Szczęśliwi, których wiara jest niezachwiana

kwietnia 26, 2017




Już jest dobrze. Jeszcze wczoraj było źle, ale już jest spokojnie. Może jutro wcale nie będzie jakoś radykalnie lepiej, ale ważny jest ten spokój TERAZ. Spoglądam na słońce za szklanymi drzwiami. Przed chwilą padało. Cieszy mnie ten spokój. 

To opis balansujący na granicy kiczu. Uczucia nie zawsze da się trafnie opisać, zamknąć w słowach.

Słabo mi przychodziło nazwanie tego, co czułem po spektaklu w reżyserii Aleksandry Skorupy, który obejrzałem podczas wspaniałego lubelskiego festiwalu teatralnego - ,,Kontestacji". Finał monodramu ,,Skur - Wienia" nie tak szybko potrafił mi wyjść z głowy. Ten lubelski finał.

Ten tekst to bardziej refleksja, niż recenzja. Nie wiem, czy odnajdą się w tych moich słowach utwierdzony w swej wierze lub niewierze. Próbuję bowiem zobaczyć tych po środku. 


I

Spektakl krakowskiej reżyserki jest przejmujący, dogłębnie przepełniony uczuciami. Tak go widzę, tak odczuwam jako widz - jeden z tłumu. Mam przed oczyma wpatrujący się w dal, napełniony wzruszeniem wzrok bohatera monodramu (granego przez Łukasza Dąbrowskiego), wspaniałe rekwizyty i scenografię, za którą stała Marta Seredyńska (małe, cmentarne lampeczki-znicze, stojące na schodach). I scenariusz. Ten to wspólna praca reżyserki - Aleksandry Skorupy i występującego aktora. 

Tekst powstawał kilka lat, zawierał autentyczne opowieści współczesnych 20 - i 30 - latków - ludzi często nieszczęśliwych, przetrąconych przez życie, odtrąconych, zagubionych we współczesnym świecie. Zagubionych w przestrzeni relacji międzyludzkich, mediów, religijności, ale przede wszystkim pozostających w konflikcie ze sobą. Opowieść o tożsamości, o buncie przeciw kulturze, o chęci bliskości w świecie zdominowanym przez bodźce. Płacz za zmarłym dzieckiem, chęć wyjścia z ról społecznych. Po spektaklu można mieć wrażenie, że to nie jest świat dla wrażliwych ludzi, a samo życie często bardziej boli, niż krzepi. 

Napięcie zostaje rozładowane interakcją z publicznością: częstowaniem papierosami, dialogiem z widzami, kolorowym konfetti, wypitym duszkiem bezalkoholowym szampanem, barwnymi balonikami, śmiesznymi czapeczkami z papieru i szaloną zabawą weselną wokół krzesełek, w której publiczność przy dźwiękach piosenki ,,One way ticket" walczy o nagrodę. Ta jednak niewiele ma wspólnego z przyjemnością.

W tych kolorach, tańcu, rekwizytach. W reakcjach publiczności, która żywiołowo reagowała śmiechem w trudnych momentach, widziałem skłonność do autodestrukcji. Gdy następował śmiech miałem wrażenie, że ból osiągnął właśnie taki moment swej kulminacji, że następuje destabilizacja, dokopanie sobie tak, by bolało jeszcze bardziej, by za wszelką cenę pokonać siebie. Jakby aktor grający główną rolę, zbliżając się do cierpienia, rozpaczy, balansując na granicy wejścia we własną ,,ciemność" wnętrza, uciekał w śmiech, by masochistycznie zemścić się na samym sobie, by przeżyć większy ból. Sporo w tej postawie z bohatera romantycznego. Sporo z nastolatka tnącego sobie przeguby, by dodać sobie bólu (albo ufizycznić, przenieść na zewnątrz to, co boli w środku, czyli bardziej), albo też dorosłego-bezradnego, który w komizm, zabawę i śmiech obraca ból, udając, że nic się nie stało; mechanizm wypierania emocji. 

Śmierć dziecka, ciało, tęsknota, samotność wśród ludzi. Po tej śmiertelnej chorobie - życiu, następuje zwrot ku Bogu. I ten zwrot właśnie nie jest wyrazisty, to bardziej próba niż jednoznaczna odpowiedź. 

Najbardziej uderzyła mnie finalna scena, w której było coś z postawy prometejskiej, albo romantycznego buntu. Przybity życiem, przetrącony egzystencją bohater wychodzi na zewnątrz i w akcie desperacji, bólu i cierpienia krzyczy szukając Boga. Szuka Stwórcy, człowieka, jakiegokolwiek powiewu metafizyki. Bohater - aktor, który wziął na siebie bóle, cierpienia, problemy, który przed chwilą je wykrzyczał na scenie, otworzył krwawiącą ranę, wykonał operację na otwartym sercu, przemawia do Boga. Rozpaczliwie Go poszukuje. Czy odnajduje? Zamykają się drzwi, koniec dramatu.


II

Finalna scena rozmowy z Bogiem wzbudziła na widowni skrajne emocje. Jedna z osób podeszła do aktora, w geście pocieszenia wstawiła się za nim. Słuchać było głosy krytyczne wobec formy finału (widząc w nim elementy obraźliwe i kpiące z religijności). Nie jest to scena jednoznaczna. Za każdym razem aktor ją układa na nowo, w każdym miejscu otrzymuje ona nowy wymiar. W Lublinie podczas Festiwalu ,,Kontestacje" słowa bohatera płynęły ku wieczornemu, chłodnemu, kwietniowemu niebu. Widziałem w nich tęsknotę dziecka-dorosłego, które styrane przez los mówi ,,dzień dobry Panie Boże". Nasunęło mi to skojarzenie z aramejskim ,,Abba", które jest zdrobnieniem, które można tłumaczyć jako ,,Tatusiu" (zdrobniałą formę wyrazu ,,ojcze"). 

Wypełnione widzami pomieszczenie - niewierzących i wierzących - nie wierzy aktorowi, który widzi Boga. To dosyć wymowny symbol. Łatwiej uwierzyć mistykowi i świętemu, że oto ma kontakt z Bogiem, niż przeciętnemu zjadaczowi chleba (któremu życzy się w takich sytuacjach białego pokoju bez klamek). Sam bohater mówi słowa w stylu: ,,Dlaczego nie objawisz się komuś innemu, pobożniejszemu".  Wiara, która ociera się czasem o kłótnię, pytania, niepewność, zachwianie się. Przez to się rozwija, nie stoi w miejscu.

To też próba szukania Boga - takiego szukania jak w narzekaniach psalmisty, takiego jak u ocalonych z obozów koncentracyjnych, którzy mierzyli się z pytaniami o wiarę. Takiego jak cierpiących, chorych, powątpiewających. To też próba zrozumienia jak Tomasza z Nowego Testamentu. Poszukiwanie w zgodzie ze sobą, z wiarą, że jeśli chce się Go znaleźć, to On nie zamknie drzwi przed człowiekiem. Taka pozostała mi w głowie refleksja: czy takie nie poddawanie się, ale szukanie Boga, poznawanie Go, mierzenie się z pytaniami i odpowiedziami, czy czasem to nie sprawia, że człowiek jest bliżej Stwórcy, niż ten, który bałwochwalczo wymyśli własnego ,,boga", chodząc jednocześnie do kościoła. Ci pierwsi nie odrzucają istnienia Boga, ale szukają Jego obecności, dowodów. Drugich nie interesuje Bóg chrześcijan i żydów: Adonai, Jahwe Rapha, Jahwe Jireh, Abba,  oni często szukają siebie.

Szczęśliwi, których wiara jest niezachwiana. Wielu jest zapewne takich, którzy muszą ciągle szukać, mierzyć się z tym. Czy ci pierwsi po jakimś czasie nie odpadną po drodze? Czy ci drudzy po jakimś czasie nie wejdę na pozycję tych szczęśliwych? To tajemnica.

III

Po spektaklu w reżyserii Aleksandry Skorupy poczułem pewien spokój. Finalna scena żyła we mnie ponad dobę. Była niepokojąca, niejednoznaczna, ale dała mi spokój i poczucie wspólnoty. Zbliżyła do Boga? Uczucia można zbanalizować, próbując je opisać. Moje po spektaklu porównałbym do sytuacji kogoś, kto przed tygodniami przeżył jakąś traumę. Nadal nie jest dobrze, ale już nie jest tak źle, jak na samym początku, ja było na świeżo. Emocje trochę ostygły, jest już lepiej, widać choć nikłe światło nadziei. Pomoc nadeszła.

Uczucia łatwo zbanalizować, próbując je opisać. W monodramie Aleksandry Skorupy i Łukasza Dąbrowskiego zobaczyłem prawdę emocji. To przeraża, a zarazem fascynuje, że można je aż tak trafnie i dogłębnie oddać na scenie. Wspaniała reżyseria, wspaniała gra aktorska i wspaniały klimat warstwy wizualno-technicznej.


----
zdjęcie na bezpłatnej i legalnej licencji CC0 pobrano z: www.pexels.com

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze