Pozostało tylko tęsknić. Hobbit: Bitwa Pięciu Armii [recenzja DVD]

kwietnia 30, 2015




Jackson jakby mówił przez to: gdy do głosu dochodzą prywatne ambicje silniejszych, kończy się to czyimś cierpieniem. Jak w tym afrykańskim przysłowiu: gdzie biją się słonie, najbardziej cierpi trawa. Recenzja trzeciej części Hobbita 


Świeżo po obejrzeniu wydanej właśnie na DVD Bitwy Pięciu Armii można rzec: filmowe Śródziemie, od premiery Władcy Pierścieni, zmieniło się. Już wtedy fascynowało, uzupełniało literacki obraz (wbrew głosom ortodoksyjnych miłośników prozy Tolkiena). Przez te kilkanaście lat, dzięki technice, nabrało pełniejszych kolorów. I nadal zaskakuje. Bitwa Pięciu Armii ostatnia część filmowej trylogii na podstawie Hobbita - to już pożegnanie z krainą. Jackson teraz musiałby sięgnąć po Silmarillion, a ten jest nietykalny. Przynajmniej na razie.


Powieść Tolkiena w 1937 i była przełomem w światowej fantastyce. Peter Jackson uzupełnił ją, ale i dopełnił baśniowy przekaz Hobbita. Wpisał przy okazji w fabułę wątki dla dorosłego odbiorcy. Tolkien zresztą podobnie definiował baśń: jako opowieść wychodzącą z dziecięcych sypialni. Kto ma wątpliwości, że to nie jest film utrzymany w konwencji skierowanej dla dzieci (cechy której widoczne były w pierwszej części Hobbita), niech spojrzy na walkę Galadrieli z Sauronem. Sceny batalistyczne również są brutalne. Mrok ten jednak ustępuje pod koniec filmu (zupełnie jak ma to miejsce w książce, ale i we Władcy Pierścieni), gdy odbiorca historii, po trudach i mrokach przygody, powraca na sielską wieś - do Shire.



Dlaczego oglądać film, gdy książka, będąca jedynie wstępem do wielkiej opowieści ze Śródziemia (opisanej we Władcy Pierścieni) jest na wyciągnięcie ręki, a jej przeczytanie zajmie mniej czasu, niż maraton hobbickiej trylogii filmowej? Chyba właśnie warto dla magii obrazu. Ale nie głównie dla niej przecież.



Najbardziej do mnie trafiły obrazy pokazujące nie silną armię elfów, czy też krasnoludów. Nie pojedynek w finale, ale obrazy prostych istot, które nie stały po żadnej ze stron konfliktu. One chciały tylko pokoju, podczas gdy ktoś walczył w ich imieniu.



Jackson jakby mówił przez to: gdy do głosu dochodzą prywatne ambicje silniejszych, kończy się to czyimś cierpieniem. Jak w tym afrykańskim przysłowiu: gdzie biją się słonie, najbardziej cierpi trawa. To może nadinterpretacja, ale czy nie widać tu historii ludów, które są uciemiężone? A może dramat konfliktów? Wyraziście jest tu pokazana bieda – bieda tych, którzy zawsze najwięcej cierpią: ofiar, z którymi nie liczą się przywódcy walczących ze sobą stron. Jackson przenikliwie pokazał konflikt krasnoludów z elfami. Nawet po pokonaniu smoka, na pokój trzeba było poczekać. A i ten tak szybko nie przyszedł.



Dzięki temu w Bitwie Pięciu Armii odżywa wymyślona przez Tolkiena opowieść, jej przesłanie, ukryte między literami przesłania. Dostrzega się kunszt pisarza od początku, monumentalność jego opowieści. Hobbita, czyli tam i z powrotem odczytuje się na nowo. Film jest kulminacją, epickim rozwiązaniem fabuły powieści. Jackson uczynił z tej wisienki na torcie, najbardziej efektywnych rozdziałów (a zarazem najbardziej tragicznych w opisie fabuły, najbardziej widowiskowych i najmniej bodaj skierowanych do młodego odbiorcy, który był potencjalnym odbiorcą opowieści, choć, jak wiemy, niejedynym) grunt pod cały, ponad dwugodzinny film.



Trzecia część tej trylogii jest jak wyciśnięta pomarańcza emocji i wizualnych możliwości, które reżyser mógł włożyć w film. Smak jej nie jest jednak kwaśny, ani gorzki, a wręcz przeciwnie: można nim delektować się. Tak jak napięciem, które Jackson buduje. To chyba najwymowniej przemawia w scenie, w której Thorin, owładnięty chciwością i urokiem skarbu, na oczach widza zdradza swą mroczną przemianę. Obserwator, który ma w głowie doskonałą, wieloaspektową kreację Golluma z Władcy Pierścieni Jacksona, od razu zauważy, z jakim zrozumieniem reżyser podszedł do literackiego pierwowzoru. Oczywiście przemiana Thorina i ta "upadłego" hobbita są różne, nieporównywalne, inne też są oba zawładnięcia psychikami bohaterów. Przemiana krasnoluda jest tu jednak ważnym wątkiem, czymś, co Tolkien skrupulatnie i wyraźnie oznaczał w swoich powieściach, a czym była obecność zła w świecie i zależności od niego tych, którzy odrzucili dobro.



Opowieść o wielkiej bitwie, która rozegrała się w końcowej części powieści Tolkiena, była pretekstem do zaprezentowania efektownego widowiska, ale, w przeciwieństwie do estetycznie popisowych produkcji (które czasem, niestety, są naszpikowane efektami, bez głębszego znaczenia w fabule), Hobbit niesie zawoalowane przesłanie. Może nie odda pełni zamysłu autora powieści, żadna ekranizacja chyba tego nie uczyni w pełni, ale Jackson stara się do tego przekazu dotrzeć. Przy okazji nie obrzuca widza efektami, na które obecna technika może pozwolić. Reżyser potrafi rozłożyć akcenty, zaskoczyć widowiskowością, by za chwilę postawić na prostotę i oszczędność środków.



Już plany Jacksona, żeby sfilmować Hobbita, wywoływały kontrowersje. Gdy reżyser ogłosił, że tę cienką książkę rozbije na trzy osobne filmy, zawrzało. Ale filmy uzupełniono o dodatkowe wątki. Rozpatrywanie Hobbita jako wiernej adaptacji książki, właściwe nie jest. Jackson zrobił to już przy Władcy Pierścieni, kolejne części odbiegały coraz znaczniej od literackiego pierwowzoru. Hobbit. Bitwa Pięciu Armii to odrębna historia. Tak też powinna być traktowana. Finalna część tej trylogii ma, podobnie jak dwie poprzednie, dwóch autorów. Słychać tu bowiem głos Tolkiena i komentarz reżysera.



Dobre dwie i pół godziny. Bardzo drobne cięcie - wręcz chirurgiczne, gdyż tak delikatne – w kilku momentach dobrze by zrobiło. Tylko że Śródziemia nigdy dość, człowiek lubi się napatrzeć na to piękno. A zważywszy na to, że Bitwa Pięciu Armii to już pożegnanie ze Śródziemiem, tej uwagi, uznajmy proszę, że nie było. W skali pięciu złotych monet, podwędzonych ze skarbu krasnoludów, przyznałbym... Arcyklejnot Thorina. Dobrze się na to Śródziemie patrzy.

Fot. Materiały prasowe dystrybutora

 ------

Recenzja powstała dzięki polskiemu dystrybutorowi filmu na Blu-ray 3D, Blu-ray i DVD - Galapagos, od którego otrzymałem egzemplarz recenzencki. Więcej na: http://www.galapagos.com.pl/












Fot.: Materiały prasowe dystrybutora

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze