Gdyby Sherlock był coachem, czyli szkoła życia socjopaty (i moje wrażenia po 1 odcinku 4 sezonu serialu Sherlock)

stycznia 02, 2017




Jest cyniczny i chamski. I jest socjopatą. Ludzi traktuje przedmiotowo, a jednak ciągle wokół niego są tłumy. Czy zatem czegoś można nauczyć się od serialowego Sherlocka? Po trzech sezonach i pierwszym odcinku 4 serii. Wpis dla fanatyków Sherlocka :)



Sherlock to typ, którego nie chciałbym spotykać w codziennym życiu. Serio. O wiele bardziej przyjazny wydaje się Watson (książkowy i serialowy). A Sherlock? Przyciąga do siebie. To jak z moją ulubioną bohaterką kryminałów - z Panną Marple, wykreowaną przez Christie. Uwielbiam ją, choć w realnym życiu raczej trzymałbym się z dala od miłej starszej pani, która przez całą dobę prowadzi śledztwa i przy ciasteczku oraz herbacie wyciągnie z ciebie wszystko. O wiele bardziej przyjazny wydaje mi się Sherlock literacki (ale czego oczy nie widzą, to więcej sympatii detektywowi przysparza), ale mowa tu o serialowym (a konkretniej tym BBC). 

Z tym uczeniem się od Sherlocka to nie fanatyczna obsesja, podobno z tych rzeczy popkulturalnych można sobie tak wybiórczo coś tam wybierać.

(Uwaga: na końcu moja opinia o początku 4 sezonu. I przed każdym spoilerem w miarę wcześnie ostrzegam i zaznaczam :))


# To socjopata. Ale przy okazji jest ponadprzeciętnie inteligentny, potrafi patrzeć kilka kroków wprzód, planować. 

Trochę banał: umieć patrzeć kilka kroków wprzód i podejmować trafnie decyzje. Tylko że za to widzowie tak lubią gościa z Baker Street. Fascynuje to, jak on to robi, jak wiele potrafi przewidzieć, zaplanować. Bardzo często możemy coś robić bezrefleksyjnie, pod wpływem emocji, za szybko. Niejeden raz zrobiłem coś zbyt szybko, podjąłem jakąś decyzję, a potem brakowało mi emocjonalnego ostudzenia. Próbuję też pamiętać o tym, że nie wypływa się w morze w czasie sztormu (nie wiem kto, gdzie i dlaczego to powiedział, ale mnie to zawsze kupuje; jeden banał w zamian za zrobienie czegoś głupiego na szybko? Biorę w ciemno!). 

Dobrze patrzeć więc szerzej/globalnie/kilka kroków wprzód. Zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeśli czegoś nie planowaliśmy i nasze intencje miały być zgoła odmienne, może wyjść coś ,,przy okazji", czego nie planowaliśmy. Osoby, które mnie dobrze znają wiedzą, że ufam ludziom, ale czasem stosuję zasadę ,,ograniczonego" zaufania, tzn. widzę ich intencję i cieszę się z dobra, ale zastanawiam się, czy nie kryje się za tym jakiś podstęp, odłożony w czasie ,,powód" życzliwości, albo ukryta intencja, którą po połączeniu z innymi zachowaniami sprzed kilku godzin lub dni, daje pewien obraz. Na szczęście kilka razy okazało się, że nie było drugiego dna. Zatem dobrze czasem popatrzeć szerzej, lekko podejrzliwie (nawiązywałem do tego we wpisie Musisz znaleźć w sobie dziada), ale też nie popadać w paranoję (bo ciągłe życie w alternatywnym świecie, w którym każdy jest wrogiem, to sposób na szaleństwo). 

Dobrze planuj i, dzięki dedukcji, realnie oceniaj rzeczywistość.

#Sherlock ma też słabości, tajemnice, ma nałogi a więc jest też słaby. Ale to nic. 

Sherlock ma swoje tajemnice i swoje słabości. Nawet jeśli to rodzaj gry, którą prowadzi z widzami, prawdą jest, że rozpaczanie i dołowanie się, chwile słabości (a nawet emocje), chowa przed światem. On też siebie ukrywa, do innych zaś dochodzą tylko te informacje, które sam dopuści do szerszego obiegu (no dobra, też jest człowiekiem i zdradzają go różne mikro zachowania; jego przyjaciele też go rozszyfrowują, ale chociaż się stara). Jest świadomy siebie, ale jednocześnie inni nie wiedzą, kim jest naprawdę. Mają tylko domysły. Detektyw prowadzi grę ze światem. I nie chce okazywać słabości. Czy udaje i prezentuje światu pewną pozę? Po części tak bo kreuje to, jak go maja odbierać inni a po części jest autentyczny. Nie ma dla niego niemożliwego.

Mimo że ma wady, słabości, mimo że jest z krwi kości człowiekiem (niektórzy mają wątpliwości, ale po postrzale do morfinki chciał się dobrać, i była mu potrzebna), to potrafi dokonywać niemożliwego. Tak się zaprzeć, żeby mimo emocji, słabości, wad i słabszego dnia umieć oddzielić sprawy ,,prywatne" od ,,zawodowych". Umieć wstać i działać, nawet jak jeszcze bardziej się pokomplikuje (choć patrząc kilka kroków wprzód, rzadko mu się to zdarza - ale zdarza).

#Jego sukces to nieliczenie się z opinią innych 

W serialu atakują go media (w tym prasa), to wiadome. Prawie nic sobie z tego nie robi (a jeśli literacko temat potraktować, to np. w Studium w szkarłacie ma opinię dziwaka, który poddaje niekonwencjonalnym torturom/badaniom zwłoki; w serialu i w drugim odcinku specjalnym też, więc się wyrównuje). W jego przypadku to jest to mu nawet na rękę, bo on to lubi, ale zostawmy to na boku.

My często blokujemy się przed zrobieniem czegoś, bo "co inni powiedzą", tracimy czas by ukryć to, co nas naprawdę fascynuje (a przecież jeśli coś lubimy to idzie nam łatwiej, efektywniej, szybciej ale przede wszystkim daje to nam satysfakcję). Owszem, nie wszyscy. I ci osiągają sukces, bo zawsze jest choć dwie osoby, które cię skrytykują. Dlaczego? Bo się różnimy. Każdy z nas ma swojego hejtera, ale to też pomaga pomyśleć przed, czy się właśnie nie robi czegoś głupiego (szczególnie w sieci). Na tego, kto udostępni na FB coś głupiego, albo nie w twoim guście, nie tracisz za dużo czasu, tylko przewijasz pasek w dół. Na to, co ktoś zrobił (a co ci się nie podoba) też nie będziesz poświęcać całego dnia, bo szkoda ci czasu. Ale mając zrobić coś samemu - coś, co może być fajne nie dla wszystkich, ale dla kilku osób z grona najbliżej - możesz mieć opory. Często możemy chcieć zadowolić wszystkich, ale tak się nie da, bo t. I to nawet dobrze! Różnorodność jest fajnao może nie być w guście kilku osób. A czasem po prostu dobrze nie czekać na opinię wszystkich, by im dogodzić (ja to łatwo obserwuję na FB - kiedyś na tablicy było wszystko, każdy pokazywał swój unikatowy styl, teraz widzę stopniowy uniwersalizm - wiele osób udostępnia to, co będzie podobało się wszystkim - np. dwustu znajomym, nie kilku osobom - np. dwunastu; choć może to wina algorytmów fejsa).

#Słowa Watsona, który mówi do Mary w 3 sezonie (w finałowym odcinku), że jej przeszłość to jej sprawa a przyszłość to coś nowego. 

Czwarty sezon znowu wraca do tematu. Spoiler. Stop. 

Czyli co? 

Czyli nie warto skupiać się na tym, co było. Na nowy początek jest zawsze szansa. W tym kontekście tylko i aż tyle: z przeszłości czerpać doświadczenie, ale nie zadręczać się nią 24h. Dać sobie żyć, dać sobie teraźniejszość i szansę na jutro. Przeszłość już zostawić. Jeśli musiałbyś sobie powiedzieć: ,,muszę zapomnieć o przeszłości, bo tak trzeba" zamień to na: ,,z szacunku do siebie i z powodu wyrozumiałości, dam sobie odpocząć od zamęczania siebie".

#Sherlock 4

Od Sherlocka można się wiele nauczyć, zadając sobie to pytanie, wyciągnąłem z tego takie rzeczy. Nie są to prawdy w sensie ścisłym i mocno na serio, ale można się od detektywa czegoś nauczyć. Może poza załatwianiem spraw  (po ostatnim odcinku trzeciego sezonu fani wiedza, jak Sherlock sobie radzi z problemami; i tu lepiej się nie wzorować :)).

#Wrażenia po 1 odcinku 4 serii 

 (UWAGA, PONIŻEJ SPOILERY)
Odcinek (a miejmy nadzieję, że cała seria), jest chyba najbardziej ,,współczesną współczesnością" w tej XXI-wiecznej opowieści, bo choć nie ma tu postaci i faktów z aktualnych dzienników (jest co prawda Thatcher, a o niej później), są tajne operacje i znane już z poprzednich serii cybernetyczne smaczki. Ma więc szansę Sherlock 4 być serią najbardziej aktualną ze wszystkich. Nacisk też jest położony na pojedyncze sprawy, jak w przypadku pierwszych odcinków, ale te są o wiele poważniejsze. Atmosfera jest coraz bardziej gęsta. Tu już nie chodzi o pojedyncze zwłoki, ale gra toczy się o dobro kraju, a może i świata. Pierwszy odcinek i już kilka śmierci. Nawet zagadka kryminalna, którą Sherlock rozwiązuje, jest na szybko, jakby jedynie dla formalności, bo na głowie bohater ma o wiele ważniejsze sprawy. Jemu nie wystarczają już małe sprawy (pomijając video-prośbę Mary; sorry, mimo ostrzeżeń dalej nie będę spoilerował :D). Jego uniewinnienie, wolność to warunek - wiadomo, że cieszy się świeżym powietrzem po dokonaniu morderstwa, bo Moriarty daje o sobie znać. Po drodze zawiązał się kolejny wątek, od razu zakończony, i choć nie wiadomo co w następnych dwóch odcinkach serii, to może to nie być koniec tego wątku z tajnymi misjami i agentami; A.G.R.A. być może jeszcze da o sobie znać. Cały czwarty sezon może być więc próbą zrobienia z całej serii jednej wielkiej sprawy kryminalnej. Łączącej poprzednie wątki, splatającej je. Wcześniej oczywiście też były motywy przewodnie łączące wszystkie odcinki serii, czwarty sezon już wydaje się być odmienny w sensie podejścia, jest to najwyraźniej widoczne. W trzeciej serii trochę to kulało (odcinek ze ślubem Mary i Watsona jest moim najmniej ulubionym, trochę bezpłciowym). ,,Czwórka" może być mega, choć najwcześniej po upływie kilku minut kolejnego filmu można spróbować coś więcej powiedzieć. Jeśli ten pomysł i klimat zawierają kolejne dwa odcinki, to czapki z głów. Ten chyba najbardziej ze wszystkich sezonów trzyma w napięciu. Warto było czekać bo są silne emocje, choć i słabymi bym się zadowolił, jeśli Sherlocka miałbym zobaczyć wcześniej. Podczas oglądania spoglądałem na zegarek, wiedząc że niestety wkrótce koniec, wiedziałem, że jeszcze tylko chwila, że za chwilę koniec, a tu w ciągu kilku chwil jeden przeskok emocji po drugim.


Wrogów jest więcej. Mary  jest jeszcze bardziej tajemnicza. I gdy pomyśli się, że odcinek specjalny Upiorna panna młoda zdradził pomysł na Mary w 4 sezonie, dzieje się coś niespodziewanego (ostrzegałem o spoilerach ale jednak to przemilczę); polecam też pewien tekst który przeczytałem i... nie wierzyłem, że autorka napisała to rok temu. Po odcinku specjalnym tak trafnie wywnioskowała to, co w czwartej serii (oczywiście na razie wiadomo, co się spełniło w odcinku pierwszym a są jeszcze dwa). Jeśli ktoś już oglądał, może tam zajrzeć :)

Mniej zaskoczyło mnie podejście Sherlocka do chrześnicy, niż pojawienie się w serialu wizerunku Thatcher (zdjęcia i popiersie jako pamiątki, ale jednak). W jednym filmie XIX - wieczna postać Sherlocka (choć już oswoiliśmy się przez 10 odcinków do XXI-wiecznego świata) i Thatcher, która jeszcze niedawno żyła, a teraz staje s częścią popkultury - tej serialowej. W sumie nie powinno to dziwić, tak popkultura działa. Ale taki smaczek w fabule - ciekawy. Sherlock oczywiście prawdopodobnie orientuje się w świecie współczesnym, książkowy oszczędzał miejsce w mózgu na to co mu potrzebne. Ale to ciekawy zabieg dla ludzi zajmujących się popkulturą.

Dlaczego serial jest popularny? Powodów jest pewnie wiele (już kiedyś próbowałem to na blogu zrozumieć). Dla mnie to przede wszystkim fajna rozrywka. Ale jest też coś. Człowiek odkrywa w sobie takie rzeczy, o które by siebie nie podejrzewał. Bo choć nie pochwalasz przemocy i ogólnie to są prawne sposoby na wymierzenie sprawiedliwości, to potrzebny jest ktoś, kto lekce sobie waży inne sposoby na załatwienie sprawy, niż sążnisty cios, albo jakaś inna forma aktywności przemocowo-fizycznej. Ktoś, kto na swoje barki (i sumienie) bierze odpowiedzialność. Taki jest Sherlock. Gdy w ostatnim odcinku trzeciej serii robi to, co robi (uważam na spoilery, uważam :D), jakoś nieszczególnie to dziwi (no dobra, mnie pierwszym razem zszokowało, drugim już nie bo pamiętałem, ale gdy się wiedza z głowy ulotniła i jeszcze któryś raz fanatycznie oglądałem całość, to znowu zszokowało). On o tym wie (nawet sam siebie ocenia jako socjopatę), wiedzą widzowie. Ale nie zmienia to faktu, że poznajemy siebie (i swoje ,,nieoficjalne" przekonania), jeśli chodzi o kibicowanie tym dobrym w kontakcie ze złymi. 


Zdjęcie pobrałem ze strony BBC Polska

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze