Zabawa z wrogiem. Recenzja: Ch.Williams - Wojna w niebie

listopada 02, 2016




Gdyby kilku szaleńców, przy pomocy czarnej magii, zachciało się zabawić, mogłoby zrobić się nieciekawie. Szczególnie, gdyby ich rozrywką było odprawianie czarnych mszy i zadzieranie z... tym, którego imienia... wiadomo.  


Okultystyczne rytuały, od których cierpnie skóra. I dobro, które walczy i zwycięża, ale jednak musi się namęczyć. Metafizyczna powieść dla fanów Tolkiena i C.S. Lewisa. Dlaczego? Bo napisana przez ich przyjaciela. Absolutnie przyziemne zmagania z nadprzyrodzonym złem opisał Charles Williams w Wojnie w niebie. W sam raz na jesień - do herbaty i sztucznego światła lampki.

Williams był jednym z Inklingów - członkiem nieformalnej grupy, która rozmawiała na tematy literackie, religijne i mitologiczne. I dyskutowała na temat właśnie tworzonych przez siebie powieści. To tu swój odczyt przedpremierowy miał Władca Pierścieni, prawdopodobnie nawet zanim zawiązała się słynna Drużyna Pierścienia. Tu też padła pierwsza krytyka Opowieści z Narnii. A gdzie w tym wszystkim Charles Williams? A gdzie dotychczas był na polskim rynku wydawniczym? To trochę zapomniany pisarz. Ale mający świetne pióro. Stąd premiera jednej z jego pierwszych powieści powinna być medialnym wydarzeniem nad Wisłą.

Dlaczego? Bo oprócz literackich nawiązań, podskórnego bagażu etycznych rozważań (i odpowiedzialności za to, żeby zepsuć renomy marki Inklingów) jest to bardzo dobrze skonstruowana powieść. Z silnym dodatkiem grozy.
Zaczyna się klasycznie - od ciała. Szybko jednak poznajemy mordercę. Śledztwem pisarz też jakoś zbyt szczególnie się nie przejmuje. Czym jeden człowiek, gdy wokół toczy się wojna na większą skalę. A jednak zabity okazuje się znaczący dla sprawy. Miłośnicy Chestertona znajdą tu coś dla siebie.

Kryminał? Thriller? Taki chyba trochę nie w ujęciu współczesnych, trochę klasyczny, do pochłonięcia. Morderstwo, kradzież - to na początku. Jedna sprawa nie zostaje jeszcze rozwiązana, już pojawia się kolejna. Williams nie stworzył jednak zagadki kryminalnej. Na początku poznajemy mordercę, bardziej interesuje nas powód. A także to, czy zło zostanie ukarane. Bo zło odgrywa tu największą rolę. Jego obecność tuż obok, walka o pierwszeństwo przed dobrem. Jest w rytuałach okultystycznych, w obłędzie, w drugim człowieku. Jest też dobro - jakby nieśmiało spoglądające, jakby zdystansowane, bezsilne. Jeśli na świecie jest dobro, to skąd tyle zła? Dobro jest krok za, nie narzuca się, nie jest wyeksponowane. Gdy jednak zbierze siły, gdy nadejdzie jego dzień, pokazuje swą prawdziwą siłę. To ono zwycięża. Williams jest moralistą, ale nie moralizatorem. Nie poucza, ale pokazuje i każe pomyśleć. Nad rolą dobra? Nad tym, że choć zło jest często banalne, potrafi być także silne? 

Najwyraźniej widać je w sugestywnie opisanych rytuałach okultystycznych - obrazowych, przeszywających. Wzmianki przyprawiają o ciarki, duszą czytelnika przebywającego z bohaterami w zamkniętych pomieszczeniach. Gdyby nie wiedza o tym, że Williams był Inklingiem - członkiem nieformalnej grupy, do której należeli m.in. tacy chrześcijańscy pisarze jak C.S. Lewis, czy J.R.R. Tolkien, można by zastanawiać się nad tą obecnością okultyzmu.

W powieści ściera wiara z rozumem - wiara w Boga i diabła, w dobro i zło. Williams - Inkling - pokazuje obraz człowieka, który wybiera. Ponurość bohatera, który para się czarną magią, przypomina mi jedną z postaci Trylogii Kosmicznej C.S. Lewisa.

Choć książka ma ponad 400 stron, jest oszczędna. Wątki, zdarzenia, postaci - fabuła pędzi. I choć prowadzone śledztwo jest tu (w warstwie narracyjnej) trochę zaniedbane, choć już na początku mamy trupa, a po chwili poznajemy także mordercę, na stronach powieści dzieje się mnóstwo. Jest o ludzkiej obsesji, o fascynacji złem, o człowieku. 

Opowieść o walce dwóch przeciwnych sił, która toczy się w zasadzie od zawsze? A może aktualna sprawa do przemyślenia i wpisania w teraźniejszość? 

Przede wszystkim chyba świetna powieść na jesień - taka, która dostarczy rozrywki, ale przy okazji zasieje ziarno w umyśle. Pozwoli odpocząć, ale nie sprawi, że uznamy czas za stracony.


PS.

W tym cyklu przedstawiam książki, które inspirują, skłaniają do refleksji - zarówno poradniki, jak i powieści.  W Wojnie w niebie nie ma co szukać na siłę motywacji. To świetna powieść na  jesień, na pochmurne i ponure dni. Rozrywka intelektualna, ale nie przegadana :)

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze