''Paparanoja". Zakochany Enej?

lutego 11, 2015


O czym najlepiej pisać i śpiewać? Chyba o życiu. A jego integralną częścią jest miłość. Długo oczekiwany, trochę enigmatyczny album zespołu Enej ujrzał światło dzienne. Jaka jest Paparanoja?


Przede wszystkim mniej zaangażowana społecznie w porównaniu do chociażby pierwszych dwóch krążków, ale jest to jak najbardziej uzasadnione. Uszy słuchacza, jego umysł na godzinę przenosi się do krainy wypełnionej miłością. Chyba nikt nie spodziewał się tego, że tego uczucia na nowym krążku będzie tak wiele. Platoniczność, zauroczenie, wyznania zakochanych nieszczęśliwie, albo żartobliwe opisy relacji damsko-męskich. Tęsknota i miłosne uniesienia w sferze emocji (Hory Moi, Moja Mery Lu), albo namacalnie (Dzisiaj będę ja). Różne oblicza najpiękniejszego z uczuć wpisane w folkowy klimat, zabawę i to co najpiękniejsze w słowiańskim folklorze muzycznym. Nie zabrakło też akcentów mniej optymistycznych, może nie bezpośrednio kojarzących się z miłością. Tylko czy tęsknota i bolesne pożegnanie to nie kolejne przejawy - może mniej na pierwszy rzut oka kojarzące się, ale jednak – miłości? Za nostalgiczny nastrój, zadumę i refleksję zadbała Bilia Topoli, w której gościnnie zaśpiewał Ivan Lenyio z zespołu Kozak System. Piękna ballada, a ballad na nowym krążku jest chyba zdecydowanie więcej, niż poprzednio. Z jednej strony dostajemy ucieczki w przyszłość, z drugiej silne trwanie tu i teraz. W tle zaś słychać kozackie historie. Akcenty na płycie są rozłożone równolegle, na każdy nastrój słuchającego.

Paparanoja miała być płytą inną, otwartą na nowe inspiracje i rozwiązania. Faktycznie tak jest, ale nie jakoś drastycznie zauważalnie. Przy kolejnych odsłuchaniach można wyczuć te smaczki, różnice, zabawę rytmem. Bardzo dobry to zabieg, fani nie mogą poczuć się zawiedzeni, dostają to, na co czekali, okraszone czymś nowym. Zapowiedź zmian zawsze jest ryzykowna. Enej znakomicie łączy nowoczesne rozwiązania z ludowością. Jest to nowy folk, jednocześnie będący blisko słowiańskiej tradycji. Jeśli na chwilę przystopujemy płytę, przywołamy w głowie piosenkę, którą śpiewano nam do snu, która w rodzinie przekazywana i nie spisana, ale pamiętana; gdy sobie te pieśni przypomnimy, ich teksty choć różnią się, w podobnym stylu są napisane. Paparanoja taka właśnie jest. 

 

Może niektóre teksty nie są głęboko nacechowane alegorią, nie oferują szczególnej głębi, tylko że siła gatunku tkwi w bezpośredniości, prostocie przekazu. Na krążku zdarzają się jednak i niejednoznaczne słowa. To już jest rozpoznawalna cecha autora tekstów Mirosława Ortyńskiego.

Najbardziej zagadkowa jest dla mnie piosenka otwierająca krążek, utwór który pojawia się po recytacji Eneidy. Nie chcę spać oprócz tego, że pochwałą wykorzystania jak najlepiej upływającej chwili, wnosi pewien niepokój o to, co się dzieje z człowiekiem w czasie snu, ja bardzo boję się, obudzić tam, gdzie nie ma mnie (...) bo gdy zasnę to ja wiem, że w innym ciele zbudzę się! (...) chemia inkarnacja. Sen zawsze zastanawiał, wprawiało w zakłopotanie pytanie o to, co się dzieje z człowiekiem, gdy śpi. Czy jego dusza wędruje? Czy odwiedza inne światy? Podmiot liryczny, zdaje się, wierzy w inkarnację (a może boi się tego sennego niebytu?).

Ciekawy jest też Kamień z napisem love. To piosenka nietypowa, odmienna od tego, z czym dotychczas kojarzyliśmy zespół. Lekka inspiracja ska, stały rytm i folkowość. Taneczna mieszanka muzyki i żartobliwego, luźnego tekstu. Warty zwrócenia uwagi jest też muzyczny toast Mnohaya lita, czyli Sto lat, z błogosławieństwem i dobrymi życzeniami dla młodej pary, albo Moja Mery Lu opowiadająca o miłości platonicznej, fascynacji (a może zauroczeniu?). Miłosny klimat jednak rzadko ustępuje miejsca innym tematom (choć kilka utworów jakby wyłamuje się głównego nurtu tematów). Zdecydowanie jednak więcej tu wyznań miłosnych i monologów kochanka, wplecionych w różne stylistycznie ballady.

Prawdziwą jednak wisienką na torcie jest utwór bonusowy (zawiera go podobno tylko album kupiony w przedsprzedaży). Na Interludium lemko warto czekać całą płytę, wprowadza w wyjątkowy stan chwilowego zapomnienia o świecie, unosi gdzieś ponad. Na poprzednim krążku Interludium zbudowało podobny stan odpłynięcia (łącząc nostalgiczną balladę Oj pishov ja v Dunay z wykonywanym z zespołem Afromental United; ta ,,trylogia" była dowodem na to, że muzyki dobrze słuchać tradycyjnie z płyt, bo w odtwarzaczu te trzy piosenki tworzą hybrydę dźwiękową, niezauważenie tworząc jeden długi utwór złączony z różnych gatunków). Gdy już dojdzie kolej na Interludium lemko, warto wtedy całkowicie poświęcić się utworowi. Jest jak pierwsze zakochanie, i tu też liczy się dobre przeżycie pierwszego odsłuchania.

Paparanoja wydaje się spokojniejsza, ale jest to tylko pozór. Dostaliśmy energetyczny, skoczny, czasem nostalgiczny, często jednak taneczny krążek. Zróżnicowany i tematycznie i instrumentalnie. Tekstom błahym, lekkim i pozbawionym drugiego dna towarzyszą te lirycznie subtelne, albo utwory niejednoznaczne, takie, w które można wpisać dodatkowe znaczenia (lekko buntownicze wobec świata, albo też gloryfikujące spontaniczność życia, wszystko zależy od podejścia i interpretacji).

Premiera płyty zaplanowana jest na 12.02! 


Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze