem marginalnym byli Polacy, którzy działali z hitlerowcami). Na arenie międzynarodowej, co chyba było największym powodem do obaw, Pokłosie może pokazać fałszywy obraz Polaków i Polski, gdy film pozbawimy debaty w kraju, a potem poza granicami (wrzało już, gdy mówiło się za granicą o "polskich obozach zagłady" lub "polskich obozach śmierci". Słuszny to gniew, nie wolno dopuścić do takiego zafałszowania historii!).

Problem jest taki: Pokłosie jest thrillerem, nie obrazem historycznym. Ma za zadanie dostarczyć rozrywki, nie informować. Mamy w głowie chociażby Dzieci Ireny Sendlerowej - moim zdaniem film świetny w warstwie przekazu, technicznie może nie do końca dopracowany, ale przecież nie o formę tu chodzi. I mamy dwa obrazy Polski i pogromu Żydów: ten z ratowaniem w tle i ten z Pokłosia. Jeden pokazuje nas jako obrońców, drugi jako antysemitów i nacjonalistów. Tylko że ten pierwszy jest w 95 procentach prawdziwy (jako opowieść o Sendlerowej to nawet w 100 procentach, ale wspomniane dziewięćdziesiąt pięć jeśli chodzi o obraz całego narodu), ten drugi w pięciu. Tak mniej więcej, na zasadzie: zawsze się ktoś znajdzie. Powinno się utrwalać obraz Polaków ratujących Żydów, ale trzeba też pamiętać, że nie wszyscy tak czynili. To samo z Niemcami podczas II wojny światowej:  byli i tacy, którzy ratowali, ryzykując własnym życiem.

fot. Zwierciadlo.pl
Historia nigdy nie jest łatwa, zawsze ma czarne plamy, nigdy nie ukazuje konkretnego narodu przez pryzmat bieli, zawsze to światło przechodzące przez środek zmienia odcienie. Niestety, prawda jest tylko jedna i nie jest jednoznaczna. I choć możemy ją tuszować, zamalowywać, selekcjonować wygodne dla nas fakty, to jednak nie zmienimy przeszłości, możemy tylko dbać o lepszą teraźniejszość i przyszłość. Pokłosie warto zobaczyć, by samemu ocenić. Ale pamiętając, że nie mamy do czynienia z kolejnym obrazem historycznym Wajdy, a z thrillerem twórcy Psów. Pamiętając, że Polacy w większości (przeważającej zresztą) przypadków ratowali Żydów, ale marginalnie zdarzali się i tacy, w których sercach brzmiały antysemickie nastroje. Pamiętając, że i teraz w wielu z nas te same echa czasem krzyczą, choć już nie są tak silne jak podczas II wojny światowej (rozejrzyj się wokoło, to dostrzeżesz, posłuchaj czasem i też usłyszysz).

Na pewno film w warstwie przekazu nie jest najlżejszy, bez wątpienia mocny, kontrowersyjny, odważny. Technicznie i narracyjnie bardzo dobry, trzymający w napięciu. Jako thriller spełnia swą rolę, ale bez przygotowania merytorycznego, bez wyraźnego podejścia z dystansem do treści na ekranie, może namieszać w głowie. Jak mówiłem: jest czarny i biały, bez pogłębionej psychologii, bez wyraźnie zarysowanego tła. Szybka kontrowersja i finał.  Ile w tym wszystkim było chęci prowokacji ze strony reżysera, nie mnie oceniać. A że film żył po premierze własnym życiem, to już inna sprawa. W moim myśleniu o II wojnie światowej nie namieszał, bo i niby czym? Tym, że rzadko to rzadko, ale zdarzali się wśród Polaków antysemici, którzy przejawiali swoją niechęć (strach? lęk? złość?) poprzez czyny, nie tylko myślenie? W każdym kraju nie brakowało ludzi, którzy ten szlachetny obraz narodu burzyli. Pokłosie opowiedziało o tych ostatnich, być może trochę zbyt generalizując, tworząc stereotypy, nie dopuszczając do głosu tych drugich. Polacy ratowali Żydów, chronili ich, ukrywali - nie ulega to najmniejszym wątpliwościom i musimy być z tego dumni, pamiętać o tym, dbać o honor tych odważnych ludzi, którzy ryzykowali własnym życiem. Musimy też dbać o dobre imię Polaków i wiedzieć, że my byliśmy z tymi, którzy umierali, a nie zadawali cierpienie. Ale z czystej uczciwości trzeba też uświadomić sobie, że nie każdy Polak postępował moralnie. Jeśli o tym wszystkim będziemy pamiętać, Pokłosie nam się spodoba, bo ma naprawdę wciągającą i posiadającą dobrą narrację fabułę.

fot. www.Film.wp.pl
Polowanie 

Tegoroczny kandydat do Oscara. Trochę kameralny, skupiony na skutkach, mniej na wciągającej fabule. Mężczyzna już po przejściach, wydaje się, że prowadzi w miarę unormowany tryb życia. I nagle staje się ofiarą pomówienia, oskarżony o molestowanie dziecka, staje się ofiarą społecznego linczu. Oskarżony, a więc jeszcze nie winny. Oskarżony, czyli aż do momentu udowodnienia winy na podstawie dowodów, niewinny (obserwując ostatnio media, które poprzez informacje o posądzonych o zbrodnie seksualne już traktują jak przestępców, trudno nie pomyśleć o tym filmie). Choć Polowanie trzyma w napięciu, nic nie zdradza takiego zakończenia. Wyeksponowane jednak jest pytanie o to, jak wiele mogą wmówić dziecku nadopiekuńczy rodzice, nauczyciele, terapeuci. Emocjonujący film, toczący się swoim tempem. I zwracający uwagę na jeszcze jedną rzecz: na to, jak można skrzywdzić człowieka bezpodstawnymi oskarżeniami, tylko dlatego, że jest podejrzenie, plotka, domysł, ale i brak dowodów. A może takie podejrzenie wynikające poniekąd z dyskryminacji? Bohater pracuje jako wychowawca w przedszkolu, wykonuje zawód raczej kojarzony z kobietami. Mężczyzna w gromadce dzieci, zatem łatka pedofila, łatwiejsze uwierzenie w to, że jest winny, choć nic na to nie wskazuje.

Ciężki obraz, nie za sprawą fabuły (ta wciąga), a klimatu, barw, światła. Do obejrzenia i ocenienia. Może trochę powolny, może bardziej kładący nacisk na psychologizm bohatera. Fabuła jakby bardziej pozytywistyczna, niż współcześnie eksperymentalna, przyśpieszająca i zwalniająca. Polowanie toczy się swoim tempem. Może to zatem dlatego ta nominacja? Może to ten psychologizm i ukształtowanie bohatera decydują o takim kroku? Na mojej liście film do jednorazowego obejrzenia. Ale jednak do zobaczenia.


-----------------
Zdjęcie główne pochodzi ze strony www.Filmweb.pl. 
Przy pozostałych fotografiach zostało podane źródło.

Może zainteresuje Cię jeszcze...

2 komentarze