Pamiętnik z okresu umierania [OPOWIADANIE]

lipca 06, 2017





Pierwsze opowiadanie na blogu. Raz na milion tekstów w przyszłości może pojawić się kolejne, nie będzie to więc od teraz miejsce literackich prób, zostanie po staremu. Wszelkie podobieństwo do realnych osób oraz wydarzeń, i te rzeczy, które się w takich okolicznościach mówi, oczywiście są przypadkowe. A jeśli chodzi o rapy, to jak to rapy: są bluzgi, jeśli ktoś nie lubi, to można ominąć. Utwory są uzupełnieniem, wyrażają też poszczególne części opowieści literackiego bohatera. Ale wersja w Wordzie była bez klipów (choć w domyśle we wskazanych miejscach z nimi), i to się kleiło.




Pamiętnik z okresu umierania 



Rzuciłem zegarkiem o ścianę.
Wkurzał mnie. Tykał co sekundę.
Chyba się popsuł. Szkoda, taki był ładny... tak że tego.


Umówiłem się z tym chłopakiem telefonicznie. Czekał już na mnie przy stoliku. Był inny, nie tak go sobie wyobrażałem. Głos przez telefon miał taki niski, głęboki. Pomyślałem, że to jest jeden z tych dni ,,po" - po grubszym melanżu, gdy jeszcze odparowujesz, jest po 12:00, dzwoni telefon i trzeba odebrać. Możesz rapować na koncertach z Sokołem z takim głosem.


,,Zachlał, jak nic" - pomyślałem. Jak popił wczoraj, to na spotkanie pewnie też nie przyjdzie. Nie odmówił, znaczy że po staremu. Poszedłem.


Nie tak go sobie wyobrażałem. Barczysty, w czarnej bluzie, krótko ostrzyżony. Chłopak z zachodu kraju: silne rysy twarzy, twarde. Uwidocznione kości policzkowe, na twarzy siła ale i cierpienie. Oczy, które wcale nie są zwierciadłem duszy, u niego wyrażały smutek.


Myślałem, że to będzie twardy gość. Siedział nad kawą. Czarną, bez cukru. Twardy gość. Ale uśmiechnął się do mnie, wstał gdy zbliżałem się do stołu. Dobrze wychowany, nie tak go sobie wyobrażałem.


– Każdy ma swoją - powiedział.


Postanowiłem pytać tylko wtedy, gdy było to konieczne. Wiedział, co chce powiedzieć. A ja wierzyłem w każde jego słowo.


– Nie rób zdjęć, nie pisz nazwiska. Wystarczy imię. Może komuś pomoże moja historia? - ustala na początku zasady naszej rozmowy. Godzę się, ma do tego prawo. – Wiesz, chciałbym, żeby chłopaki z ekipki nie wiedzieli. Wyszedłbym na frajera, który wynosi tajemnice. Mam też kilka sekretów. Oni myślą, że jestem w pełni jak oni. Posłuchasz, zobaczysz.


Z każdą sekundą coraz bardziej mnie zastanawia. Czasem zapomina o języku blokowisk. Zastanawiam się, dlaczego to robi.


– Tylko pamiętaj.


*


Opowieść Stefka:


Zawsze chciałem malować. Od dzieciństwa malowałem, rysowałem, szkicowałem. Chciałem być artystą, który będzie miał wystawy w muzeach. Chciałem. W dzień handluję pampersami, bananami, dezodorantem damskim ,,ultra świeży 72h niezawodności” za 3,89 (najtańszy w Polszy, bo ,,każdego dnia niskie ceny”, czy coś takiego). Siedzę za kasą i co jakiś czas przychodzi kolejny Janusz cuchnący potem, w koszulce na ramiączka (bo gorąco, a w Kraju Kwitnącej Cebuli jak na termometrze powyżej 20 stopni, to tylko lekko pożółkła koszulka, przewiewna i jednocześnie wiatroszczelna, jako idealny outfit pasuje do białych skarpet). I ten wąsaty Janusz w słowiańskim typie z poczuciem humoru w stylu ,,U Cioci Na Imieninach Wujek Mieczysław, Który Świetnie Parodiuje Marylę Rodowicz albo Karella Gotta I Ubawu Jest Po Pachy, Bo To Taki Kawalarz, Hoho” zapytuje nagle:
– Umięśniony pan, a ta koszula to nie pęknie na plecach? - zapytuje i ogląda się, czy publiczność w kolejce załapała jego żarcik, i czy ma ze śmiechu pozrywane boki ta publiczność, gdy on drze łacha w popisowym numerze kabaretowym jego parszywego, zawszawiałego życia prawdziwego przegrywa, którego nawet pies nie kocha, tylko jest z nim dlatego, że dostanie każdego poranka żryć.
– Nie, raczej – mówię Januszkowi. A on się śmieje próchnicą i duszoną cebulą mit Kartoffeln.
– A zrób pan tak – pokazuje jakąś sztuczkę jak tresowany pudel w cyrku, próbuje uratować żarcik-darcie łacha z kasjera.
– Zamknij mordę frajerze, bo wcisnę guzik po ochroniarza – mówię. I Januszowi zrobiło się chyba głupio, bo poszedł bez pożegnania z kilogramem płucek, drobiowych serduszek i korpusami na rosół. Ręce mam ubabrane krwią. Wytrę zaraz o brokuły i humus jakiegoś wegetarianina z kolejki.


W dzień więc w Polszy pracuję z ludźmi, nawiązuję znajomości bez zobowiązań, obracam tysiącami w gotówce, zajmuję się też dystrybucją i doradztwem. A w nocy jestem artystą. I na zalanych przez żuli komórkach tworzę grafitti.


Często słucham rapu w trudnych chwilach. Ten kawałek jest sztosik, posłuchaj sobie:


,,Już czułem ten mrok i chłód. I co by się nie działo zawsze musiałem wybrnąć. I nawet jak los to wróg. I nieraz nawet w najgorętszych miejscach jest zimno. Musiałem dać krok na przód" Quebonafide - Zorza 





Wrzucam do uszu to, co dawniej by mnie napawało przerażeniem. Jeszcze resztki skrupułów każą mi kiwać przecząco głową, gdy coś burzy moje dawne ideały, gdy coś jest sprzecznego z moimi poglądami, gdy fascynuje mnie ten brud słów. I zaciskam zęby, próbuję zabić te skrupuły, zabić w sobie tę niewinność. Przyjmować bezrefleksyjnie brud.
Kiedyś byłem inny. Kiedyś czytałem egzystencjalistów, zgrywałem przed kumplami twardziela, będąc wewnętrznie rozbity.
Wdawałem się w bójki, paliłem za szkołą, kradłem.
To nie byłem ja.
Po przyjściu do domu marzyłem o miłości jak w Białych nocach, albo o takiej komunii myśli jak w Biednych ludziach. Dostojewski był moim numerem jeden.
To byłem ja prawdziwy.
Gardzę sobą z tamtego czasu.
Gardzę sobą z tamtego czasu, bo byłem słaby. Trzeba było mocniej. Życie to nie jest bajka, to bitwa. Wygrają najsilniejsi. Tylko zdechłe ryby idą z prądem. Nie chciałem być płotką, chciałem być drapieżną rybą – słodkowodnym, pasiastym tygrysem, stającym wszystkim na drodze demonem. Masz problem? Chętnie się z tobą zapoznam. Wziąłem się za siebie, intelekt zamieniłem na mięśnie.


Każdy ma swoją. Dla niej rzuciłem życie.


Nie wiem, czy lubisz takie rzeczy, ale to dla mnie wielka sztuka. Jak jest zima i przychodzi do mnie nostalgia, to sobie tego słucham. Obczaj:


,,Znów jest wieczór, manna leci z chmur (...) na suficie tylko gołe płótno mistrzów (...) już nie wierzę w miłość i spełnienie, zamknąłem to w pudle, jestem zgorzkniałym typem co ma chorą duszę" Planet ANM - Jekaterina.


I jeszcze to jest grube:


,,Wiesz, podobno powinienem dojrzeć, coś zrobić, jakoś wziąć się w garść. E, powiedz co jest według ciebie mądre, co?  Powiedz czego ci nie umiem dać, e!" Pezet & Czarny HIFI - Co jest ze mną nie tak


Ja sobie tego słucham w kryzysie. Bo ja też mam kryzysy, tylko chłopaki nie wiedzą.
Powiem ci jak to było, bo ci nawet ufam, mordo.


Spotkałem ją na karaoke. To znaczy wypatrzyłem. To był jakiś dziwny dzień. Po Dmuchawcach, latawcach, wietrze, po Losie, cebuli i krokodylich łzach (z dedykacją dla Kalinki od rumianej Bożenki i Kasi z aparatem na zębach), nagle rozległ się dźwięk mi znany. Po pierwszej nutce rozpoznałem, że to Tengo la camisa negra. ,,Tera albo nigdy” - myślę. Przy mikrofonie jakiś erasmus się popisuje. Niespodziewanie, bo życia nigdy się nie spodziewasz, podszedłem i złapałem drugi mikrofon. Nie znałem nic, nie wiedziałem nic. ,,Keine ahnung” - sobie myślę. Poza tym, że fonetycznie umiałem zapisać refren i intuicyjnie go powtórzyć, tak w zwrotkach erasmus mnie wbił w ziemię, jeszcze splunął i po mnie przeszedł nawet się o to ludzkie błoto zmieszane ze śliną nie potykając. Wystarczy. Spojrzałem na nią, chyba jej się spodobała moja odwaga od razu skazana na niesukces. I to ją pewnie oderwało od sączenia kolejnego piwa i patrzyła teraz na mnie. Spojrzałem w jej stronę, i gdy w piosence pojawiło się słowo ,,mamita”, uśmiechnąłem się do niej. To ją chyba rozbawiło.


Było fajnie, jakieś dwa miesiące. Apokalipsę już zapowiadało wcześniej to, co było między nami. Tylko ja nie chciałem słuchać. Na przykład byłem dla niej ,,jak brat” albo jeszcze jakieś takie inne, że jestem ,,słodki” i ,,bardzo” mnie ,,lubi”. Miało być drzewo i syn, i luksusowy dom dla mojej NIEJ, a wyszedł emocjonalny kołchoz, w którym się zatyrać możesz na śmierć. Bolało krótko, ale intensywnie. Zrobiła mnie w rogi, poszła w ślinę z takim frajerem z kabzą od rodziców. Gardzę nią. Potem sobie uświadomiłem, że ja sobie może całą tę miłość tylko wymyśliłem? Że tam przecież nic nie było, ona nic nie obiecywała, a ja się nakręciłem na wielkie love story. Było jak w Romantyczce Vixena. Tylko że to ona była tym czarnym charakterem, a ja wykorzystaną ofiarą. Po dwóch miesiącach miłości poczułem się tak, jakbym to ja rano obudził się z drobnymi obok siebie i kartką ,,żeby nie było, że za darmo”. Teraz rzygam tym, wtedy bolało. Nie mogłem nikomu o tym powiedzieć, poznałem ziomków. Pomogli mi z tego wyjść. Pomogli wyładować emocje. I to wszystko było w słusznej sprawie – dla idei. Żeby zmieniać świat.


Miłość to takie coś, że jak się skończy to wtedy stajesz się twardszy. Na przykład jesteś twardszy na ulicy. Przypomnij sobie wtedy tamto, że to już po tamtym, i od razu możesz mocniej. Wystarczy ten ból przelać w siłę – w siłę dla słusznej sprawy.


Czuję się jak banita. Albo uciekinier od życia.


,,Gonię, a wszystko, co minione, w momencie wyboru zasklepia się jak blizna. Przeszłość jest mostem, który płonie. Przyszłość to wolność, świadoma banicja". Bisz - Banicja.

To, to nawet na pamięć się nauczyłem.





Lubię psychicznie męczyć ludzi. Bawi mnie to. Gdybym był ojcem, a ona by przyprowadziła chłopaka. Moje pierwsze pytanie do niego: ,,co myślisz o czarnych, pedałach, żydach?". Każdy się wyłoży. Wystarczy być wtedy w opozycji do jego zdania. On tu chce dobre wrażenie, a ja go gaszę. Bo jak powie, że popiera, to ja sobie pobędę dla relaksu ksenofobem, rasistą, homofobem. Jak nie popiera, to, ,,sorry mój drogi, ale córci z człowiekiem ograniczonym na randeczkę nie wypuszczę, hehehe". I zaśmieję mu się tak parszywie ropą i cebulą. Jeszcze nie, bo młody jestem. Ale jak będę stary, to tak.


Teraz to ja wiem, kim jestem. Przegonić ten motłoch, bo ta sodoma będzie po ulicach się panoszyła, rozmnażała jak karaluchy i tego nie wytępisz tak łatwo. A potem tak się tu ugoszczą, że będą się czuć jak u siebie.


Ludzie tworzą sztukę, bo mają problemy. Zamiast iść do psychiatry, to śpiewają i tłuką w literki. Gardzę ludzkością. Za duży rachunek krzywd już na starcie. Nie ma na świecie nic stałego, ciągle krzyczę i nie potrafię pozbierać tego w coś sensownego. Pokruszony na kawałki człowiek, który przez całe życie nie dostał nic stałego od ludzi. Ja cierpiałem, ja myślałem, ja byłem – ciągle to ,,ja" - ja, który byłem w dzieciństwie przekonany, że świat innych ludzi wygląda tak jak mój: awantury, rany, ból, cierpienie, pogardzanie, siniaki, krzyk i przemoc. Nie, ich świat był ułożony, dobry, była w nim miłość. Nienawidzę miłości, nienawidzę sentymentów, miłych słów, sympatii, czułości. Nie mogę patrzeć, jak inni się cieszą. Jestem wewnętrznie zraniony. A jednocześnie rozpiera mnie siła. Życie to nie amerykański komiks, w którym jakiś neurotyk, świr albo lamus założy kombinezon i pójdzie nawalać umarlaków lub innych cudaków. I może urosnąć we własnych oczach. W Polszy bierze się kij i idzie tłuc na manifestacji. Nieważne kogo, ważne by było czerwono. Im większym byłeś dla ludzi śmieciem, tym większy masz power.


Lubię lać lamusów. Jak mam dwa dni wolne od pracy, a na koncie zero, i nie mogę moich narzędzi twórczych kupić, to lubię lać lamusów. Jestem patriotą. Czasem mnie w internecie pokazują, ale robią na oczach pasek. Mówią: ,,polityczne nastroje podburzają młodzież, która się radykalizuje”. A mój kij sprawiedliwości jest wymierzony w obie strony, ma dwa końce, i ku prawicy i ku lewicy. Dawaj jakiegoś lamusa, to mu wymierzę sprawiedliwość.


Nie zawsze tak było. Nie zawsze latałem z kijem po ulicy, by wymierzać sprawiedliwość. Postanowiłem, że zatracę swoje poglądy. Że popełnię ,,samobójstwo” społeczne, zejdę na niziny. By z nimi być. By być jednym z nich. By poczuć się mężczyzną. I teraz nim jestem. Śmieć dla ojca, teraz ,,kibol” jak o mnie mówią. Prawie jak ,,superbohater”. Widzę podobieństwo w nazwie.


U egzystencjalistów tego nie przeczytałem, musiałem sam zakasać rękawy i zmierzyć się z życiem, bo życie to nie bajka, to opasłe tomisko z prozą.


Czasem jestem stepowym wilkiem. I potem przychodzi przebłysk, myśl: ,,bądź mężczyzną, bądź silny, zostaw tego wilka". Wtedy pokornieję, jestem silną emocjonalnie owcą. Generalnie tak przez całe życie, taki chory układ z własnym ego: raz jestem nawalającym lamusów ulicznym wilkiem, który chętnie przytuliłby się do tatusia i popłakał. A raz silną emocjonalnie owcą, która zna swoją wartość i nie musi nikomu niczego udowadniać. Jestem przetrącony emocjonalnie, kaleki. Im większym byłeś śmieciem dla bliskich, tym twardszego udajesz w dorosłym życiu. Zagubiony, spłoszony, sponiewierany odpad pewnej nocy lub popołudnia, efekt uboczny chwilowej radości i uniesienia. Dziecko podobno czuje. Nie wiem, ja nic nie czułem. Ja nadal do was nic nie czuję. Sorry, tak bywa. Ja - wieczny chłopiec. Nie umiem inaczej. Nienawidzę siebie. Szukam siebie. Już dawni popadłem w narcyzm. Coraz bardziej dbam o ten odwłok, którym gardzę. Może to jakoś pomoże.
Zawsze można ponawalać lamusów. Taka terapia. I sport przy okazji.


Nie płaczę, nawet jak umierał ktoś bliski to nie płakałem. Nawet jak w bidulu mój przyjaciel z dzieciństwa deadnął to nie płakałem. A na Zeusie płaczę. Bo to już prawie trzydziestka za rok, człowiek myśli o życiu.


Obczaj sobie te wersiki:


,,Czy moje miejsce jest gdzieś, gdzieś daleko stąd? Czy tylko pędzę przed siebie gdzieś gdzie mnie niesie prąd? Gdzieś na granicy między niebem i piekłem jest on. Za serce ciągnie mnie do siebie wciąż – widnokrąg" Zeus - Widnokrag


Zeus zawsze u mnie był na propsie - ten Zeus nowy, dojrzały, ten bardziej pogodzony z życiem. 





Czasem wychodzę nad rzekę. O świcie. Gdy inni jeszcze śpią, wpatruję się w słońce. Co przyniesie ten nowy dzień? Po godzinie wstaję z ziemi i idę do pracy. Mam niedaleko. Nie śpieszę się.
Czas nad rzeką mnie uspokaja. Kiedyś, gdy zostawałem sam, bombardowała mnie przeszłość. Zagłuszałem ją. Teraz żyję w apatii. Takiej niedosłownej. Bo przecież siłę mam nadal, sprawny fizycznie jak niejeden jestem, gdy idziemy w teren.
W szkole nikt na mnie nie stawiał. W ostatniej ławce, z błędami ortograficznymi w zeszycie, żeby zaimponować ziomkom, że jestem z nimi, że nie z tymi kujonami i lamusami. Pod ławką pisałem hip-hopowe teksty i tomiki ilustrowałem fantastycznymi istotami. Poza szkołą stąpałem twardo po ziemi. Czytałem Kafkę i Camusa. Jarałem się Conradem i Dickensem. Lektur nie czytałem. Nie chciałem, żeby się wydało przy chłopakach. To znaczy nie czytałem ich oficjalnie. Najbardziej lubiłem Zbrodnię i karę. Chciałem zmieniać świat.



Słucham ludzi. Chciałbym kiedyś usłyszeć od nich coś dobrego. To dlatego ciągle uciekam, zmieniam miejsca i znajomych. Dromader z ciężarem życia zawsze ze sobą, o suchym pysku robiący kolejne kilometry. Samotny. Nie patrz w moje oczy bo ujrzysz w nich ból. O nic nie pytaj, nie chciej wiedzieć. Pomilczmy obok siebie patrząc w tym samym kierunku. Obiecuję, że nie spojrzę w twoje oczy, też o nic nie będę pytał. Ludzie czasem myślą, że gdy nie wypytuję ich o życie to jestem egoistą, którego nie interesuje drugi człowiek. Mówię wtedy, że nie jestem wścibski. Ale ja nie pytam, bo nie chcę budzić w nich bólu. Chcę żyć z nimi tą chwilą, nie traumą wczoraj. Najczęściej sami się otwierają. A ja słucham. Ufają mi.


Przestałem się już wstydzić. Często wstydzimy się przed innymi tego, że ktoś nas skrzywdził. Jakbyśmy już i tak za mało cierpieli.


Zeus znowu:


,,We wszystkich zdaniach w moim życiu głos ma interpunkcja. To moja dobra, nieodłączna znajoma – autodestrukcja. Mój wróg number one. Próg w każdej z bram. Zjawia się bardzo często tu, kiedy zostaję sam” - Zeus - Hipotermia


Dziś dzień ojca. Dzień ojca to takie dziwne święto. Moje wrażenia? Podobne do tych: zabija się twoja druga połówka, komunia dusz i ten bluszcz, co pośmiertnie wyrasta z grobu i łączy się z twoim. Albo też masz na stole whisky i colę, ale cola nagle się wylewa i jest muka, bo coś jest niepełne i czegoś brakuje. No, to zabija się twoja druga połówka, a nagle przychodzi Święto Samobójstwa, które wszyscy wokół radośnie celebrują. Z Dniem Matki jakoś nikt nie ma tego społeczno-kulturowego problemu.


Nigdy nie dojrzałem. Nigdy nie dorosnę. Wieczny chłopiec, który nie potrafi się skleić w całość, uporządkować, dorosnąć, zacząć żyć.
Poranione dziecko, któremu kazali być dorosłym.
Każdego dnia piszę pamiętnik z okresu umierania.
Bez kitu.
Z każdą sekundą zdycham.
Miałem marzenia.
Umieram na raty: najpierw przy kasie, skanując rzodkiewki, orzechy laskowe na wagę, uśmiechnięte i zdrowe psy na paczkach karmy - 15-kilogramowych i kilogramy cukru ,,na czarną godzinę, jakby w sklepach zabrakło”. Potem umieram na ulicy, choć to mnie nawet jara. Jest w tym jakaś adrenalina – ucieczka, żeby nie dać się złapać. Uciekam też, gdy umieram myśląc – myśląc o niej i o nim. Nie wiem, o kim mocniej. Wiem, że jak się wali, że jak przychodzi najdrobniejszy problem, to myśl o tej parce moich prywatnych wrogów sprawia, że mały problem urasta do wagi tragedii. Akurat ta moja niewielka, spersonalizowana apokalipsa trafia na ustawowe dwa dni wolne w tygodniu. Wtedy patrzę w sufit i myślę. Może faktycznie jestem śmieciem? Z każdą sekundą zdycham. A miałem marzenia.
Chciałem być tylko kochany. Targany po bidulach śmieć, efekt uboczny miłości, który miał emocje i czuł.
Wcale mnie już nie boli.
Rzygam już tym. Jestem twardy, niezniszczalny, nic mnie nie złamie. Nie to co te słabe lamusy, wypielęgnowane przez mamusie i tatusiów, nieznające życia ofermy. Rzygam tym, gardzę nimi.
Życie jest tylko dla silnych, nie dla słabeuszy. ,,Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać” - to nie Coelho, to życie.


W życiu boję się tylko jednego: że kiedyś nie wrócę z ulicy do domu.
Ciągle nam się udaje. Wierzę, że to dlatego, bo działamy w słusznej sprawie. Dla idei. Dla Polski.
Nienawidzę tego życia. Ale robię wszystko, by go nie stracić.
Może jestem nienormalny?
Nawet jak mnie zniszczą, nie pokonają. Jestem niezniszczalny.


Puszczę ci coś z fona. Jak możesz, to ten cytat przepisz, bo może jakoś mnie usprawiedliwi.


Albo wiesz co? Nie potrzebuję zrozumienia.
Nie pisz.
Znając życie powtórzysz. Teraz to ci nie ufam, że  mógłbyś tego nie zrobić.


,,Nie przestaję chcieć dobrze i to dotrze znów do niewielu i usłyszę: "zrób mądrze, wróć do szeregu", ale milczenie jest zgodą, a brak światła – mrokiem. Jeśli mam przegrać z nocą to muszę paść jak promień" Bisz – Lot ku światłu.


 


---
 Zdjęcie na licencji CC0 pochodzi z www.pexels.com

Może zainteresuje Cię jeszcze...

0 komentarze