Jak spowolnić śmierć?

lipca 10, 2015



W nocy, gdy nie śpi tylko przyroda, zobaczyłem na ścianie spory cień. Zatrzymałem na chwilę akcję powieści, którą właśnie trzymałem w dłoni i spojrzałem w kierunku lampki. Niewielki owad machał skrzydełkami. Wleciał do domu mimo zamkniętego okna. Był tak mały, a zostawił tak duży ślad. 



Z jednej strony wydaje mi się, że pogodziłem się z nią. Ale po chwili wiem, że nie umiem, nie potrafię, nie chcę. I znowu zostaję w punkcie wyjścia. Przecież dla jednych jest ucieczką i wyzwoleniem, dla drugich nadzieją na nowe życie w wieczności.

Ostatnio otacza mnie jakby bardziej. Gdy przychodzi do innych, myślisz: normalna kolej rzeczy. Nic nowego pod słońcem. Kiedyś musi. Gdy pomyślisz o sobie i bliskich, wtedy nie chcesz się z tym pogodzić. Ja? No to jeszcze. Ale oni? Błagam, nigdy! To nie jest egoistyczne. I trochę zarazem jest, bo myślisz od razu: a jeśli oni? Jak to zniosę, co wtedy ze mną? Jak JA to przeżyję? 

Dzięki Bogu nie uderzyła mnie personalnie. Ale to wszystko nie jest łatwe. Przychodzi przecież do innych, nawet do tych niby tak dalekich.

(*Uwaga: przeczytaj tylko pierwszą część, jeśli chcesz aby było pozytywnie i optymistycznie, a także krócej. Przeczytaj całość, jeśli ma być nostalgicznie)


O p i e k a   i   d z i e c k o 

Przecież ją się da spowolnić - tak sobie pomyślałem. Nie chodziło mi o pasje, zajęcia, radość, jaką człowiekowi niosą smaczki życia i dają sens i cel. To są oczywistości. 

W zeszłym roku lub dwa lata temu czytałem poruszający reportaż w Dużym Formacie. Nie chodzi mi o jakieś walory artystyczne, ale przesłanie. Oto ukazane były bodajże dwie rodziny (może trzy? nieważne, istotne, że były dwa odmienne przykłady w tej historii). 

W jednej, po ogłoszonym przez lekarza terminie odejścia, osoba chora przeżyła jeszcze sporo czasu więcej. To ta osoba, która czuła się jeszcze potrzebna, miała wsparcie bliskich, opiekę. Czuła tę ciągłą bliskość. 

Druga opowieść dotyczyła kogoś, kogo w chorobie ograniczano, nie pozwalano w trosce o..., bo tobie nie wolno przecież..., ...bo nie i już - leż... itd. - to nie są cytaty z reportażu, to możliwe słowa, które ten chory usłyszał. Z tego, co pamiętam, odszedł przed terminem lekarskim lub trafiając ,,w punkt" w ten dzień lub krótko obok.

Wydaje mi się, że wiem co mówię. Społeczeństwo się starzeje. Mój blok jest świetną miniaturą tych przemian demograficznych. Od dzieciństwa pamiętam starszych ludzi, mieszkało ich tu wielu. Ciągle ktoś umierał. Ciągle ktoś umiera. Przez ściany słyszałem cierpienie. Przed blokiem widziałem chorobę. Stopniowo puste mieszkania zasiedlają młodzi - małżeństwa, pary, nowe dzieci. Co jakiś czas nekrolog doklejony do ściany bloku obok wejścia na klatkę schodową. Kiedyś popularny był w małych społecznościach zawód akuszerki. To ona odbierała porody. U mnie jest starsza pani, która jest taką ,,przewodniczką" dla umierających. Odwiedza tych najbardziej schorowanych, towarzyszy im w chorobie, potem pomaga rodzinie załatwić formalności. Nieodpłatnie, z dobrego serca. Taka jest z natury, ale robi to też z wiary. 

Bo ważne, by ktoś był wtedy obok. Nie wiem, jak to działa, ale działa. Gdy człowiek chce żyć i mentalnie o to walczy, gdy czuje potrzebę życia dla kogoś, może wydłużyć swoje życie - o trochę lub o dużo. Pewnie nie zawsze, być może często. To wie tylko on. Czasem jednak zrezygnowany kładzie się do łóżka, by czekać na to,,już". 

Znam dwa przypadki, dosyć bliskie choć oba już oddalone sporo w czasie. Osoba, która dowiedziała się o nowotworze. Miała żonę i dziecko. Słowa lekarza i poddanie się - położenie do łóżka z myślą, że nic nie ma sensu i to już koniec. Wkrótce zmarła. Druga osoba, zaraz po wybudzeniu ze śpiączki, spytała od razu o bliskich, bo dla nich przecież żyje i z nimi (lekarze potem mówili, że tylko jedna osoba na tysiąc mogła z tego wyjść, że tu była silna wola walki, a samo wyjście z tego w opinii medyków równało się z cudem i nie było według nich możliwe). 

Nie wiem, jak to działa. Nie chcę też nikogo oceniać, mądrzyć się. Człowiek to bardzo skomplikowana istota, nikt do końca nie wie, co czuje, poza nim samym. Jeśli poddaje się - wie tylko on, dlaczego. Jeśli walczy - też wie sam dlaczego. Ale czasem można pomóc. Czasem tę osobę w tym umacniać trzeba, utwierdzać ją w tej walce. PO TO JESTEŚMY OBOK INNYCH LUDZI. To nie magiczna metoda dająca długowieczność. Może okazać się nieskuteczna, bo ona nie leczy, tylko pomaga osobie, pomaga obu w budowaniu silnej więzi, w uwolnieniu miłości. Gdy człowiek czuje się kochany i potrzebny, chce dalej żyć, czy jest zdrowy czy chory – chce żyć. Ta osoba musi czuć się potrzebna, a nie jak ciężar dla innych. Każdy z nas chce być potrzebny. Ale prawda jest taka, że tak właśnie jest – wszyscy jesteśmy sobie potrzebni, bo wspólnie tworzymy świat. Jeden świat. I miłość.

Wierzę jeszcze w dziecko. Tak: w dziecko. Wierzę w to, że pielęgnowanie w innych ludziach siedzącego w nich dziecka - w tych starszych i tych w średnim wieku. W mężczyznach i w kobietach, w dzieciach -  opóźnia wewnętrzny ból przemijania, mentalnie spowalnia odejście, usuwa zgorzknienie i samotność. 

Dziecko każdego z nas widać w oczach i w uśmiechu. Ktoś, a najczęściej świat, każe nam szybko porzucić pierwiastek takiej ufności, lekkiej naiwności, prawdziwości i spontaniczności. Takiej radości z prostych rzeczy, nawet niewielkich. Obdarowanie kogoś czymś, co lubi i jego spontaniczność w cieszeniu się z tego - to jest właśnie jedna z oznak tego dzieciństwa. Ja w nie wierzę. Wierzę, że jeśli komuś pomagam obudzić w sobie te reakcje, to pomagam mu odpędzić tę chwilę odejścia o jakiś czas. Wiadomo, że nie przewidzę wypadków i chorób, ale spowolnię to naturalne odejście, to wynikające z wieku. Może to po prostu lekkie szaleństwo i zbytni idealizm? Nie wiem. Wolę zaryzykować, nic nie tracę.

(tu kończy się część optymistyczna i zaczyna nostalgiczna)

S p a c e r

To jeden z tych upalnych dni lata. Temperatura mocno powyżej trzydziestu stopni Celsjusza. Spaceruję z psem po lesie, to dla niego jedno z tych dłuższych wyjść. Na drodze zauważam kreta. Nie wytrzymał chyba upałów, bo nie rusza się.  Zatrzymałem psa by jakoś go pokierować i wyminąć przeszkodę na ścieżce, bo on nic sobie z tego nie robiąc, pewnie (a nawet bez wątpienia) poszedłby prosto. No tak: zwierzęta, w przeciwieństwie do ludzi, nie mają rozumu, choć po swojemu rozumieją (nie mogę jednak zgodzić się z naukowcami, którzy mówią, ze pies to wyuczone komendy i zachowania wytresowane nagrodą lub karą). Co prawda dla psa jest "wieczne dziś", ale czuje i ma emocje, swój rozum też. Wierzę też, że każde ze stworzeń ma swój własny świat, tajemnice tamtych są nam nieznane, a sekrety naszego odtajnione są w tych innych (mój pies od lat wpatruje się w jedno miejsce w domu. Tam nic nie ma, choć on coś widzi). 

Zwierzęta więc pogodzone są ze śmiercią, z odchodzeniem. Pomyślałem, że kreta zabiorą ze ścieżki mrówki, rozłoży się, stanie się częścią gleby i jej składnikiem odżywczym. Niższe warstwy lasu, które teraz rosną w tym miejscu (choć kilka lat temu, gdy tą ścieżką puszczy szedłem, nie było ich) są tu dlatego, ze ktoś ściął wysokie sosny i słońce wreszcie dociera niżej, wyrastają krzewy i trawa W miejscu opadłych liści tworzących podłoże kiedyś w cieniu rosły tu grzyby, teraz są nasłonecznione maliny.

Natura nie posiada próżni, coś dzieje się w zamian czegoś. Gdy odchodzi kret, nikt tym specjalnie się nie przejmuje, świat nie staje. Człowiek ma moc twórczą, pozostaje po nim pamięć i jego dzieła. Jest taka niepisana, czasem tylko spisywana, zasada, że o zmarłych nie mówi się źle. Historia powszechna robi czasem wyjątki, choć i ona w jednym kraju robi z człowieka wroga a w innym bohatera narodowego. Każda bitwa i wojna to czyjaś chwała i jednocześnie porażka drugich. Ale natura po śmierci człowieka nie zatrzyma się. Wyciągnie ręce i z pokorą przyjmie z powrotem. 

Przypomina o tym czerwona kalina, która ostrzegawczo zwisa nad mijaną przeze mnie ścieżką. Czerwony to kolor alarmujący w przyrodzie. A zielony łagodzi. Wonna i eteryczna pokrzywa powiadamia: choć życie jest niebezpieczne, nie martw się na zapas, odpręż się, odpocznij, zrelaksuj. Napar z liści pokrzywy zbieranych w maju, działa na skore, włosy i paznokcie. Jest bakteriobójczy. I przyspiesza krążenie krwi. Ratuje i podtrzymuje życie. A kalina przeciwnie.



I tak ciągle: godzę się z tym i nie godzę.  Raz potrafię a raz nie. Łatwo jest, gdy ktoś jest dla ciebie anonimem. Problem przychodzi, gdy znaliście się.



P o  f a k c i e 

Widzę napis: przecież tylko nieobecni są najbliżej. To jeden z tych, który szybko wpada w oczy, najpierw człowiek analizuje w głowie jego logiczność, potem zgodność z prawdą, na końcu przekonuje się o walorze artystycznym i stara się zapamiętać. Zapamiętać w drodze do domu by, jak to w XXI wieku, wyszukać w sieci. 

To ks. Jan Twardowski. Zrobiło mi się cieplej na sercu. To mój ulubiony poeta, mam na półce wiersze wszystkie księdza, przeczytałem hurtem w różnych wydaniach wszystkie lub też 90 proc. 

Tłumaczył
że wieczność jest tylko jedna
że już są razem chociaż się nie widzą
że miałby ochotę nagadać jej serdecznie
choćby w przedpokoju ciepłym od ubrań

przecież tylko nieobecni są najbliżej



 * * * 

Strasznie to wszystko chaotyczne. Przypomina trochę dwugłos: z jednej strony życie, z drugiej jego brak. Ale to chyba idzie w parze. 

Momentami brzmi jak kolejna rewelacja Coelho. Może i tak jest. Tylko że...

Najważniejsze to być obok. Pokazać, że ktoś jest nam potrzebny, że tak bardzo na niego czekamy. I on o tym wie. A wszystkim innym pomóc odnaleźć w sobie dziecko, choć jedną minutę dziennie lub siedem tygodniowo.

Tylko dlaczego to jest tak trudne?... 

To nie jest magiczne zaklęcie, to nie jest też przepis na sukces. Może zawieść. A może nie? Nie wiem. Myślałem, że choć się domyślam. Jednak nie.






Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net - See more at: http://siemowi.blogspot.com/2014/07/co-o-by-sie-stao-gdyby-zamiast-pikarzy.html#sthash.2VOocyaJ.dpu

-----------



Wykorzystane w tekście zdjęcie podlegają darmowej i legalnej licencji CC0 (Creative Commons 0) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcie na licencji CC0 pobrałem z:   http://www.gratisography.com/#0


Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze