Co zawdzięczasz ludziom żyjącym obok Ciebie? Ile z nich jest w Tobie?

kwietnia 26, 2014



Zastanawiałem się rano, dlaczego ciągle leje. Teraz już wiem. Dziś nie chcę Cię porywać w świat mojej własnej niszy kulturalnej (każdy ją ma, bo działają na nas różne rzeczy, co jednemu serce łamie, dla drugiego będzie tanią imitacją czegoś większego). Nie wiem, czy kupię tym wpisem Twoją uwagę, ale czuję, że jest dla mnie ważny. Być może niszowy, ale chcę go mieć na swoim blogu. Jeśli dasz mi chwilę i kolejną szansę, opowiem Ci o czymś.

Każdy z nas ma wokół siebie ludzi, którzy rokują na przyszłość, którzy są naszą niewidzialną osłoną (kto wie, czy wśród nich nie znajduje się z jeden lub też dwa anioły? Wiesz o co mi chodzi? O tego kumpla w trochę przypałowym czerwonym pulowerku, albo o koleżance z burzą loków, które zawsze wędrują w sobie tylko wiadomym kierunku; co ich łączy? Są zawsze obok, niezależnie od okoliczności, i to oni podają Ci dłoń, gdy już stoisz lewą stopą nad przepaścią, a prawa w tyle jeszcze się waha. To oni wtedy łapią Cię za dłoń i prowadzą na dobrą kawę, by podnieść Cię na duchu). Wśród tych wszystkich ludzi wokół masz grupkę, która staje się dla Ciebie autorytetem, nawet być może mentorem. Czasem po prostu mówisz im dzień dobry lub witasz się z oddali pogodnym cześć, ale nie masz czasu odwiedzić, podejść i pogadać, bo śpieszysz się, odkładasz to na później, a potem mijają miesiące, lata, a Ty czujesz, że choć wiele od nich się nauczyłeś, to jakoś to zaniedbałeś. I przychodzi śmierć, a Ty masz wyrzuty sumienia (a nikt z nas wieczny nie jest). 

Od rana pada, a ja dowiedziałem się, że mój pierwszy życiowy mentor nie żyje. Nawet nie wiedziałem o tym, nie wiedziałem o pogrzebie. Pani Marzena (choć w rzeczywistości miała na imię Maria) - uczyła mnie na samym początku szkoły podstawowej, to chyba ona we mnie zasadziła to ziarno ciekawości świata, które teraz kiełkuje, to chyba ona na początku zaciekawiła mnie humanistyką, a później po drodze spotkałem wielu wyjątkowych ludzi, którzy to we mnie rozwijali do tego stopnia, że kocham to, czym się interesuję. Wybacz mi prywatę, ale nie obiecywałem, że potraktuję ten tekst obiektywnie (jednak te myśl, które są neutralne i mniej prywatne, od początku wpisu pogrubiam, abyś omijając moje prywatne przykłady, wziął trochę z tych niesubiektywnych myśli). 


Zauważyłeś być może, że na całe Twoje życie wpływa czasem jeden niepozorny czyn, moment, spotkanie? Nie jestem psychologiem, ale nazywa się to chyba efektem motyla. Malutki owad rusza skrzydełkami, a ten podmuch może wywołać tsunami. Był nawet taki film, który pokazywał życie ludzi poprzedzone różnymi czynami, takie alternatywne scenariusze gry komputerowej: pójdziesz w lewo, to wygrasz, ale będąc słabszą postacią; skręcisz w prawo i zamiast miecza weźmiesz łuk, przegrasz jako heros. Spotkanie pani Marzeny było właśnie takim przełomowym momentem. Jako wcześniak, urodzony w siódmym miesiącu, zerówkę ukończyłem z pisaniem lustrzanym (takie pisanie liter w drugą stronę) oraz z przyspieszonym kursem u logopedy, gdzie w ciągu kilku miesięcy nauczyłem się wymowy 9 liter, które ni w ząb mi na początku nie szły. Ale ktoś tam wyżej zdecydował, że nie powinienem iść do pierwszej klasy. Moja mama zapisała mnie do szkoły podstawowej, a pani Marzena porwała dokument, który nakazywał mi pozostać szczebel niżej i powiedziała, że tak jak inne dzieci normalnie pójdę do szkoły. Uwierzyła po prostu we mnie, a ja jestem obecnie na drugim roku studiów i nie powtarzałem w szkole żadnej klasy, a nauka wydaje mi się, że chyba najgorzej mi nie szła. 

Jedno spotkanie, jeden gest. Nie zapomniałem o tym, cały czas to we mnie żyje. Nawet dwa lata temu spotkałem panią Marzenę na zakupach, ukłoniłem się, uśmiechnąłem, zamieniłem dwa słowa. Powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Podziękowałem, uśmiechnąłem się i podszedłem zapłacić do kasy za książkę Orwella. Trochę symboliczna scena. Wyobraź sobie, że umiera Twój pierwszy mentor. Nie tak mocno z Tobą związany, jak pierwszy ideał, którego w dzieciństwie spotykasz w swojej rodzinie. Nie, tu mi chodzi o kogoś obcego, o jedną z tych osób, która staje się Twoim pierwszym autorytetem takim "z zewnątrz", takim Sokratesem, który opowiada Ci o sensie świata. Potem podobnych ludzi poznałem wielu, nadal ich widuję, mijam na ulicy albo w sklepie. Wierzę, że każdy człowiek czegoś nas uczy i każdemu coś zawdzięczamy. Ale pani Marzena była jedną z pierwszych, która pokazała mi świat. Pamiętam kiedyś, jak szedłem korytarzem z nią i zaśmiała się: O, pędzisz jak Korzeniowski. Nie wiedziałem wtedy, kogo oznacza to nazwisko. Ale od tamtej pory szybko wszędzie chodzę, spore dystanse pokonuję w kilkadziesiąt minut ulicznego "chodu". Pozostaną wspomnienia, naprawdę. I wdzięczność. I smutek, że oto właśnie ktoś przeminął, ktoś człowiekowi tak bliski. Ale została w mojej głowie pamięć i dobre imię. A czy właśnie nie to było ważne już dla antycznych - to, aby pozostała po Tobie dobra sława, wspomnienie Twojej osoby w samych superlatywach? Nie udawana łagodność, bo źle okazana miłość krzywdzi, ale mądre i wychowawcze spojrzenie na człowieka. Szanuję dobrych nauczycieli, bo wiem, jak wiele wkładają wysiłku w swoją pracę i wiem też, że ciąży na nich ogromna odpowiedzialność ukształtowania człowieka.


Pamiętam pierwszy rok studiów i wiadomość o tym, że zmarł profesor Henryk. Dla mnie był po prostu nauczycielem łaciny w gimnazjum. Tylko rok miałem przyjemność bycia uczonym przez księdza w podeszłym wieku, który zawsze z uśmiechem mówił do mnie: Panie Darku, proszę przeczytać kolejny przykład z podręcznika, który sam napisał, wydrukował i nieodpłatnie nam użyczał na zajęcia. Chodziło nas na łacinę tylko trzy osoby, była na początku obowiązkowa, ale rodzice napisali pisma do dyrekcji ze zwolnieniem swoich dzieci z zajęć i tylko we troję chodziliśmy. Nie było ocen, nie było później obowiązku. Sam profesor zresztą uczył chyba nieodpłatnie. A mnie pociągało brzmienie łaciny, chciałem jej słuchać, czytać po łacinie. I choć pamiętam tylko kilka sentencji i niczego więcej, to te zajęcia uważam za cenne. I obecność księdza Henryka. Pamiętam kiedyś jak śpiewał nam Iliadę po grecku. Znał języki antyczne, badał je. Wykładał na KUL-u w Lublinie, a gdy przeszedł na emeryturę, nie został w mieście akademickim, a osiadł bodajże jako rezydent w niewielkiej wiosce niedaleko mojego miasta. Widywałem go corocznie w Wielki Czwartek, ostatnimi laty już nawet w święto kapłaństwa nie. Aż w końcu na początku studiów dowiedziałem się, że zmarł. Kolejny mój autorytet, kolejna ważna postać. Natrafiłem kiedyś w domu na obrazek z sentencją po łacinie i napisem z okazji 50-lecia kapłaństwa mojego profesora. Pamiętam ten dzień, gdy przeżywał swój jubileusz, a ja jako dziecko podbiegłem po obrazek. Nie wiedziałem wówczas, że będzie mi dane spotkać tego człowieka w szkole i czerpać od niego wiedzę. Teraz tak myśląc wydaje mi się, że ja się od niego uczyłem życia, postrzegania świata, optymizmu mimo wieku, szacunku do świata. Łacina była tylko przykrywką. Skończyła się zresztą w mojej szkole szybko, byłem ostatnim rocznikiem, który miał z niej lekcje.

Wielu moich mentorów żyje, chodzą po ulicy, może nawet nie wszyscy o tym wiedzą, że tak wiele im zawdzięczam. Bo to jest tak, że pewne rzeczy uświadamiasz sobie z wiekiem, musisz ileś lat przeżyć, aby uświadomić sobie: no tak, tak wiele zawdzięczam jej/jemu. Oby tylko pomyśleć o tym, gdy ta osoba jeszcze żyje, bo wkrótce może być za późno. A ludzie umierają nagle, tak nagle. 


W dzieciństwie i we wczesnej młodości mamy pokusę poszukiwania swoich autorytetów w literaturze, w sztuce, w sporcie - zawsze gdzieś "poza" a nie "obok". U mnie to był C.S. Lewis, był Tolkien, nawet kilku poetów. Gdy już byłem świadomym czytelnikiem (dopiero gdzieś w okolicy szkoły średniej), uświadomiłem sobie, że nie żyje Tischner, Kapuściński, Jan Twardowski, G.Greene, Miłosz, Kołakowski, nawet Staff, którego miłuję tuż obok wspomnianego księdza Jana. Odeszli, a ja nie zdążyłem zainteresować ich nimi jeszcze za życia, nie byłem na tyle rozumny, by czerpać z ich obecności (a ci wymienieni to nie wszyscy, ale ci, którzy zmarli za mojego życia, nie wliczając tu Greene'a i Staffa, którzy wcześniej odeszli. Oprócz tych dwóch, resztę powinienem pamiętać). Niedawno (przynajmniej dla mnie) zmarła Szymborska. Było około 21, a ja właśnie uczyłem się na sprawdzian z literatury. Media podały, że nie żyje. Ją jeszcze zdążyłem poznać i docenić za życia. Kilka dni temu pożegnaliśmy Różewicza. Jego Ocalony siedzi w mojej głowie od lekcji w gimnazjum i tego obrazu nie chcę wyrzucić z głowy, bo jest dla mnie ważny, tak samo jak Piosenka o Bośni Brodskiego. Wiersz Różewicza, choć pokazuje psychikę kogoś, kto przeżył II wojnę światową, jest czasem tak aktualny. Mylą nam się pojęcia, coraz mniej zadziwia i szokuje, szukamy autorytetów. Przecież każdy z nas potrzebuje mentora, kogoś, kto pokaże nam, czym jest dobro, a czym zło.  

Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.

Po śmierci poety przez cały dzień zastanawiałem się nad tym, czy Różewiczowi poświęcić na blogu wpis. Nie czułem się znawcą jego poezji, nie znałem jej też zbyt wiele (a nie chciałem się kreować na wielkiego znawcę, który to wykorzysta wiadomość o śmierci wielkiego poety, by swoje trzy grosze wtrącić). Z dramatów przeczytałem kiedyś z ciekawości Kartotekę. Poza szkolną wiedzą nie miałem czegoś więcej. No może tylko pewien wiersz, który nieodłącznie budzi się we mnie co jakiś czas i mówi o potrzebie walki ze światem na przestrzeni postrzegania, kategoryzacji świata, poszukiwania kogoś, kto pomoże ten świat zrozumieć. Gdy dzieje się coś złego, gdy media donoszą o tragedii, Piosenka o Bośni szepcze mi w głowie o tym, że:

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino-
ludzie giną.

Po śmierci Różewicza przyszły mi dwie myśli do głowy: że poezja właśnie umarła. I że Przemija bowiem postać tego świata (to drugie św. Pawła, ale kojarzyłem z tytułu książki Hanny Malewskiej). Z tej drugiej myśli na szczęście w ciągu kilku sekund wycofałem się, bo poezja jeszcze nie umarła, a podobne próby kategoryzacji ludzie znają od lat. Poezja nie umarła, ale zakończył się jeden z jej etapów. Ale wspominając o swoich autorytetach, wspominam i o Różewiczu, bo jego wiersz (podobnie jak Brodskiego) siedzi we mnie, zmienia moje myślenie.


Kiedyś myślałem, że autorytetem może być postać już znana, powszechnie uważana, która coś stworzyła, napisała itd. Jan Paweł II, Matka Teresa z Kalkuty, Chrystus, pisarze - tak, to też są moje Autorytety, cały czas do nich dojrzewam, ale mam jeszcze kilku. Nie chcę tu spierać się o hierarchię. Dla wielu ludzi te ważne postaci i Postaci będą różne. Dopiero gdy dorastamy i inaczej patrzymy na świat, na życie, na otaczających nas ludzi, dodajemy kolejne osoby, u kolejnych dopatrujemy się cech autorytetu. W codzienności widzimy świętość. W spotykanych ludziach, nawet tych anonimowych, albo tak dla nas powszechnych, jak: pani z kiosku, ekspedientka w sklepie, sąsiadka, nauczycielka, sprzątaczka, zauważamy heroizm życia, odwagę, męstwo, miłosierdzie. W każdym, nawet najmniej pozornym człowieku mieszka Bóg/dobro/miłość - zależnie od wiary i poglądów. 

I dopiero gdy dorastamy, widzimy, jak wielu ludzi wokół nas było już za życia świętymi, choć nigdy nie zostaną nimi ogłoszeni. I widzimy też, że tak naprawdę wielu ludzi na nas wpłynęło, ukształtowało nas (czasem są to nawet postaci anonimowe lub niepozorne, nie będące w kręgu podejrzeń o to, że potrafią kogoś zmienić, ukształtować; oni po prostu robią to, co czują i co uważają za słuszne). I widzimy wtedy również, z jak wielu ludzi składamy się my sami. Bo przecież każdy gest buduje nas samych, czerpiąc zatem od innych ludzi budujemy siebie. I już nie jesteśmy samolubnymi bytami, a istotami złożonymi z cech innych ludzi. I tylko dwa razy przychodzą wyrzuty sumienia: gdy ktoś umiera po tym, jak go jeszcze za życia doceniliśmy (wtedy jest smutek, ale i wdzięczność) oraz gdy ktoś odejdzie, komu wiele zawdzięczamy, a po sobie to uświadamiamy, gdy już jest za późno (wtedy jest smutek, wdzięczność, ale i wyrzuty sumienia, że tak późno coś do nas trafiło).

Autorytety książkowe mogą poczekać zatem na półce, ci nadal żyjący wokół nas już niekoniecznie.

*


I miało być krótko. Kolega Krzysiek mi powiedział, że tworzę zbyt długie wpisy na blogu. Czasem warto jednak słuchać ludzi wokół siebie. Naprawdę cały czas myślałem nad tym, starłem się jakoś streszczać.







-----------


Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net


Może zainteresuje Cię jeszcze...

1 komentarze