Polska blogosfera robi się męcząca

sierpnia 27, 2015




Na szczęście ta blogosfera przez, tzw. duże ,,b". Co z resztą nie znaczy, że ta przez mniejsze jest gorsza. Nie, ona jest czasem bardzo wartościowa. Ta duża litera to nie wyznacznik szczególnych walorów artystycznych, ale tego, jak samych siebie postrzegają tak zwani władcy. Władcy to odpowiednie słowo, bo przejmują rząd na duszami.


Grubo ponad tydzień temu ukazał się tekst Olgi Kałużnej na jej blogu Anth.pl. Blogerka uczestniczyła w SeeBloggers. Nie ukrywała swoich emocji w krytycznym, ale przede wszystkim gorzkim tekście. Kolejne dni należały do Jasona Hunta, który podzielił blogosferę. W zasadzie całą.

Studium przypadku online.


Bloger musi być świętą krową, której nie wolno ruszyć. Ma swoje miejsce w sieci, które jest jego poletkiem. Prywatnym poletkiem - i tu zgoda. Ale ostro robi się wtedy, gdy na to poletko nie może wkroczyć choćby odłamek innego zdania, bo wtedy autor ma prawo swojego krytyka zbanować. Ot, taka wolność. Wolność słowa ponad dwie dekady temu ludzie odważni ponownie wywalczyli, a młodzi ludzie spod herbu bezprzewodowej sieci i smartfona ponownie chcą ją ograniczyć.

Bycie nieomylnym ekspertem. Coach - ale taki prawdziwy, nie medialna gwiazda YouTuba i własnej domeny sieciowej - to często psycholog (jeśli mówimy o trenowaniu się w umiejętnościach interpersonalnych, związkach, relacjach rodzinnych) albo trener komunikacji po specjalistycznych studiach lub kursach. Obecnie bloger staje się ekspertem, doradcą, trenerem na podstawie nie swoich kwalifikacji, ale tego, że prowadzi w sieci bloga. Doradza podczas spotkań. To tak jak z lekarzem - jedni pójdą do doktora, a drudzy do znachora. Obaj będą próbowali leczyć. Może uda się obu, ale pewność jest tylko co do jednego. Nawet jeśli blogerzy doradzają w sprawie z pozoru tak nieistotnej i hobbystycznej, jak media, wchodzą w buty medioznawców. Stają się specjalistami w wielu dziedzinach. I to często niezwykle rozbieżnych, nie pokrywających się.

Przeraża mnie od jakiegoś czasu jakość wpisów i tematów (u niektórych, rzecz jasna). Blogosfera wynikła z pamiętnikarstwa, później nastąpiła profesjonalizacja, powstawały segmenty tematyczne, każdy piszący miał swoją ,,działkę". Coraz widoczniejszy jest jednak powrót do tzw. źródeł, czyli powrót do samouwielbienia własnej osoby i bycia nie autorem tekstów (nawet jeśli reprezentowały coś na pograniczu felietonu a artykułu publicystycznego z elementami prozy fabularnej/literackiej) jak dotychczas, a celebrytą.

Kreacja. Jest częścią codziennego życia, elementem wizerunku celebrytów, blogerów też. Przeraża mnie jednak ta ,,stylówa", to nadmierne robienie przez siebie gwiazdy sieci. Bloger musi zdradzać trochę siebie i prywatności (temu służy mu Instagram, budowaniu społeczności być może Facebook, a komentarze zamieszczać może na Twitterze). Chcesz zaistnieć w sieci, nie możesz być anonimowy. To rozumiem - chcesz popularności, poświęć trochę prywatności. Tylko że naginanie swojej osoby pod wpływem współpracy, jest niespójne. Jednego dnia taki autor staje się manekinem marki, drugiego dnia już ekspertem, który doradza. A za tydzień wyjeżdża na konferencję medialną. Nie wyobrażam sobie, żeby w moim procesie edukacyjnym pojawiały się osoby, które w dzień uczą w szkole, a wieczorem sprzedają chałwę lub obwarzanki przy cmentarzu. Jest coś takiego jak szacunek własnej branży. Albo więc ktoś chce w sieci uczyć i pomagać, albo być słupem reklamowym. Tak widzę tych wielkich.

Prawdziwe życie blogowe obecnie toczy się w tzw. podziemiu blogowym, czyli na obrzeżach. Nawet jeśli ich styl pisania jest czasem słabszy jakościowo, to jednak szczery. Gdy czytam ich recenzje (często robię właśnie to, bo ciągnie mnie do moich własnych blogowych korzeni), widzę często to, co mogłoby być lepiej zrobione (nie jako specjalista lub znawca, ale obserwator; inna kwestia, że autor zawsze jest subiektywny i robi coś tak, jak w danym momencie potrafi). Tylko że od ,,profeski" są specjaliści, bloger nie musi być absolwentem kulturoznawstwa, by opisywać film. Ale jeśli jest, to jest wtedy blogerem-specjalistą. W blogosferze niszowej widzę autentyzm i szczerość, prawdziwość, prawdziwe dyskusje w komentarzach (czyli spieranie się o treść, a nie selekcję odpowiedzi). Jest wiele blogów niszowych i niespecjalnie cennych merytorycznie. Jednak te wartościowe są odtrutką na tzw. wielką blogosferę komercyjną.

Tego typu wpisy prawie zawsze przynoszą hejt tzw. oburzonych. Wykluczają też autora z jakiegoś ogólnego grona, uznają go za zdrajcę. Bo jak to? Bloger i tak może na blogerów? Na nikogo nie wjeżdżam, nie podaję nazwisk. Z wyjątkami. Ale stając się osobą publiczną i celebrytą, trzeba liczyć się z krytyką, więc tych kilku musi z tym pogodzić się. 

THORN. Wiele hałasu o coś.

Zabieranie głosu w sprawie najnowszej książki Jasona Hunta (dawniej: Kominka) bez uprzedniego jej przeczytania, nie wydaje się profesjonalne. Tyle że tu nie o książce, a o burzy wokół niej (czyli w oparciu o to, co się wyczytało).  Zapowiedzi THORN-a śledziłem, czytając je sądziłem, że wielką literaturą to ,,dzieło" nie jest. Średnią też nie. Dlaczego? Bo taki miks gatunkowy prawie zawsze mówi o tym, że jeśli tworzy się taką polifonię tematyczno-gatunkową, to w rzeczywistości tworzy się tandetę. Pierwsze recenzje (nie przyjaciół Kominka) tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły (podkreślam: w przekonaniu, które wcale nie musi być zgodne z prawdą).

Jason to bloger średni (prawie zawsze w opozycji do głównego nurtu medialnego, nawet jeśli miałby to czynić na siłę, gardzący mediami tradycyjnymi i zamykający się na krytykę pod groźbą zbanowania; nie zgadzasz się z nim, albo nic nie pisz, albo wylatujesz z grona wzajemnej adoracji; jeśli wylatujesz - nie jesteś trendy, nie należysz do ,,ekskluzywnego" grona). Średni, ale jednak świadomy trendów, potrafiący zbudować społeczność. Jest też przekonujący, choć przewidywalny. Gdy zapowiedział na swoim blogu, że zmienia linię programową swoich treści, napisałem komentarz pod jakimś artykułem (to, że dziennikarze zajmują się Kominkiem, to już inna kwestia. Powiedzmy, że dyskusyjna), w którym napisałem, że blogosfera obecnie jest w sporej części lifestylowa, a sama kategoria to obecnie słowo-worek, w którym jest wszystko. Nie dziwne więc, że Kominek się od tego odcina. Dostałem od niego plusa, za kilka tygodni w swoim przełomowym, bo ,,programowym" wpisie, poniekąd to potwierdził. W książce Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj również wiele zdradził o swoim warsztacie. Nie stracił przez to czytelników.

Głośno o premierze THORN-a  zrobiło się za sprawą pierwszych recenzji, które stworzyli przyjaciele/znajomi Jasona Hunta. Jeden z tych blogerów, kojarzony z treściami pisanymi w sposób luźny (ale z wizerunkiem tzw. eksperta) myślał, że faktycznie napisał recenzję. Była to jednak wielka pieśń pochwalna, spory bełkot, który, gdyby nie jego profesja, trafiłby być może na fanpage Cała Polska Czyta Dziennikarzom. Drugi bloger, którego czytałem, być może celowo przedobrzył, by go cytowano. Najbardziej szkoda mi tego pierwszego, bo go lubię. I wydaje mi się, że nie do końca świadomie dał się w coś takiego wplątać, demaskując się po części, a po części pokazując, jak daleko znajduje się od bycia blogerem na rzecz bycia blogerem-celebrytą. Naprawdę mi go szkoda, i to nie ironia. Największym wygranym tego zamieszania był oczywiście sam autor THORN-a (szczególnie, gdy eksperci mediów tacy jak np. Mikołaj Nowak przypatrywali się zjawisku).

Część czytelników Kominka/Jasona Hunta to blogerzy, którzy posłusznie mu przytakują, zgadzają się, podlizują w nadziei, że na nich spojrzy.  Czy ktoś tego chce, czy nie, to właśnie on zapoczątkował w Polsce na tak szeroką skalę blogosferę komercyjną, jest też jej twarzą (ale nie lifestylu, co podaje, bo lifestyle to tak naprawdę każdy blog, nawet pamiętnikowo-wizerunkowy, tyle że wcześniej nie zamknięty w żadnych ramach). Jason Hunt też podpowiada firmom (jak sam stwierdza) podczas przygotowywania kampanii marketingowych, wskazuje blogerów, z którymi firmy mogą współpracować. Zajść Kominkowi za skórę to dożywotnie wykluczenie. Wykluczenie to, to zamknięcie sobie drogi do zarabiania i współpracowania. To dlatego każdy bloger, który chce na pasji zarobić, albo przemilczy pewne fakty, albo będzie się podlizywał (dodatkowo komentował jak oszalały,  żeby tylko jego nazwisko i link były widoczne; odmienna kwestia dotyczy wskazania swojego bloga na blogu jednego z najlepiej rozpoznawalnych twórców sieci w Polsce, choć to kolejne słowo podobne do tych, które wprowadza sam Kominek do sieci, a ludzie potem je bezkrytycznie powtarzają, jak ten zwrot: ,,król blogosfery"). Jason Hunt tworzy też co roku rankingi blogowe (o których już, litości!, piszą media branżowe dla dziennikarzy). 

Przeciwnicy

Sprzeciw więc wobec Kominka to zamknięcie drzwi do Eldorado współprac i radość jedynie z bartelu (czyli tzw. #DarówLosu od firm w zamian za komentarz). Kominek potrafi pisać, gdyby tego nie umiał, nikt by go nie czytał (nawet żeby nie wiem jak wpływowy był). Czytałem jedną z jego książek. Faktycznie przez chwilę mnie omotała. Sporo było w niej rzeczy trafnych, wiele oczywistości, a także przeciętności.

Krytykują go ci, do których nie zwraca się. Krytycy literaccy nie opisują np. powieści obyczajowych dla kobiet D.Stelle, co nie znaczy, że nikt ich nie czyta i nie potrzebuje. Sam żadnej nie przeczytałem, ale wielokrotnie kupowałem na prezent i okazywały się upragnione i wyczekiwane. Blogerzy-recenzenci Kominka nie są profesjonalistami, ich recenzja może być bełkotem i nawet spodoba się uwielbiającym twórcę czytelnikom (sprawdziłem kilka dni temu komentarze pod jednym z tych tekstów. Uwielbienie i tylko jeden krytyk). Czytelnicy nowej powieści Jasona Hunta przeczytają ją i będą pod wrażeniem (udawanym lub nie). Ohasztagują (tak jak poprzednią publikację) na Instagramie i FB, Kominek z tych fotek zrobi kolaż i umieści na stronie, a fani będą się z tej obecności cieszyć jak z szóstki w totka. 

A może zwyczajnie potrzebują takich książek? Nie wpychajmy wszystkim Tołstoja, Dantego, Byrona i Balzaka. Czepliwi są dziennikarze, ludzie mediów i znawcy sieci. To profesjonaliści. Tyle że nie oni są grupą docelową wywodów Kominka. Krytycy literaccy nie recenzują obyczajówek bo ta ocena byłaby w ich mniemaniu niska. Może pora i od Kominka odpocząć? Robi mu się darmową reklamę, a niezdecydowani choćby z ciekawości dzięki temu kupią THORN-a. Skoro nie warto czytać to i nie warto kupować. Mnie Kominek drażni. Kiedyś postanowiłem do niego czasem zerkać badawczo z racji kierunku studiów i zainteresowania mediami. Nauczył mnie jednego: innego - przeciwnego patrzenia na wydarzenia obecne w mediach głównego nurtu. Czasem jednak ten ,,odmienny" głos był aż nazbyt naciągany. Tylko że tu już nasuwa się rola mózgu w interpretowaniu rzeczywistości.

Cała ta akcja z THORN-em pokazała, jak podzielona jest blogosfera. Wskazała też na to, jak różne interesy dzielą ludzi, którzy powinni robić coś w opozycji do głównym mediów, niekoniecznie w głównym nurcie. Obecnie bloger kojarzy się z nietanią reklamą marki. Jest też często tożsama z wizerunkiem osoby próżnej. Ile pracy kosztuje prowadzenie bloga komercyjnego, wie sam jego autor. To zapewne dziesiątki godzin chodzenia z ,,nabitą" głową. Nie oszukujmy się - bycie adminem bloga to jak bycie naczelnym w medium tradycyjnym. Albo czasem  i gorzej, bo wszystko spada na twórcę. Chyba właśnie chodzi tu o wizerunek. To w nim ten problem. Blogerzy jedną nogą chcą być profesjonalistami, zająć miejsca specjalistów. Z drugiej jednak strony nie potrafią w garnitury tych znawców wejść (może to i dobrze?), uciekając w tematy banalne, z pozoru lekkie aż nazbyt. To takie lekkie rozdwojenie jaźni. W psychologii nie do końca chyba bezpieczne. W blogosferze często chyba na porządku dziennym.




To raczej niszowy głos. Ale uświadomienie sobie tego wszystkiego oczyściło mnie. Było jak ciepły deszcz po letniej burzy. 



SeeBloggers

Po więcej zajrzyj na Anth.pl: wartość mierzona w lajkach. http://wp.me/p3TkV3-gt
SeeBloggers

Po więcej zajrzyj na Anth.pl: wartość mierzona w lajkach. http://wp.me/p3TkV3-gt


 


Wszystkie wykorzystane w artykule zdjęcia podlegają darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcia na licencji CC pobrano z:   http://www.publicdomainpictures.net - See more at: http://siemowi.blogspot.com/2014/07/co-o-by-sie-stao-gdyby-zamiast-pikarzy.html#sthash.2VOocyaJ.dpu

-----------



Wykorzystane w tekście zdjęcie  podlega darmowej i legalnej licencji CC (Creative Commons) pozwalającej na dowolny użytek i rozpowszechnianie w sieci oddanych do tego użytku materiałów; Zdjęcie na licencji CC pobrano z:   http://www.gratisography.com


Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze