Rozbić to przeklęte lustro. Nienawiść, niechęć i próba zniszczenia... siebie

listopada 28, 2016



Nie możesz już patrzeć na tę sponiewieraną przez ból twarz. Świat mówi: ,,jest z tobą ok", ty mu pokazujesz manifestacyjnie środkowy palec prawej dłoni. Wiesz co? Prawdopodobnie jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.


Prawdopodobnie, bo ileś tam procent ludzi (jakieś naście lub kilkadziesiąt) nie ma tego szczęścia co ty. Tak, jesteś farciarzem. Serio.

Problem z tego typu wpisem polega na tym, że nie znam każdego indywidualnego przypadku. A tu właśnie chodzi o to. Odniosę się więc do sytuacji najpowszechniejszej, nie zapominając jednocześnie o tym, że istnieją wyjątki. Prawdopodobnie jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Tak, wiem - musiałbym poznać wszystkich na świecie, a potem znaleźć tę osobę ,,naj". To okropna kalka językowa. Ale używam jej z premedytacją. Dlaczego? Bo prawdopodobnie naprawdę jesteś najszczęśliwszą osobą, jaką znasz. Bo zawsze obok ciebie jest choć jedna osoba, dla której coś znaczysz, albo która cię akceptuje. 

Nadal cię to być może nie przekonuje. Wiesz dlaczego? Bo to jest dziwny świat. A ludzie są dlatego tacy fajni, bo też są czasem dziwni i skomplikowani. I właśnie to jeden z tych objawów. Często wmawiamy sobie, że jest źle. Widzimy swoje życie w ciemniejszych barwach. Widzimy te odcienie szarości i czerń, by móc się użalać nad sobą, współczuć sobie, oczekiwać tego samego od innych - tego, że będą nad nami lamentować, głaskać po dłoniach i policzkach. I pocieszać. To przyjemne. Taki mechanizm traktowania siebie jak ofiary. Jeśli to choroba, zaburzenie, depresja, niemoc niezależna od nas - to jest tu wielki problem i sytuacja niezwykle złożona, bez pomocy profesjonalisty się nie obejdzie. A jeśli to wymysł podświadomości? Jeśli to celowa ucieczka przed światem w problemy?

Łatwiej, niestety, ulec tym negatywnym myślom mówiącym, że jest źle - że twoje życie nie ma sensu, że nic ci się w życiu nie udało i nie uda, że nie wyglądasz jak inni, że nikt cię nie akceptuje. Jeśli jest w życiu dobrze, to trzeba o to dbać, pracować nad tym. Łatwiej się poddać i to usprawiedliwiać, zganiać winę na kogoś.

Sporo tych rzeczy może się brać z kompleksów. Sporo z rzeczy, które generuje twój umysł: mówi ci, że czegoś nie potrafisz, że wyróżniasz się, że fizycznie nie wyglądasz jak inni. Pojawia się niemoc, bo i nie jest to w pełni zależne od ciebie. Nie na wszystko masz wpływ. Możesz siebie obwiniać, nienawidzić, złorzeczyć i okładać pięściami lustro, ale i tak to nic nie da. Przypakujesz na siłowni, założysz modną bluzę, pójdziesz do fryzjera, schudniesz, ale to nadal będziesz ty.

Zamykasz się we własnym świecie. Dla innych w ogóle to jakieś brednie. Lubią cię, szanują, kochają, nie zwracają uwagi. Jedynym wrogiem, którego wówczas masz, jesteś ty. Jesteś wrogiem sam dla siebie, czujesz to? Wokół spokój, cisza, radość i pokój, a w natarciu z wojskami przeciw tobie pędzi twój wróg - ty!

* Dobrze, że jesteśmy razem

Dobrze, że jesteś. Wiesz? Serio. Dobrze, że jesteś. Ty już wiesz. 

Potrzeba, żeby powiedzieć to choć kilku osobom dziennie. Bo choć często działa na krótko, to jednak działa. Zawsze można jeszcze przypomnieć. Ale bardzo często już jedno wypowiedzenie pomaga. Dlaczego? 

Bo, choć zabrzmi to naiwnie i absurdalnie, ludzie czasem nie wiedzą, że dla kogoś coś znaczą, że są potrzebni, że ich praca jest komuś potrzebna. Wstają rano, unikają spojrzenia w lustro, albo robią to rutynowo i celowo bez zastanowienia podczas np. mycia zębów, później wchodzą w dzień tak, aby ,,doczołgać" ten dzień do końca i zasnąć. Męczy ich własne życie.

Może czasem wiedzą, że robią coś wartościowego, że realnie komuś pomagają. Ale nie wiedzą tego od innych.

Ludzie czasem nie wiedzą, że ich akceptujesz. Nie, że tolerujesz, ale że akceptujesz - traktujesz po bratersku, lubisz z nimi przebywać, że ich towarzystwo jest fajne bo oni są super. Często domyślają się, ale nie mają pewności, nie mają tej odpowiedzi zwrotnej. Czasem też sami siebie nakręcają: inni ich akceptują, ale oni nie wierzą, chcą się dołować, chcą widzieć w sobie kompleksy.

Potrzebują, by się do nich uśmiechnąć, podać dłoń. Tak na zaś, na w razie czego, gdyby jednak coś było na rzeczy. Jeśli trafisz na człowieka, który sobą gardzi, nie akceptuje, nienawidzi, robisz dla niego wiele - pokazujesz mu, że jest ważny, że go zauważasz, że coś znaczy. Serio.

Gdy byłem młodszy, wkurzało mnie, że ludzie są tacy smutni, że w przestrzeni publicznej mało się uśmiechają. Choć problemy były i wokół mnie, choć wiedziałem, że ten świat to nie sielanka a życie czasami tak zwyczajnie i po ludzku ,,boli", nie rozumiałem jak można się nie śmiać, nie uśmiechać. Z biegiem lat zrozumiałem. A może uległem także jakiemuś wymyślonemu wytłumaczeniu tej sytuacji? Pomyślałem sobie nawet: ,,byłeś młodszy, tamto myślenie było naiwne". Dlaczego uznać takie podejście złym tylko dlatego, że głos zabiera ktoś młodszy - ten stan sprzed lat, jak najbardziej bliski życiu, bo jeszcze nieskażony przez świat? Walczymy z infantylizmem, ale jednocześnie szukamy dziecięcej wrażliwości.

Uśmiech czasem nie jest prosty, nie zawsze mamy na niego siłę. Ale chyba jest tu potrzebna szczerość i bycie autentycznym, nawet jeśli nie zanosi się na radość. Nawet jeśli boli cię tak bardzo, że nie masz siły na ten gest, spróbuj znaleźć taki wewnętrzny spokój na zasadzie: ,,ok, robię swoje i zobaczymy co będzie. Spróbuję być dobry i tyle". Często ten autentyzm wydaje dobre owoce, on pokaże to, co jest w tobie najlepszego. On doprowadzi do tego, że inni będą cię traktować jako osobę ciepłą, choć nie będziesz śmiać się na każdym kroku.

Znam ludzi na tyle by widzieć, że potrafią skutecznie udawać, że potrafią zaśmiewać kompleksy które autentycznie ich bolą, z którymi się męczą. Wydaje mi się, że każdy z nas ma taki punkt w sobie, który go mega boli, dołuje, zmusza do przygnębienia.

Wokół są ludzie, którzy denerwują, irytują, są męczący. To nie jest ich wina - tacy są. Każdy jest inny, bardzo więc prawdopodobne, że będą i tacy, których nie darzysz zbytnim uczuciem. Tylko że nawet oni mają swoje ,,grono" ludzi, dla których coś znaczą, którzy ich akceptują, lubią lub kochają.

Każdy z nas ma takie grono wokół siebie, które go akceptuje. Nie znam człowieka, którego opuściliby absolutnie wszyscy - nawet jeśli z rodziną jest coś nie tak, to masz znajomych, kolegów, przyjaciół. Zawsze ktoś, choćby i obcy, jak kasjerka lub listonosz. 

Jesteś jaki jesteś, i dlatego jesteś cenny (łooj, jaki Coelho). Ale to prawda.


A jeśli okaże się, że jest dobrze, że świat i ludzie mają sens, a nasza wizja marności była marą? Coś pęka, bo prawda była łaskawsza. Wzruszasz się, bo nagle się okazuje, że nie byłeś i że nie jesteś sam. Coś w tobie pęka. Generalnie: jest dobrze.


----
zdjęcie na licencji CC0 pobrałem z www.pexels.com

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze