Jedni tworzą sztukę, a drudzy jej nie chcą. Nie chcą?

września 03, 2014

Fot. Dariusz Okoń

Lubię rozmawiać z ludźmi, szczególnie gdy mają swoje własne przekonania i potrafią się nimi podzielić. Czasem jednak finał tych rozmów jest mroczny. Bardzo mroczny dla mojej wiedzy o świecie.  

Zaczęło się od małego konfliktu interesów. Osoba, z którą od lat robię ,,sesje zdjęciowe" (w cudzysłowie, bo raczej to amatorskie działania) zgodziła się na kolejne spotkanie przed aparatem. Przedstawiam dwa pomysły i nagle różnimy się. Normalka, tylko że poszło raczej o podejście do sztuki.

Osoba, z którą chciałem współpracować, mimo kilka lat temu osiągniętej pełnoletności (swoją drogą to fajna metafora w codziennym języku) nadal pozostaje trochę dziecinna. Mówię więc, że ciekawym pomysłem byłyby sytuacje z codziennego życia z dziecięcym przedmiotem w tle (śpioszki nieopodal komputera, laurka na ścianie zamiast zdjęcia, pluszowy miś), całość w połączeniu z charakteryzacją osoby dorosłej. No i dostaję po głowie: jak ja to wstawię na Fejsa, to powiedzą, że jestem głupia, że zaszłam w ciążę, albo jeszcze coś innego. Moja podbudowa ideologiczna, wyjaśnienia, że to nie mają być zdjęcia użytkowe na fejsa, bo gdy robi się projekt artystyczny, to może on trafić na portale społecznościowe, ale jego miejscem jest przestrzeń, która skupia całość (czyli kilkanaście prac), a nie jedno zdjęcie wyrwane z kontekstu. Mówię też, że przy publikacji na Facebooku zaznaczono by, że to część projektu i zdjęcie ma ukazywać infantylność, która tkwi w każdym człowieku. Dostaję na dokładkę ,,wyklikane" wśród znajomych zdjęcie jakiejś dziewczyny, która pozuje z wyraźnie zarysowanym już brzuszkiem i z misiem w tle. Tłumaczę, że fotografia już na pierwszy rzut oka jest pozowana i wykonana w salonie fotograficznym, gdzie zawodowiec ma już przygotowane kilka stylizacji (jakieś krzesełka, zabawki, przedmioty) i wedle życzeń (np. rodzin, które chcą wykonać familiarne zdjęcie lub kobiet w ciąży pragnących uchwycić ten moment na fotografii) to robią, czego życzy sobie klient.

Nic z tego.

Fot. Dariusz Okoń

Mówię więc, że mam kolejny pomysł: stare zdjęcia z albumu rodzinnego, sięgające II wojny światowej albo lat młodzieńczych dziadków, rodziców połączyć z fotografiami współczesnymi (tylko że miejsca i osoby na nich już są inne, zgadzają się tylko same pozycje, elementy stroju, podobne do pierwotnych lokalizacje lub to, co znajduje się w tych miejscach obecnie). Też podbudowa: niezmienność zachowań, wieczność niektórych przedmiotów, choć osoby na przestrzeni lat się zmieniają, niektórzy odchodzą, miejsca nabierają nowych kształtów, świat jednak nie stoi i oddaje ,,pałeczkę w sztafecie" kolejnym osobom.

Też krytyka, ale i propozycja alternatywnego rozwiązania: a może tak poprzebierać się i zrobić sobie zdjęcie po latach w tych samych miejscach co w dzieciństwie. Mówię, że to już było, jest nawet wtórne i internet od tego kipiał już kilka lat temu.

Przypomniały mi się wtedy fotografie Rogera Ballena, które oglądałem na początku lipca w Tygodniku Powszechnym oraz rozmowa z samym twórcą. Wyciągam pospiesznie egzemplarz gazety i pokazuję fotografie z cyklu Ptasi azyl (cały wywiad jest tutaj, możesz trochę poczytać o wspomnianym projekcie) nie mówiąc, jakie jest przesłanie zdjęć, a tylko pytam się o walory artystyczne (moim zdaniem ogromne!).

Skoczyło się na braku sesji. I nie tylko. Pogadaliśmy sobie trochę o samej sztuce.

Fot. Dariusz Okoń

Czy sztuka to tylko to, co może się spodobać znajomym na fejsie, czy naprawdę coś więcej? Takie zaszufladkowanie, ograniczanie się do tego, co akurat jest na czasie, jest straszne dla sztuki. I smutne. Tylko że ta rozmowa wylała na mnie bardzo mroźny kubeł wody. No bo tak dużo mówi się o kulturze i sztuce, jest kilka programów tematycznych w tv, specjalistyczna prasa, dodatki w tygodnikach, osobne rubryki w dziennikach. Blogi i strony o literaturze, malarstwie, fotografii, filmie, muzyce. Kurczę, sam prowadzę tego bloga (a w przeszłości jeszcze były dwa zbliżone profilowo) i powstaje w takich sytuacjach pytanie: czy to w ogóle jest potrzebne? Jeśli kultura i sztuka na przykład interesuje tylko dziesięć procent ludności, a tuż obok są tematy ważniejsze? I grupa kilku osób bawi się w pisanie o sztuce, druga grupa coś tworzy, a ludzie wcale tego nie chcą. Wiem, że tak nie jest. Festiwale przyciągają tłumy, bestsellery (nawet jeśli popularna księgarnia-sieciówka ogłasza książką roku nie tę, która jest chętnie kupowana, ale tę dobrze opłaconą przez wydawcę) też ktoś kupuje. Blogerzy książkowi, choć to środowisko hermetyczne (mówię od tych obecnych w sieci od lat i już będących ,,marką"), to też są dosyć liczni. Dawców i biorców zatem jest pod dostatkiem.

Tylko że ta refleksja o sztuce i kulturze, ta rozmowa, coś mi przypomina. Sytuacja z lutego. Studiuję sobie w Lublinie, na co dzień spotykam na ulicy Ukraińców, rozmawiam z ludźmi, śledziłem doniesienia mediów o wydarzeniach na Majdanie. Wiem, że pomoc wschodnim sąsiadom jest potrzebna. I nagle wracam do rodzinnego miasta i słyszę od doświadczonych przez życie ludzi w średnim wieku teksty antyukraińskie. I moje żmudne tłumaczenia nic tu nie dają. Niby wszyscy wiemy, co działo się na Ukrainie (i jak jest nadal), prasa wiele pisała (i to różniąca się ideologicznie, sprawdziłem to, była w wielu kwestiach zgodna), do głównego nurtu przeszły prośby o pomoc, geneza wydarzeń, pojedyncze historie ludzi a także zbiorowa analiza społeczności. I nagle ktoś, kto wcale nie jest odosobniony w poglądach, głosi swoje a inni mu przytakują. Tak jakby istniały dwie Polski: ta z oficjalną linią programową i ta wiedząca swoje ale tłumiona głosem normalności lub rozsądku. A jeśli tak jest i ze sztuką? Niby, oficjalnie, jest ważna, ale ludzie i tak w większości jej nie chcą, albo dopuszczają do głosu, ale niewiele sobie z niej robią?

Fot. Dariusz Okoń

Pesymistyczne to. Tylko że sztuka od wieków była potrzebna. Oczyszczała, dostarczała rozrywki, stawiała trudne pytania, ale była też formą ekspresji dla twórców. Wierzę, że tak jest nadal. Dobra sztuka to ta, za którą coś stoi. Zła, to te rzeczy, które są wydmuszką ,,czegoś więcej", kiczem.

Tylko dlaczego ludzie nie chcą obcować ze sztuką, albo jej nie szanują? Nie śledzę wielu dyscyplin sportowych, kibicem jestem raczej odświętnym, wolę grać i biegać, niż obserwować. Ale szanuję tych, których fascynuje sport. Szanuję towarzyszące mu idee i wiem, co ludzie w tym kochają.

Zawsze, gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tylko że nawet nie finanse są problemem. W sieci istnieje tyle legalnych źródeł i bezpłatnych, że sam mam spore wyrzuty sumienia, że z tego wszystkiego nie skorzystam za życia. Całe Wolne Lektury, Ninateka, Youtube na którym chciałoby się obejrzeć to i owo. Malarze dawni i współcześni, gdy wystarczy znać nazwisko twórcy, aby wyklikać w Google zdjęcia prac. To samo jest z fotografią. Nie trzeba wcale być uzależnionym od mainstreamu telewizyjnego (nawet gdy ten nas przekonuje, że pokazuje totalny i głęboki underground, to już z chwilą pokazania  tego w mediach zabiera twórcy jego niszowość, a więc bycie cool. To zatem nie jest problemem. Przytaczając słowa piosenki zespołu Hey: nic naprawdę nic nie pomoże, jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości. I uzupełnienie: miłości do sztuki, do kultury.

Fot. Dariusz Okoń

A może to wina tego, że zamiast sami poszukiwać, powierzamy nasze wybory telewizji, prasie, znajomym?

Paradoksalnie mamy wybór. Bo możemy ślepo ufać domorosłym znawcom kultury, albo świadomie wertować jej przestrzenie, poznawać, pytać, oceniać, czerpać emocje. Możemy zaufać, jak matka Rozalki z noweli Prusa, komuś, kto jest przekonany o swojej wiedzy i nieomylności (pamiętacie ,,Antka"? Odwieszając na chwilę tło wydarzenia, czyli stan wiedzy na XIX-wiecznej wsi, to w książce chore dziecko zmarło, bo znachorka kazała matce dziewczynki włożyć Rozalkę do pieca, by ta się wypociła).

Albo ślepo zaufamy, nazwiemy sztuką tylko to, co ktoś tym pojęciem nazwie, albo sami postaramy się rozbudzić estetyczne doznania w nas samych. Człowiek jest istotą, która podświadomie pragnie obcowania ze sztuką i jest stworzona dla sztuki. Różna jest jednak nasza wrażliwość, zapotrzebowanie, a także definicja pojęcia. Zakładając, że każdy z nas jest twórcą (nawet jeśli przygotowujemy kanapki na romantyczny wieczór, to komponujemy całość tak, jak nam zmysł artystyczny podpowiada. Mówimy różnymi rodzajami prozy, coś czasem poetyzujemy, nawet gramy w piłkę nożną lub biegamy, bo tak czujemy, a stojąc w sklepie u progu nowego roku kalendarzowego, bierzemy ten kalendarz z zachodem słońca na okładce (bo nam się spodobał), a odrzucamy podobizny papug i piesków; nawet lajkujemy na Facebooku to, co czujemy, że nam się podoba i sami wstawiamy takie zdjęcia, które uznamy za posiadające jakieś walory).

Fot. Dariusz Okoń

Zacząłem od fotografii i nią też zakończę. Kilka głębokich i mądrych myśli Rogera Ballena z, moim zdaniem, świetnego wywiadu Anny Maziuk opublikowanego w czerwcowym Tygodniku Powszechnym (nr 26/2014); tu link. Naprawdę inspirujący. I na dobry początek.

Tak, ale ciemność niekoniecznie oznacza zło. To mogą być głębsze poziomy naszej podświadomości, część naszych własnych lęków. Fotografowanie jest podróżą w głąb samego siebie, do miejsca, w którym rodzą się sny.

Większość z nas podświadomie myśli o wszystkich tych ponurych sprawach. Tyle że ja nie uważam, że to jest mroczne czy depresyjne. Bo jeśli zmierzysz się ze swoimi własnymi demonami, z ciemnością, która jest w tobie, staniesz się o wiele lepszym człowiekiem.

Fot. Dariusz Okoń

Każda rzecz, każdy obiekt i stworzenie ma jakąś symbolikę, jest metaforą czegoś. Manekiny mogą być substytutami ludzi, ale mogą też mieć setki innych znaczeń. Są po prostu częścią większej układanki.

Ale najlepsze fotografie to te, których sam nie rozumiem, bo brakuje słów, żeby je opisać. Nie można o nich powiedzieć, że są tym albo tamtym, bo jedna praca może mieć wiele znaczeń, czasem sprzecznych ze sobą. Robienie zdjęć traci sens, jeśli już przed naciśnięciem spustu migawki wiadomo, o co chodzi. Fotografia powinna pomagać zrozumieć te części nas samych, które są dla nas zagadką, z którymi nie jesteśmy pogodzeni.  Dla mnie zdjęcia są puzzlami pomagającymi w ułożeniu kompletnego obrazka. Układanki składającej się na moją osobowość. Jeśli doskonale znałbym swoją naturę, robienie zdjęć nie miałoby sensu. Fotografuję jako artysta, nie ktoś, kto jedynie dokumentuje to, z czego od dawna zdaje sobie sprawę.

Fot. Dariusz Okoń


Kolor przekłamuje rzeczywistość, w końcu kolory fotograficzne niekoniecznie oddają to, jak mózg interpretuje barwy. Przy tym, pomimo że fotografuję w czerni i bieli już blisko 50 lat, wciąż się uczę, czuję, że zawsze mogę pójść jeszcze o krok dalej. To jest niekończące się wyzwanie.

Mnóstwo rzeczy dzieje się o wiele szybciej niż czas, którego potrzebuję, by nacisnąć spust migawki. To tak, jakbym zapytał panią, co się pani dzisiaj przyśni. Pani nie ma o tym przecież pojęcia. Tak samo jest z fotografią, która jest jak podróż – nie wiadomo, gdzie się rozpocznie i gdzie skończy.




--------------------

Zdjęcia wykorzystane we wpisie są własnością autora bloga

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze