W starym swetrze też możesz być męski i elegancki. Recenzja: Twardoch i Bociąga - Sztuka życia dla mężczyzn

października 26, 2015




Miało być przydatne kompendium, do którego zaglądałbym w razie potrzeby. Zirytował mnie tylko. I to ktoś taki jak Twardoch. 


A właściwie to jego książką Sztuka życia dla mężczyzn, w której głos zabiera też Przemysław Bociąga. Liczyłem na dystyngowaną książkę napisaną przez dwóch dżentelmenów, a dostałem uwielbienia portret własny, napisany też nie najlepiej.


Podczas lektury zastanawiałem się, czy to kpina z tego typu książek i by nie brać tego wywodu na poważnie. Niestety, to było na serio. Autorzy starają się. O poczuciu ich ,,humoru'' później. Już na początku mówią, że to nie poradnik (uff...ulżyło). I że ludzie czytają poradniki, ale na darmo, bo ci sami ludzie zmienić i odmienić się nie potrafią. A jeśli to zrobią, to oszukują siebie. I jeśli nadal w to wierzą, obstając przy tej tezie, to na próżno: jeśli byli beznadziejni, to tacy będą, bo wnętrza nie zmienisz.



Na każdym kroku autorzy powiedzą ci, jak to jest źle, wyśmieją wszystkich i wszystko, między wersami oczywiście nie krytykując siebie. By podkreślić swą męskość, trochę poużywają języka (tego wulgarnego rzecz jasna, bo jak wiadomo, to takie męskie). Mają też problemy z seksualnością, bo słowo ,,porno" i jeszcze kilka związanych z prostytucją i cielesnością, pojawi się (i to nie w kontekście edukacyjnym). Bo w ogóle, wierząc autorom, wyniesienie się przed płeć im przeciwną, jest męskie.



Rozumiem konwencję: miało być śmiesznie, czasem z przymrużeniem oka. Może lekko satyrycznie? Taki zdystansowany ogląd świata i po prostu rozrywka, zamiast udzielania rad? Mrugnięcie okiem do czytelnika? Pewnie tak – pewnie taki był właśnie zamiar. Choć z biegiem książki kilka razy zdarzyło mi się uśmiechnąć. Kilka razy, dosłownie. Jakieś to wszystko mało śmieszne, wymuszone. Jak to się mówi w Internecie: tak suche, że aż trzeba popić. Bo rozśmieszyć łatwo nie jest, to trzeba umieć. Czytałem z zainteresowaniem to, co dalej, choć przyznam, że liczyłem strony. Na szczęście czyta się szybko. Ta książka jest jak podróż czołgiem: niby jesteś ciekawy, co będzie za rogiem, ale szybko się nudzisz i męczysz, bo ciągle coś skrzypi i trzeszczy. I nie ma postoju, a tobie już się chce na stację benzynową, bo po drodze wypiłeś za dużo coli.



W środku między innymi o typach mężczyzn, pract biurowej, wyglądzie CV i nie zaczynaniu w korespondencji od słowa "witam". Jest tu kilka oczywistości (szczególnie te dwie ostatnie rzeczy; na to pierwsze odpowiedzi udzieli Ci Internet, na drugie też, ale odpal sobie na YouTube profesora Bralczyka i też ci powie – będzie szybciej i bez pośrednictwa tego ,,poradnika"). A co jeszcze? Kilka rzeczy odzieżowych. To, że koszula z krótkim rękawem to raczej opcja weekendowa i mniej oficjalna – też wiedziałem (jak i kilka innych rzeczy). Tylko że nie potrafiłbym drugiemu człowiekowi zwrócić uwagi w taki sposób, jak autorzy. Ale oni potrafili. A więc? Jeśli założysz takową, to jesteś, jak mówią pisarze, ,,biedny". Ale możesz pracować na kolei albo sprzedawać fastfood. Nie wiem dlaczego, ale jeśli parasz się tymi dwiema rzeczami, to z automatu jesteś chyba gorszy. Ale i tym się nie martw – gorszy jesteś tylko dla kilkunastu snobów. Dla całej reszty jesteś spoko. Serio. Koszula z krótkim to nie wszystko. Jest jeszcze wiele innych momentów w tej książce, po której można poczuć się zerem i dnem, jeśli nie jest się marionetką mody, drogich win, drogich kolacji i w ogóle całej masy pozerstwa i udawania, grania pod publiczkę. Ubiór i odpowiedni dress code są istotne. Wygląd i pierwsze wrażenie to często połowa sukcesu. Rodzaje marynarek, dopasowane buty i spodnie, savoir-vivre - rzeczy ważne, nawet bardzo. Dobrze nimi zainteresować się, wykorzystać w sytuacjach oficjalnych. Tylko że to są rzeczy wrażliwe, raczej nieprofesjonalne jest gardzenie drugim człowiekiem przy uczeniu go tych rzeczy. Chyba że ktoś lubi takie emocjonalne sado maso na papierze. Wtedy może posłuchać rady dwóch domorosłych mentorów (którzy, żeby być uczciwym, wiedzę mają i to ogromną; może tylko talentu pedagogicznego im zabrakło, bo za bardzo napatrzyli się na swoją własną doskonałość). Jest dobrze, dopóki śpi się w marynarce, nie chodzi w sandałach i w spodniach z krótkimi nogawkami. Strasznie ograniczona to wizja świata i sposobu na życie.



Dlaczego kupiłem? Ciekawość. Tyle. Chciałem sprawdzić, co ciekawego można w tej kwestii dowiedzieć się, chciałem też mieć pod ręką w jednym miejscu takie kompendium rzeczy niezbędnych w efektywnej prezentacji siebie, bo interesuję się komunikacją niewerbalną.



Morał: graj, wyucz się kilku złotych rad, zamknij się w swym bufoństwie, i pozbądź siebie, swej spontaniczności itd. Bo są tu dwaj panowie, którzy jakby przez całą książkę opowiadali o tych cechach, które sami posiadają. Czuć że to książka, która ma wybudować im już za życia pomnik swej doskonałości, pokazać ich zalety.



Jeśli podejdzie się do tego z dystansem, weźmie pod uwagę fakt, że to czasem ironia, trochę to prześmiewcze, taka gra z konwencją – to ok. Tylko nadęcie – dużo nadęcia - co rusz każe te wywody traktować poważnie. Możesz czytelniku wpaść w kompleksy. Czasem wiedza, owszem, jest praktyczna. Jeśli by wyciągnąć tę, książka miałaby ok. 60 stron zamiast ponad 300, byłaby przydatna. W tej formie jest po prostu straszna.



Fakt, przygotowali się. Wiedza, którą posiadają, jest imponująca. Można mieć wrażenie, że faktycznie znają się na wielu różnych kwestiach: moda, kulinaria, podróże. Uczciwość nakazuje przyznać to.



Czasem ta szczerość i lekki cynizm coś podsuną do refleksji. Ciekawiej by było, gdyby nie ta zbytnia pewność autorów, nieudolna próba stworzenia parodii lub czegoś na poważnie (nie udało się ani to, ani to, choć poradnikiem ta książka nie miała być, co autorzy zastrzegli już na początku). Nie podoba mi się sposób napisania i kreacja autorów. Doceniam przygotowanie oraz kilka rad praktycznych, które są faktycznie przydatne (lub mogą być). Tych ostatnich co prawda jest niewiele, ale jednak. Różność tematów również. Chyba miało być o wszystkim i prawie jest. Różny styl tych różności, ale to pewien skrót.



Po lekturze chciałbym powiedzieć: Twardoch jest pisarzem uznanym przez krytyków i czytelników, wraz z kolegą stworzył książkę nie na poważnie, taką parodię literatury poradnikowej. Chciałbym po lekturze powiedzieć, że dałem w to wszystko wrobić i uwierzyłem w ,,poważność" tej książki, a tymczasem okazała się być nie-poradnikiem celowo przerysowanym, ukazanym w krzywym zwierciadle. Chciałbym tak powiedzieć. A wtedy musiałbym dodać: ,,dałem się oszukać i wciągnąć w sedno tej rozgrywki, ale miałem przy tym dobrą zabawę".



Męczyła mnie ta książka. Czyta się ją szybko, nawet bardzo. Jest dynamiczna, ale w gruncie rzeczy męcząca. Wszystkie te wady: seksizm, wynoszenie się ponad, krytyka w zasadzie wszystkiego, ta sztuczna ,,męskość" – to wszystko. Jeśli książka byłaby parodią tradycyjnych poradników, można to było jeszcze odwołać, wycofać się, powiedzieć czytelnikowi: ,,mam cię, to było na niby". Na końcu jest esej o... o wierności małżeńskiej. Dobra to, choć też nie napisana najwyższych lotów stylem, choć częściowa rekompensata. Nie, ani słowa tam o tym, że ten poradnik był tylko zabawą z konwencją literacką. A skoro jest na poważnie, to przykro mi, ale chyba coś nie wyszło. Czasem tak bywa, sorry. 

-------
W tekście użyto fragment okładki książki pochodzy ze strony wydawcy.

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze