Przemija postać tego świata. Czy da się cokolwiek tu jeszcze zmienić?

lipca 28, 2016




Przemija postać tego świata. I możemy zrobić wiele lub też nie. Ważne jest to, ile, czy też to, że w ogóle cokolwiek? Może życia to nikomu nie zwróci, ale być może da dodatkowe dwa dni?

Pisząc niedawno tekst o fenomenie pewnej gry zadałem sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego media oszalały na punkcie Pokemonów, gdy tymczasem jeszcze niedawno przy czytaniu dziennika trafiłem na poważne tematy: rozszerzenie konfliktu Izrael-Palestyna przenosząc się także do sieci, samobójstwo policjanta (i mobbing wśród mundurowych), łamanie prawa i lekceważenie obywateli. Ważne problemy i te pozorne konflikty. Póki nic nam nie grozi, możemy sobie tłumaczyć, że rozrywka jest ważna, że nie można wiecznie poważnie. Że można oszaleć będąc ciągle ,,na serio".

Faktycznie można oszaleć.

Świat to tykająca bomba, mnóstwo konfliktów po zakończeniu II wojny światowej. Prawie wszystkie z tych samych pobudek: pieniądze, władza, terytorium, wpływy. Zawsze chodzi o to, że to jest moja racja. I tylko ona się liczy, bo jest prawdziwa, bo jest moja...

Właśnie na naszych oczach przemija postać tego świata - tego, który jeszcze niedawno znaliśmy. Wystarczy skupić się na tym, co jeszcze przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc, rok lub dwa temu mówiono w telewizji, o czym pisano. Ciągle śmierć.

Do problemów naszego - Pierwszego Świata - należy to, że popsuł się smartfon, a naprawa będzie droga. Do problemów Trzeciego Świata należy to, że dziecko w Afryce umiera, bo brakuje jednej złotówki lub dwóch (!) na ratującą je szczepionkę. Robi się smutno. Przychodzi do głowy myśl: co zrobić?

Czy skrytykować i wyraźnie odrzucić tematy zastępcze (np. w kinie, gdy jeśli sytuacja na świecie jest zapalna, pokazuje się masę science fiction i fantasy, które choć zawierają w swoich cechach gatunkowych ukryte przesłania i komentarze polityczno-społeczne do wydarzeń realnych, są próbą ucieczki; mówię to jako wierny miłośnik światów wykreowanych). Czy odrzucić głupie sitcomy i paradokumenty? Czy to jednak komuś zwróci życie? Czy więc tylko ciągle skupiać się na tym, co złe i traumatyczne? Czy być ciągle poważnym? Zero rozrywki i Rota jako dzwonek telefonu? Choć rozrywka i luz pozwalają nie zgłupieć, to jednak dominują. Ciągłe trwanie w tym, co negatywne może spowodować, że przestaniemy zauważać radość, nawet tę chwilową, krótką. Grozi nam zgorzknienie.

Czy musimy chcieć i wymagać, by oglądalność tandety spadła, gdy TVP organizuje casting do programu o pieczeniu, a TVN program o ,,ślubach w ciemno"? Czy pójdą na to wszyscy? Czy czas antenowy zapełni się nagle i cudownie czymś wartościowym (co, mówiąc na marginesie, już jest, choć w niewielkim stopniu)?

Nie wiem.

Przemija postać tego świata, a my możemy zrobić niewiele.

Co zrobić? Czy potrzebna jest świadomości zmian, realnego zaangażowania? Kilka miesięcy temu znany dziennikarz Szymon Hołownia w swojej najnowszej książce 36 i 6 sposobów na to jak uniknąć życiowej gorączki (choć książka ma formę katechizmową, chcę w tym miejscu odłożyć na bok treści religijne i skupić się tylko na tych humanistycznych, uniwersalnych, pomocowych) na końcu podpowiada, jak choć trochę ten świat zmienić: być bardziej eko (dbając o planetę), patrzeć na metki (czy nie wspieramy wyzysku), nie ulegać lobby koncernów, dbać o ubogich, dzielić się. Jednym słowem: być bardziej świadomym swojego życia i tego, czy nawet nieświadomie nie przyczyniamy się do wyzysku i pogarszania sytuacji innych ludzi.

Czy to coś zmieni? Może wiele, bo życie jednego lub dwóch ludzi. Nie wiem. Widząc dramatyczne zdjęcia zwierząt i ludzi unikałem przez pewien czas produktów, w składzie których był olej palmowy (to głębszy problem, wycina się lasy tropikalne, a wspomniany olej jest tanim zamiennikiem droższych tłuszczów), łatwiej było zrezygnować z kupna czegoś, niż znaleźć zamiennik - to było palmowy był prawie we wszystkim. Miałem poczucie, że jestem w absolutnej mniejszości. 

Świat się może zmienić, a może też nie stać się nic (a nawet jeśli coś zadziała, to pewnie i tak nie dowiesz się tego; nie tak szybko, nie teraz).

Tu nie chodzi o utopię. Bunt tzw. wyborczy jakoś nam nie wychodzi (kilka różnych partii już było u władzy, opcje światopoglądowe też różne i ciągle jest podobnie, ale lepiej póki co się nie da). Jesteśmy odporni na te slogany ale i tak kupujemy w ciemno brednie.

Nie chodzi o utopię. Więc o co?

Przemija ten świat. Jest za to silne zło. Człowiek chce coś zrobić, zatrzymać, ale nie potrafi. Nie ma tej realnej mocy sprawczej. Być dla siebie wzajemnie, choć na małą skalę, dobrym? To cenne, ale brzmi jak truizm, jak oczywista oczywistość, jak sentencja Coelho. Żyjemy w dziwnych czasach, gdy do odpoczynku potrzebujemy coacha, do ćwiczeń trenera osobistego, do uporządkowania życia teorii o tzw. ,,slow life", a do prostych prawd życiowych pisarza powieści dla młodzieży. 

Choć to oczywistość, chodzi o to, by być dobrym w skali mikro.  Pomagać na ulicy, dawać swój czas, być świadomym historii bo ona nie pozwala popełniać błędów. 

Ładnie brzmi. Nie zatrzyma to dżihadystów i innych radykalistów. Tylko skoro państwa i ich armie nie potrafią, to my tym bardziej. A skoro za wiele nie możemy zrobić, to czy być biernym, czy też choć trochę ten świat ulepszyć? Tylko wokół siebie. Podoba mi się to, co pokazano w świetnym filmie Podaj dalej. Takie oddolne, spontaniczne bycie miłym dla 3-4 osób, które to przekażą kolejnym trzem, a te kolejnym; powstaje cała sieć powiązań.

Im więcej widziało się w życiu, tym jest się mniej radykalnym. Bo widzi się, że świat jest złożony a nie prosty i zero-jedynkowy. Najgłośniejsi są ci, którzy najmniej widzieli (albo wcale): głodu, śmierci, poniżenia człowieka. Najgłośniej krzyczą ci, których życie najmniej doświadczyło (i przy okazji pozbawiło pokory). I wypowiadają się donośnie w imieniu tych, którzy nie mają siły krzyczeć, których głos jest niesłyszalny. 

Wzbudza to obrzydzenie, ale z drugiej strony na każdym kroku uczy, że skoro nic się z tym nie da zrobić, to lepiej odpuścić, przyzwyczaić się, że ten świat jest często brudny. I ten brud rutynowo mijać. Ale gdy ktoś stanie obok i zacznie te plamy czyścić choćby szczoteczką do zębów, da sygnał i ruszą się inni.

Pokój jest naszym obowiązkiem. Raczej musimy być razem niż osobno. Nie odwracać się plecami do sojuszników i innych, którzy mają ten sam problem. Jesteśmy coraz bardziej indywidualistami. Szkoła nam się kazała ścigać i konkurować o oceny. Każdy system, który jest zbiorem norm sztywnych i bezwzględnych, odczłowiecza. Na broni się zarabia. Czyli na konflikcie. Nie dam sobie reki uciąć, że to co się dzieje wokół, to nie jest gra, taki spektakl kilku osób, którym wygodnie jest na to wszystko patrzeć. Nie dam sobie ręki uciąć. I niezbyt wierzę w teorie spiskowe. Ale...

Przemija postać tego świata. I możemy zrobić wiele lub też niewiele. Ważne jest to, ile, czy też to, że w ogóle cokolwiek? Może życia to nikomu nie zwróci, ale może da dodatkowe dwa dni? Albo chociaż poczucie godności. Wojny nie wygrasz, zamachu nie powstrzymasz. Ale może ktoś nie zamachnie się na własne życie (bo dostaje jedną monetę a nie dwie za niewolniczą pracę i nie utrzyma rodziny) albo ktoś wygra wojnę wewnętrzną (bo ktoś w nim dostrzeże człowieka).


Kiedyś myślałem, że to co człowiek ma najwartościowszego, to wspomnienia. Zobaczysz, przeżyjesz - nikt ci tego nie zabierze (chyba że zdrowie się pogorszy i pojawią się problemy z pamięcią).  Ale to nie one tu są ważne. Najcenniejsza jest godność. I to, o czym pisał Hemingway: człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. Poczucie posiadania godności, wewnętrznej niezniszczalności, potrafi pomóc wytrwać.



Zobacz także: wpis o tym, jak tolerować innych i ich akceptować


*




Zdjęcie pobrałem na wolnej licencji CC0 ze strony www.pexels.com 

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze