Socjopaci wszystkich krajów łączcie się!

kwietnia 05, 2014


Oszalałem i czynię to w każdą niedzielę po 21:00. Pisałem Ci kiedyś, że nie przepadam za serialami, bo nie potrafię regularnie zaangażować się w jedną rzecz i cyklicznie do niej powracać (kiedyś mi to lepiej wychodziło). W jeden serial (o którym pisałem tu) kiedyś się włączyłem, teraz tkwię po uszy w kolejnym. Zobacz sam, choć wiem, że pewnie już go znasz 


W życiu jest tak, że jeśli czegoś unikasz, to cię kiedyś złapie. Skąd taka refleksja? Nigdy nie przepadałem za kryminałami, moim pierwszym był Szatan z siódmej klasy (tak, wiem: leszczu jestem, ale tak było :D). Potem coś tam było i w końcu Christie. W szkole podstawowej ominęła mnie rewolucja w kanonie lektur i nie czytałem Hobbita, Opowieści z Narnii (co nadrobiłem późno, bo dopiero w... no, późno), ale i przygód Sherlocka Holmesa. Tych ostatnich niestety nie nadrobiłem, bo jakoś mnie nigdy nie ciągnęło. 

Ale na punkcie serialu z 2010 roku oszalałem. Serio. Dlaczego dopiero teraz, po czterech latach? Oryginał powstał dla BBC i premierę miał (skoro na tym kanale, to logiczne, że w Wielkiej Brytanii). Do Polski jednak też dotarł. Pierwotnie emitowany w polskojęzycznej wersji brytyjskiej stacji, potem Sherlocka nadało Ale Kino. Teraz nadszedł czas na TVP. Moim pierwszym odcinkiem był ten ostatni trzeciej serii (jak na razie najnowszej, bo wyemitowanej w styczniu tego roku i to od razu po angielskiej premierze także w Polsce, wyprzedzając przy tym Amerykę). Pomyślałem, że ja to mam szczęście w życiu, bo załapałem się dopiero na koniec serialu i to po czterech latach od wyemitowania pierwszego sezonu. A było mi szkoda tej straty, bo ostatni odcinek to ostatni, ale wciągnął mnie i przypadł do gustu. I nagle TVP zapowiedziało, że w wiosennej ramówce Sherlocka wyemituje. Nie odpuściłem sobie. Właściwie to mogłem w sieci online sobie obejrzeć całość w jeden dzień. Ale jeśli kultura ma się rozwijać, to nie można korzystać z niej w sposób nielegalny. Sherlocku online, żegnaj!

Powieści Arthura Conan Doyle'a nie czytałem, ale wiedziałem, że wersja serialowa odbiega od prawdy książki. Widziałem to już na pierwszy rzut oka, gdy Watson bloguje, a Holmes korzysta z telefonu komórkowego. Świat Sherlocka to XXI wiek, z całym dostępem do nowoczesnych technologii, ale i z problemami z tego wynikającymi. No bo gdyby ten powieściowy detektyw miał tyle ułatwień, co jego filmowy odpowiednik, pewnie łatwiej by mu było rozwiązać niejedną zagadkę. Pewnie tak, ale ta nowoczesność ma też wady. Widz, ale i człowiek żyjący w XXI wieku od razu wie o kilku. Daleko nie szukając, można zarzucić tabloidom nadmierne zainteresowanie się Holmesem. W serialu detektyw urósł do pozycji celebryty (w którymś z odcinków Sherlock nakłada czapkę, pochyla głowę i wybiega z budynku, co zauważają fotoreporterzy, publikując zdjęcia mężczyzny na pierwszych stronach gazet. A nie ma czegoś gorszego dla detektywa, jak wchodzenie mu w paradę na taką skalę). 


Oczywiście technika techniką, ale i tak liczą się umiejętności. A Sherlock wie, co robi, choć dziwi wszystkich wokoło (nawet Watsona i przede wszystkim jego, czyli tego, który jest detektywowi tak bliski). Holmes jest postacią nieprzeciętną, potrafi w głowie przewidzieć dziesięć kroków wstecz, dwa w tył, a przy tym twardo stać na ziemi i obserwować otaczającą rzeczywistość. Z jednej strony artysta ze swoimi lękami, fobiami i niekonwencjonalnym podejściem do świata. Z drugiego zaś profilu introwertyk, który stroni od ludzi, zatem odnosi się z rezerwą od tłumów. Z pozoru lichy to materiał na detektywa, skoro preferuje samotność, unikając kontaktu z człowiekiem. Katalizatorem tych emocji i ekstrawertykiem, który weźmie na siebie rozmowę z ludźmi, jest Watson. Bez niego nie ma Sherlocka, a bez doktora Holmes też jakiś taki miałki.

Nie wiem co w tym filmie jest takiego, że zakochały się w nim tysiące widzów z całego świata. Nie ukrywam, że jest to dla mnie sporą zagadką. Przecież adaptacji książek Doyle'a powstało mnóstwo. Nawet ten sam kanał polskiego BBC, który nadaje Sherlocka, co jakiś czas przedstawia widzom pełne filmy na motywach powieści. Czas? Bo serial to niby krótszy? Nic mylnego, każdy z odcinków Sherlocka trwa w granicach 90 minut, każdy też ma osobną fabułę, więc nie trzeba śledzić wszystkich, by czerpać radość z seansu. Części też wielu nie ma, bo serial to trzy sezony po trzy odcinki (z tym, że jakieś plotki słyszałem o czwartej serii, a zakończenie ostatniej z dotychczasowych też jest otwarte). Przeniesienie przygód Sherlocka do współczesności? Literatura, teatr i kino znają podobne zabiegi od lat. Nic nowego, ale w przypadku powieści Doyle'a widocznie się sprawdziło. Klasyczne podejście nie wniosłoby tu niczego nowego, wiktoriański klimat książki gościł wielokrotnie na ekranie, ale XXI wiek niósł widzowi pewną świeżość i niespodziankę. Sam obejrzałem z ciekawości. A po tym jednym odcinku miałem ochotę na całość. Już pomijam to, że serial jest tak skonstruowany, że trzyma w napięciu do ostatniej minuty. Bo jest zagadka, ale jej rozwiązanie poznajemy na końcu. W powietrzu tkwi jak bańka mydlana pewien suspens, aby nagle wybuchnąć i prysnąć - mocno uderzyć, a przy okazji lekko ogłuszyć. Filmowa konwencja, ale narracyjnie trzymająca się blisko literackich zabiegów. 


Mnie jeszcze kupił filmowy Watson. O ile sam aktor grający Sherlocka jakoś mi nie pasuje do tej roli (co rzecz jasna nie umniejsza wartości tego filmu, a i sam  Benedict Cumberbatch dobrze gra, ale subiektywnie  nie pasuje mi jakoś, co nie przeszkadza mi w odbiorze serialu), tak Martin Freeman jako Watson jest moim zdaniem trafieniem w dziesiątkę. Filmowy Hobbit świetnie zagrał też doktora wykreowanego przez Doyle'a. Cumberbatch jako Holmes jest nieprzewidywalny, ten aktor z kamienną twarzą potrafi komuś przyłożyć psychicznie, jak i rozbroić wszystkich wokoło, nie poruszając ustami. Wprowadza pewien niepokój, tajemniczość, wrażenie skrywania sobie tylko wiadomej zagadki. Freeman zaś, grając Watsona, wydaje się osobą spokojną, opanowaną, w tym duecie jako jedyny myśli racjonalnie (w sensie emocjonalnym, nie logicznym), ale gdy trzeba, to i zagrozi, że jako lekarz potrafi tak delikwenta połamać, że nie zostawi nawet śladu. 

Genialne, nieprawdaż? A jednak, mimo wyraźnie zarysowanych cech, obaj nie są przewidywalni. Spokojny Watson pragnie przygody (jako weteran wojenny powinien osiąść w zacisznym domu i nie ryzykować życia, tymczasem towarzyszy człowiekowi, który stawia ryzyko ponad zdrowy rozsądek). Sherlock zaś, pomagając klientom swojej agencji detektywistycznej, myśląc logicznie, postępując według wytycznych rozumu, potrafi postępować jak urodzony socjopata. Opanowany w jednej sytuacji, w kolejnej postępuje wbrew rozsądkowi. A jednak zawsze, jak przysłowiowy kot, spada na cztery łapy. 


Ciężko chyba znaleźć serial kryminalny, zawierający tak skrajne cechy swoich bohaterów, operujący takimi środkami fabularnymi. Gdzieś tam chyba Herkulesa Poirota Agathy Christie kiedyś obejrzałem na szklanym ekranie (nie wiem, czy całego, bo zawsze mnie drażnił, czego nawet wersja książkowa jego przygód nie zmieniła). Filmy z panną Marple (także wykreowaną przez Christie) też mnie wciągały, zagadki (podobnie jak w powieściach) trzymały do końca, rozwiązaniem zaskakując i nie dając od razu jednoznacznej odpowiedzi. Ale te filmy nie były tak zbudowane, one nie miały zakręcić widza, tylko opowiedzieć historię kryminalną (co i tak nie zmienia faktu, że Christie jest Królową Kryminału, była nią i będzie. I nie pozwolę tego faktu podważyć nikomu w moim otoczeniu, dopóki nie przedstawi mi poważnych dowodów :)). Sherlock zaś, oprócz zagadki, nieźle mąci w głowie (w sposób pozytywny rzecz jasna). Blokuję to w sobie, ale w końcu powiem: ten Sherlock jest nieźle pokręcony, a ja takich ludzi lubię. Doktor House też był takim dziwakiem, którego ludzie pokochali. Czyli teraz świat kręci się wokół dziwaków, socjopatów i im podobnych? A to tego dotychczas nie robił (mówiąc o kulturze i popkulturze, nie chcę urągać ludziom żyjącym na świecie, bo poza nielicznymi przypadkami, to jeszcze nie zgłupieliśmy)? Marple i Poirot też byli na swój sposób tak różni od reszty. A detektyw Monk? A Columbo, którego w dzieciństwie oglądałem z ojcem? Przecież to też jednostki genialne, ale trochę nieschematyczne. Moim zdaniem wraz z Holmesem z Sherlocka są pionierami. Może teraz powstać cała masa podobnych nowinek o detektywach - dziwakach, ale ich twórcy mogą nieźle się przejechać na widowni, bo podwaliny gatunku w literaturze są od wieków, a na ekranie od dziesięcioleci. Ale odpowiednie zmiksowanie archetypów jeszcze w przyszłości może posłużyć. W końcu prawie każdy utwór przetwarza to, co już było. Alfabet to też tylko pewien zamknięty zbiór znaków, a ich kombinacja z każdą nową książką daje coś nowego. A ludzie często lubią oglądać to, co już oglądali, słuchać już słuchanego i czytać to, o czym już czytali. Sherlock jednak zaskakuje, nie jest jednoznaczny, odkrywa nowe wątki, choć sam przecież nie jest innowacją, a jedynie wariacją na temat powieści. Trzeba jednak przyznać, że udaną wariacją. A kolejne odcinki, póki co, są do zobaczenia w TVP2 w każdą niedzielę po 21:00 (obecnie już sezon drugi) oraz od 20. kwietnia w BBC Entertainment (od pierwszej serii) .






Zdjęcia pochodzą ze strony BBC Entertainment Polska

Może zainteresuje Cię jeszcze...

1 komentarze