Minęło 40 dni. Zacznij od nowa, czyli jeśli postanowienia noworoczne posypały się

lutego 11, 2017




Minęło ponad 40 dni od początku tego - nowego - roku. Gratuluję! Zdążył już być Blue Monday - podobno najbardziej depresyjny dzień w roku (a na osłodę przychodzą tu w połowie lutego Walentynki). Pewnie wielu z nas nie udało się wykonać postanowień noworocznych. A ci, którzy wytrwali, właśnie skończyli pierwszy okres - pierwsze czterdzieści dni. 40 to liczba ważna w samorozwoju. Nie, to nie jakaś magia lub zabobon. Tyle potrzeba, by oczyścić umysł, albo żeby nauczyć się nowego nawyku.


40 to liczba ważna - 40 dni w terapii uzależnień, 40 dni na pustyni, 40 dni z dala od ludzi. Czterdzieści, jak zauważa pisarka Andrea Schwarz - pedagog społeczny w posłowiu do książki Obudzić jutrzenkę. Przesłanie psalmów - to czas istotny w pracy z osobami, które straciły bliską osobę (tyle bowiem trwa pierwszy etap żałoby). Pisze też o poście przed Wielkanocą i o tym, że 40 dni to liczba gdy osoba może doprowadzić coś do końca, szukać rozeznania. W sieci zaś można przeczytać, że tzw. żywieniowa odnowa organizmu trwa 40 dni. 

To więc liczba kulturowo i religijnie nacechowana. Dlaczego? Kiedyś słyszałem, że jeśli coś robisz przez 40 dni, wchodzi Ci to w nawyk. Jeśli jesteś czemuś wierny przez ten okres, wprowadzisz to do swoich stałych czynności. Na przykład postanowisz sobie, że przez 40 dni będziesz codziennie przeznaczał godzinę na naukę języka obcego. Jeśli faktycznie codziennie przez godzinę będziesz się uczył - po 40 dniach może to być Twoim nawykiem. Może z tego względu, że to ponad miesiąc, a więc już jakaś realna porcja czasu. Czy to działa? To pewien model, zawsze warto spoglądać na to indywidualnie przez zdolności, czas, predyspozycje danej osoby. Z doświadczenia jednak wiem, że wiele nowych rzeczy udawało mi się wprowadzić po dłuższych okresach regularności - po dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu lub pięćdziesięciu dniach.

# Postanowienia noworoczne a środek lutego

Wierzę, że wiele frustracji w lutym (a wcześniej tak w połowie stycznia) zawdzięczamy właśnie temu, że nasze postanowienia noworoczne posypały się. O planach na nowy rok (i tym jak bezboleśnie ,,wejść" w kolejne 365 dni) pisałem w tym tekście. Poniżej daję tylko cytat (jeśli interesuje Cię ten temat bardziej, zajrzyj pod tamten link):

,,Gdy tworzymy listę rzeczy do zrealizowania, napełnia nas optymizm, wiara we własne siły, już mamy w głowie wyobrażenie spełnionej misji (fantazja nam tu np. pokazuje zdobycie kolejnego ośmiotysięcznika, choć czasem z braku kondycji możemy mieć nawet problem, aby wejść po schodach). Nie nakładajmy na siebie ciężarów, których nie będziemy w stanie unieść. Po co sobie kłaść na barki niemożliwe, a potem żałować, że nie wykonało się tego. Lepiej znając siebie, wiedząc o sobie tyle rzeczy, żyjąc ze sobą tyle lat, rozpoznać "rynek" i według tego badania własnej osobowości zaplanować kilka rzeczy. Nawet jeśli zrobisz połowę to ok. A czasem życie może napisać tak różne scenariusze, że zrobisz coś ponad normę. O, czy nie lepiej byłoby usiąść i powiedzieć sobie, że udało Ci się zrobić więcej, niż planowałeś? Ale urośniesz we własnych oczach! I to lepsze, niż zamartwianie się".

Mówiąc w skrócie: często towarzyszą nam wielkie słowa, wiele czynności do zrealizowania, fizyczna nierealność celu (np. plany, którym nie damy rady czasowo) i przecenienie własnych możliwości. Jest też kilka pobocznych rzeczy, ale te cztery wydają mi się najważniejsze. 

Co więc zrobić? 

# Pomysł na siebie

Można po tych 40 dniach ponownie zweryfikować plany i postanowienia, nie bać się kreślić lub przeformułować tego, co postanowiliśmy. Można, znając już swój rozkład dnia w nowym roku (i trochę bez tego szaleństwa noworocznej gorączki lub strachu o to, co niespodziewane) sformułować nowe cele. Z planami jest tak, że powinny być kontrolowane co jakiś czas, oceniane, poprawiane, dostosowane do warunków. Wiele strategii ma swój zarys, który jest jednak elastyczny, i do którego się powraca, by nanieść zmiany. 

Jeśli przez minione 40 dni nie udało Ci się wprowadzić nowych nawyków w życie, nie warto się frustrować i załamywać, ale zaplanować kolejne ponad 320 dni. Tylko może nie od razu, by znowu się nie dołować za dwa lub trzy tygodnie. Spróbuj przez kolejne 40 dni trzymać się tych zamiarów, próbować je czasem dostosowywać do warunków, skupić się na tym, co najistotniejsze (jeśli masz z tym problem, nadawaj swoim listom zadań do wykonania hierarchię ważności, np. jedna rzecz niech będzie absolutnie najważniejsza, a inne niech będą rezerwowymi, na wypadek dodatkowego czasu; opcjonalnie; o tej metodzie pisałem Ci już wielokrotnie na blogu, nie zawadzi jednak przypomnieć o niej. Często ratuje mi życie).

Jeśli się nie uda, może warto inaczej na te postanowienia spojrzeć, zacząć od czegoś innego, albo po prostu ocenić, czy na pewno nam zależało na tej rzeczy. Czasem to, co chcemy osiągnąć wymaga treningu. Możesz dołować się, że nie pojechałeś w Alpy, podczas gdy nie odkładałeś wcześniej pieniędzy. Albo obwiniać się o to, że nie udało Ci się dobiec do mety maratonu, podczas gdy wychodziłeś na 5-kilometrowe treningi, nie przekraczając dłuższych dystansów (już pomijam fakt mocnego nadwerężenia mięśni). 

To moja recepta - krytyczne spoglądanie na plany, umiar w formułowaniu celów, kontrolowanie efektów i poprawianie zamierzeń, elastyczność naszej ,,listy", hierarchia celów, małe okresy wykonywania i ewentualne zaczynanie od nowa (z poprawkami), zadawanie sobie pytania o sens niektórych celów (które zweryfikuje czas), spojrzenie na to, czy nasz cel nie wymaga kroków do niego prowadzących.

Joanna Glogaza w książce Slow life także kilka akapitów poświęca postanowieniom noworocznym. Jej recepta to skupienie się na drodze do wykonania celu, małe zobowiązania które będziemy pilnować codziennie (przywołuje tu S.Kinga, który ponoć dziennie pisze 2000 słów) - to wykształcić może nawyk. Jej zdaniem cel powinniśmy precyzyjnie zdefiniować, a nasze nowe zadania połączyć z innymi czynnościami (autorka pisze o tym, że jeśli chcemy regularnie ćwiczyć, można to połączyć z myciem zębów - to rzecz stała, którą wykonujemy o określonej porze, po niej możemy zacząć trening). Książka dotyczy tzw. ,,slow life" i gdyby była poświęcona postanowieniom, pewnie te metody byłyby rozbudowane, ale wierzę że tych kilka cech także okaże się pomocnych.

# Nie czekaj - zacznij

To są dwie drogi. Dwa różne sposoby, które mogą Ci pomóc. Tę moją receptę wypróbowywałem przez lata. Gdy to piszę, mam sporo różnych planów na karteczkach. Czekają na realizację. Wiele celów po czasie (czyli po okresie ich ,,niespełnienia") okazało się zbędnych. Dlaczego? Bo akurat w czasie ich postanowienia zrobiłbym to gorzej, niż o odpowiedniej porze - później.

Nawet jeśli minęło 40 dni, albo 80, pomyśl o tym, że jeszcze jest szansa ,,zacząć" kolejny raz. Możesz nie czekać czterdziestu dni. Po trzydziestu, po czternastu, a nawet - jeśli uznasz, że coś tu nie gra - po dwóch dniach możesz zmienić postanowienia (tylko jeśli faktycznie coś tu skrzypi, bo jeśli przez dwa dni nie możesz wyjść na trening, to daj sobie jeszcze trzecią i czwartą szansę; a gdy się uda - spróbuj to podtrzymać 40 dni). Nie wolno być więźniem liczb. A jako ludzie lubimy sobie zaokrąglać, ustalać jakieś progi. To jest dobre. 

Jeśli już Ci się uda, spróbuj to podtrzymać. Bo nie wiem co w tej czterdziestce jest, ale po tym czasie faktycznie można mieć nowy - udany - nawyk. Powodzenia! :)


----
zdjęcie na licencji CC0 pobrałem z www.pexels.com

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze